Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Wielokulturowość jest piękna. Dzisiaj z kolegą z Węgier odkryliśmy kolejną ligwistyczną zagwozdkę. U nas, kiedy się coś robi po raz pierwszy, mówi się "raz kozie śmierć". Po węgiersku - "now jumps the monkey in the water". Wychodzi, że jesteśmy bardziej drastyczni.
Jestem trochę roztargniona. Tak trochę. Znajomy do dzisiaj pewnie opowiada przezabawną anegdotkę o tym, jak to podczas imprezy u nich w mieszkaniu (Wrocław), usiłowałam znaleźć telefon umieszczony w jednym z plecaków. Rozsądnie poprosiłam, żeby ktoś do mnie zadzwonił, to po dzwonku znajdę. Zaiste, zadzwonił, znalazłam, po czym zerknęłam na wyświetlacz i błyskotliwie stwierdziłam: "O, ktoś do mnie dzwonił, kierunkowy z Wrocławia, znacie kogoś z numerem 2233...". No bardzo śmieszne. Dzisiaj wychodząc z domu postawiłam torbę przy drzwiach, bo wygodniej mi było zamknąć drzwi bez torby. Zamknęłam na klucz, rozejrzałam się, otworzyłam z powrotem, przestawiłam torbę z wnętrza mieszkania na zewnątrz i ponownie zamknęłam...