Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Zuza goes abroad (3)

Ja uprzejmie proszę przestać. Ledwo przeczytałam poprzedniego, a tu już mi wydają następnego Adriana Mole'a...

Wizyta w ambasadzie naszego najlepszego przyjaciela - USA: checked. Uprzejmie proponuję, jeśli całkiem odpada opcja, by z tej przezabawnej imprezy zrezygnować, żeby wprowadzić analogiczne procedury dla Amerykanów, przyjeżdżających do Polski.

Wygląda jak Alcatraz, więc już się poczułam w klimacie okolic San Francisco. Policja, ochrona, nie wątpię, że płot pod prądem. Przyzwyczajona jestem do poznańskich ambasad, które wyglądają jak zwykłe ładne wille w sporym ogrodzie. Na wejściu kazali się rozdziać z kurtki, zabrali telefon, aparat i wszelkie cosie, które działają na prąd. Bramka, plecak na taśmę. Martensy piszczą, srebrna biżuteria nie piszczy (łowcy wampirów mają punkta). Po bramce wypuszczają ludność na podwórko, trzy linie, proszę stać na liniach, proszę nie wychodzić na inną linię, wchodzą pierwsze trzy osoby z linii niebieskiej, proszę się nie rozpraszać. No to się skupiliśmy. Na analizie okolicy, czy można wejść na dach, czy nie warto zaprzyjaźnić się z mieszkańcami kamienic opodal (nieokratowane balkony). Przyznaję, że wejście na teren z prośbą o azyl jest całkiem nietrywialne.

Jak już postaliśmy na świeżym powietrzu ("to taki odsiew, słabsi mrą na mrozie i nie trzeba już im wizy dawać"), w środku było wesoło. W okienku przemiły pan, który umiał po polsku, ale niespodziewanie się przełączał na amerykańszyznę, przez co poczułam się jak w pracy, gdzie można polisz-inglisz rozmawiać z uberszefem. Na tacce z dokumentami miał opisaną po polsku, ręcznie, typowo angielskim pismem, pytania i odpowiedzi w kwestii skanowania palców. "A teraz przyłóż palec wskazujący (tu się wdaliśmy w dyskusję, dlaczego index finger to ten, a nie inny) na środku czerwonego pola. To nie boli". Próbek DNA nie pobierali, aczkolwiek byli do tego chętni wśród zebranych ("proszę polizać szybkę na wysokości mojego prawego sutka, zdecydowane ruchy języka").

Z przyczyn technicznych miałam zaproszenie jako pracownik przyszłej firmy TŻ i musiałam objaśnić, że wprawdzie w papierach mam wpisane co innego, to tutaj sobie freelansuję i spotkanie ogólnofirmowe jest mi niezbędne. Pogwarzyliśmy sobie, jak to jest pracować biurko w biurko z mężem, jako że małżeństwa mogą konwersować o wizie razem. Jeszcze zanim dostaliśmy wizę, urozmaicaliśmy sobie i zestresowanym ludziom w poczekalni czas cytatami typu "You must detain my husband!", "You know, it's only sheet of paper" (nie będzie konkursu, skąd to ;-)). Na ścianach plakaty tematyczne - "Civil rights warriors" (wszyscy nie żyją), "American Women" (całe 16) - no smutny kraj. Wyszło też, że można nie płacić za wizę, jeśli udaje się tam w celu odwiedzin więźnia bądź jako więzień as himself. Do rozważenia.

Wizy jak wizy, ot wycieczka za jedyne 500 zł (a poza tym zimno jak w psiarni[1]). Można zapłacić kartą Mastercard. Natomiast spotkanie z Siwą - bezcenne. Kto inny mógłby mieć zalaminowane kartki z tekstem "Jestem heteroseksualną kobietą, która nie jest zainteresowana reklamami agencji erotycznych dla panów" i wkładać je za szybę przy parkowaniu? O reszcie intymnych detali może nie będę opowiadać, ale kot Duśka jest najśliczniejszym i najgrzeczniejszym kotem beżowym ever. Oczywiście, jak wszystkie koty, od razu zaczął uwielbiać TŻ i mówić mu, że ma świetne skarpetki i w ogóle jest bardzo miłym dużym kotem. Wprawdzie nie byliśmy na Saskiej Kępie, ale Żoliborz mi się podoba.

[1] Dlaczego w psiarni? Piesy lubią ciepło, to raczej o cielakach pisali, że lubią zimny wychów.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota stycznia 20, 2007

Link permanentny - Tagi: warszawa, polska, usa - Kategorie: Polska, Listy spod róży - Komentarzy: 3 - Poziom: 2

« Dobra muzina (aktualia) - Reality Bites »

Komentarze

martwa

Heh, zasieki jakby was do kopalni diamentów mieli wpuścić a nie do jakiegoś tam kraju ;) Jak ja się cieszę, że za studenckich czasów mogłam zobaczyć usa bez wizyty w ambasadzie. Pamiętam tylko murzynkę-gestapo na lotnisku w Detroit, która patrzyła na nas jakbyśmy jej rodzinę wymordowały i usilnie chciała coś znaleźć, żeby nam powiedzieć "sp... do domu"
...nie mogę się doczekać fotek i wrażeń z wycieczki ;)

Zuzanka

A tak, tak. To, że mam wizę, bilet i rezerwację hotelu, nie oznacza jeszcze nic. Najważniejszą osobą jest immigration officer na lotnisku, który będzie sobie winszował ze mną rozmawiać. I jak mu się nie spodobam, to mi każe spadać z powrotem ;->

JoP

Ze Stanami co prawda nie mam doświadczeń, ale ponadgodzinne siedzenie na Gatwick, w towarzystwie jakichś kolorowych jak tęcza osobników, mam do dziś w pamięci. A najzabawniejsza była pani, co odpytywała nas po tubylczemu ("The bride's middle name?" - na wesele przylecieliśmy), a pożegnała się z nami płynną polszczyzną.

Skomentuj