Więcej o
Moje miasto
W takim pewnym uproszczeniu. Bo mimo wielkiego zamiłowania do pikników jest to zamiłowanie czysto platoniczne - nie udało mi się wziąć udziału w jakimkolwiek pikniku, nie wspominając o tym, żeby taki sobie zorganizować (a kosz piknikowy jak raz mam, bywał nawet używany, ale nie stricte w sensie koc na trawie). W kwestii śniadań więc nieustająco numerem jeden jest Ptasie Radio, gdzie śniadanie można zjeść do 23 i do tego mają wygodne kanapy, na których można na czas posiłku zdeponować śpiące potomstwo. Odkryłam dzisiaj nową pozycję w menu śniadaniowym - deskę serów, wędlin i warzyw z pieczywem i gotowanym jajkiem, czym jestem absolutnie zachwycona. Poza tym wypiłam pierwszą latte od chyba trzech miesięcy, więc.
Na Sołaczu wysyp nowożeńców odbywających trzeci najważniejszy (po ślubie i nocy poślubnej) rytuał - sesję fotograficzną (dziś trzy pary krążyły po parku). Po części mnie to cieszy, bo lepiej mieć serię zdjęć w pięknych okolicznościach przyrody niż na tle kartonowego pleneru w studiu fotografa, po części - zazdroszczę, bo sama nie mam takiej (nie było jej na liście top10 rzeczy, które były wtedy ważne), a po części śmieszy mnie do wypęku. Z ławki obok podziwiałam zaangażowanie fotografki, która ustawiała parę, sugerując, że teraz ręce razem, patrzcie z dumą, na to, co zrobiliście, a teraz zrobimy zdjęcie, jak się ze sobą zabawiacie, teraz ty siadasz, a ona się kładzie, ale tak delikatnie, a nie tak się rozwala, jak na łóżku. Innej parze fotograf zasugerował, żeby ona usiadła, a on położył jej ręce na ramiona, na co on zaczął ją dusić. Ona z niezmąconym spokojem stwierdziła, że "Tak, wiem, że masz na to ochotę", co niezrażony fotograf skomentował: "E, na pewno nie, może przez chwilę mu to przeszło przez myśl, ale każdy ma takie pomysły". Tak czy tak - zieleń uspokaja.
Napisane przez Zuzanka w dniu Sunday September 27, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
solacz
- Komentarzy: 6
... uparcie wchodzę w ślepe ulice? Inna rzecz, że czasem w takich uliczkach jest po prostu ładnie.
EDIT Zaiste, uliczka nazywa się Wiosenna, jest krótka - kilka domów, ale ma dużo urokliwych detali:
Napisane przez Zuzanka w dniu Saturday September 26, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Komentarzy: 4
W urzędzie gminy jest podjazd dla wózków, ale cała okolica rozkopana, bo robią nowy chodnik (a panowie fachowcy obrzucali się wyrafinowanymi obelgami w kwestii który ile pracuje i mieli przeciwne zdania w tej kwestii).
Zniknął lokalny Carrefour Express, 1 lipca. Nie żebym żałowała, ale zawsze to jakieś życie we wsi. TŻ złośliwie zasugerował, że przestraszyli się konkurencji Centrum Handlowego A11.
I wszędzie już przeważnie jesień. Późne róże, żółtawe liście lip i winorośl. Dla mnie to pierwsza taka jesień.
Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday September 15, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Komentarzy: 4
... ale jak wspominałam, nie mam ręki do roślin (a konkretnie do konewki, bo w przeciwieństwie do żywiny nie upomina się, jak jest głodna), a i szpital, i trzy tygodnie popasu ekipy remontującej 1 (słownie: jeden!) balkon piętro wyżej, po której pobycie pozostał kurz, gruz, brud, śmierdząca szmata malowniczo wetknięta między szczebelki barierki i niedopałki papierosów niezbyt roślinności pomogło. Zazdroszczę balkonów, na których coś żyje. Od dawna mam w głowie scenkę, widzianą pewnego letniego wieczoru kilka lat temu - para starszych ludzi, siedzących na ślicznym, głębokim balkonie, pełnym kwiatów i patrzących razem w tym samym kierunku. Takiego balkonu sobie życzę.

