Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Nie pisałam, bo byłam na wakacjach.
W wakacjach najbardziej lubię wracać do domu. Ten moment, kiedy otwieram drzwi i wszystko jest na miejscu i znane. I jakkolwiek się cieszę z samych wyjazdów, tak dałabym dużo monet, żeby na noc zawsze wracać do domu.
Niesamowicie wygodne łóżko, duże, z kocykiem i kołderką, nawet w upał (chociaż ostatnio nieco zrezygnowałam w cieplejsze dni z kocyka, bo uderzenia gorąca).
Łazienka, w której nie trzeba się doktoryzować z prysznica, pod którym jest mnóstwo miejsca, a ciśnienie i temperatura wody idealna.
Miejsce na rzeczy. O niebo łatwiej się rozpakowywać niż pakować, bo wszystko gdzieś należy. Nawet 5 rund prania zawartości walizki nie sprawia problemu (byłoby mniej, ale jedna zdobyczna puszka napoju nastolatki się rozszczelniła).
Dzbanek z herbatą. I duże kubki.
Światło. Tak, wiem, mam umyte tylko kilka z 13 okien, żeby Jezus mógł zajrzeć na Wielkanoc, ale nawet z nieumytymi jest jasno. Jakkolwiek uwielbiam zewnętrze na południu Europy, tak temperatury nieco mniej i rozumiem brutalną konieczność odcinania się od słońca, kiedy najgoręcej. Ale jakże nie lubię ciemnych pomieszczeń, nawet przestronnych.
Biurko do pracy z komputerem. Nie umiem pisać czegokolwiek dłuższego na telefonie, nie umiem siedzieć zwinięta w paragraf przy stole czy na kanapie. Jestem starą kobietą i potrzebuję swojego biurka do szczęścia.
Cisza. Szanowne, jak tu się śpi. Nie trzeba zatyczek do uszu!