Napisane przez Zuzanka w dniu Thursday September 10, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Skomentuj
Przejeżdżałam i przechodziłam wielokrotnie obok, widziałam stary zrujnowany budynek z brzydkiej zaniedbanej cegły, częściowo otynkowany na szaro. Z boku (od Niegolewskich) było lepiej, bo i klimatyczny szyld przychodni przyszpitalnej...

... i nietypowa (zarówno jak na architekturę dzielnicy, jak i na okolicę szpitala) kaplica.
Na szpitalu tablica, że przedtem zamiast leczenia w budynku zajmowano się wyrafinowanymi sposobami dbania o zdrowie tkanki narodu za pomocą przesłuchań.
Ale ostatecznie przekonały mnie okna. Ktoś zadbał o to, żeby w plastikowe ramy wstawić piękne, nierówne szyby, przez które można oglądać zaniedbany (ale przez krzywizny szyb tego nie widać) ogród wewnętrzny. Nie trzeba malować akwareli, szyby załamują światło i wygładzają faktury tego, co za oknem, dając miękki efekt irracjonalności. Siedziałam przy tych oknach przez ostatni tydzień w sumie ładnych kilkanaście godzin. To, co za oknami, było dobre.
Napisane przez Zuzanka w dniu Tuesday September 1, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Komentarzy: 2
Obudziłam się w nocy. Leżałam i słuchałam, jak kot Burszyk przewraca się z boku na bok (robi to z takim charakterystycznym westchnienio-stęknięciem), jak cykają świerszcze i wreszcie jak z daleka słychać przejeżdżający pociąg. Bardzo lubię ten dźwięk, jest na tyle daleko, że nie jest inwazyjny, a zawsze daje mi takie miłe poczucie zadowolenia z faktu, że jedzie gdzieś w świat, a ja jestem w moim ciepłym łóżku, otoczona kotami i aktualnie pomarańczową pościelą z satyny.
Wywąchałam ostatnio podczas leniwego spaceru kolejne miejsce, gdzie karmią śniadaniami.
W Republice Róż na placu Kolegiackim mają specjalną salę śniadaniową, bo restauracjo-kawiarnia jest czynna całodziennie, ale do godziny 12 (wcześnie, ale lepsze to niż nic). Śniadań mnóstwo - i najprostszych typu jajecznica z trzech do bardziej skomplikowanych zestawów dla dwojga z różnymi cudami. Wzruszyła mnie pozycja "Śniadanie królowej", rozpoczynające się od ginu z tonikiem, ale mimo wzruszenia i wskazówek pokazujących dobrze po jedenastej (ależ oczywiście, że TŻ ma zegarek ze wskazówkami) wybraliśmy urocze "Umówiłem się z nią na 9.00" (twarożek, wędlina, jajka, dżemik, kawa bądź herbata i warzywa dla dwojga).
Dla mniej odpornych graficznie - Fabryka Róż jest bardzo konsekwentna wzorniczo i jak ktoś nie daje rady usiąść w pastelowo-kwiecistym otoczeniu, to może się przenieść do ciemnej piwnicy. Tamże, tylko po schodkach w dół. Ja specjalnie obrzydliwa nie jestem, cenię konsekwencję, zwłaszcza że do ładnego wnętrza dobrana jest też ładna porcelana - niebieska i różowa seria Churchill Willow (Rosa i Blue). Porcelanową fetyszystką nie jestem, ale lubię pić herbatę z ładnej filiżanki.
W kwestii robotników na rusztowaniu - czas rozciągliwy jest. Postawili w ubiegłą środę, mieli rozebrać po dwóch dniach, czyli w poniedziałek(!). W poniedziałek przyjechali dość późno i na oko z solidnym kacem, rusztowanie zostawili, we wtorek nikt się nie pojawił, w środę i czwartek straciłam już poczucie sensu odkurzania balkonu, dzisiaj nikt się nie pojawił, a rusztowanie jak stoi, tak stoi. Czekam na kolejny poniedziałek. Wszakże nie mówili, który. Fękju, gudbaj.
Napisane przez Zuzanka w dniu Friday August 21, 2009
Link permanentny -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto
- Komentarzy: 2