Więcej o
SOA
Mam w Fabryce nową pannę "techniczną". No, stosunkowo nową, bo od lipca pracuje. Ale z dnia na dzień jest coraz lepiej. Panna zaczęła jak w żydowskim dowcipie, w którym stary Żyd jedzie pociągiem, co chwila śmieje się, a potem macha z lekceważeniem ręką (opowiada sobie dowcip, a potem sobie przypomina, że go zna). "Oracle? Żaden problem, znam. CVS? Żaden problem, znam. Php? Żaden problem, znam". W praniu okazało się, że znać to i zna, ale codzienna obsługa jest dość kłopotliwa. A to nie umie wyszukać, w jakim pliku jest jaka definicja funkcji, co oznacza zmienna o jakże mylącej nazwie "uid", zdefiniowana jako integer (dla nietechnicznych - liczba całkowita), czy jest to może login (tekst) i w jakim kodowaniu jest zakodowany... Po zadaniu pytania co 10 minut pytanie ponawia w przypadku braku odpowiedzi, bo skoro nie odpowiadam, to raczej nie może być tak, że mnie nie ma albo jestem zajęta. Przed chwilą pisząc do niej na GG, przypadkiem zamiast "globalnie" napisałam "głupalnie". Zupełnie nie wiem, skąd mi się ta literówka wzięła.
Czemu takie trujdupy za mną się snują?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpnia 30, 2006
Link permanentny -
Kategoria:
SOA
- Komentarzy: 1
- Poziom: 3
Przypomina mi się ten dowcip o farmerze McGregorze:
McGregor żali się koledze:
- Widzisz ten mur? Sam go zbudowałem, kamień po kamieniu budowałem go rok,
ale nikt nie mówi na mnie "McGregor, który zbudował mur". Widzisz tamten
bar? Prowadziłem go przez 2 lata bez przerwy, ale nikt nie mówi na mnie
"McGregor, który prowadził bar". A widzisz tamtą łódź? Sam ją zbudowałem,
deska po desce, gwóźdź po gwoździu, ale nikt nie mówi na mnie "McGregor,
który zbudował łódź". Ale wystarczy, że człowiek raz w życiu po pijaku
przeleciał kozę...
Pół czwartku i kawałek piątku "pomagałam" koleżance z marketingu przenieść skrypty z serwera testowego na produkcyjny. Normalnie da się to zrobić w minut 10, dostaję maila z opisem, kilka razy klikam i zrobione. Ale tutaj nie - najpierw dziewczę przez pół godziny nadawało na GG, że zaraz wyśle mi maila. I opisywało, co w tym mailu będzie. Potem wysłało ("Zuzka, mail, czytaj!"). Niestety, czytanie maila trwało długo, bo dziewczę dalej napierdzielało na GG z szybkością karabinu maszynowego, bo ona musi PYTAĆ, DOWIADYWAĆ SIĘ, WYJAŚNIAĆ. A bo jej hasło nie działa. A bo ona nie rozumie, jak to jest z tym mysql-em. A bo dlaczego tak, a nie inaczej. A bo że ona to zrobiła tak, czy to dobrze?! A bo jej jeden kolega od nas, co to jest na urlopie, mówił tak, a drugi, co to też jest na urlopie, jej koleżance powiedział inaczej. Po godzinie prób uciszenia laski (jak przestałam czytać GG, zadzwoniła telefonem), żebym mogła spróbować zacząć przenosić pliki i strukturę danych do bazy, okazało się, że w katalogu "gotowym do przerzucenia" jest syf i malaria - pliki backupowe edytora, jakieś zipy i dumpy danych z bazy, niepotrzebne skrypty typu "proba.php", katalogi "imie - test". A bo ona nie wiedziała, ona na tym cały czas pracuje, to posprzątać? Nie, samo się posprząta przecież. W chwili, kiedy okazało się, że katalog ma w środku chyba pięć podkatalogów, które po kolei, jeden po drugim, należy wyczyścić ze skopiowanego przez nich mechanizmu wersjonowania i dodać po kolei do naszego mechanizmu wersjonowania, zaczęłam się wkurzać. I zadziałał Murphy. Po dodaniu plików do systemu wersjonowania przychodzi mail informacyjny do wszystkich w dziale technicznym (z listą plików, różnicą zawartości między tą wersją a poprzednią i informacją, kto wrzucił i z jakim komentarzem). Pech chciał, że od czwartku równo co półtorej godziny przychodzi do wszystkich w DT ponad dwumegowy mail z informacją, iż o 15:44 pliki dodawała Zuza z komentarzem "dla K. jeszcze jeden poziom zagnieżdżenia i eksploduje, a moje szczątki będą zbierać w promieniu kilometra"...
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipca 30, 2006
Link permanentny -
Kategoria:
SOA
- Skomentuj
- Poziom: 3
W Fabryce jest kuchnia. W kuchni są szafki. W szafkach są supportowane przez Fabrykę goodiesy - zupki chińskie, kawa, herbata, mleko i syropy owocowe. Oprócz szafek w kuchni są szuflady. W szufladach zwykle ludzie (czytaj: ja) trzymają prywatną spożywkę (herbatę inną niż przydziałowy Tetley/Lipton, witaminy rozpuszczalne, chleb, kornflejksy i inne takie). Jako że do tej pory nikt mi chleba nie wyżerał, umieściłam w szufladzie obok chleba torebki z czekoladą rozpuszczalną wielosmakową (banan, pomarańcza, marcepan). Udało mi się wypić jedną czekoladę, innych nie, bo po dwóch dniach mojego urlopu zniknęły jak sen złoty (no, została jedna). Dostałam piany na ryj^Wsłodkich usteczkach, wystosowałam grzecznego acz wkurzonego maila do korzystających z kuchni, gdzie do cholery są moje czekolady. Przyznało się dwóch, z czego jeden dorzucił, że I TAK BYŁO NIEDOBRE. A poza tym oni myśleli, że to ogólnofirmowe goodies i można wpierdzielić. Przecież leżało w ogólnofirmowej szufladzie, nie było podpisane i zamknięte na klucz. Chleba nie ruszali, bo chleba firma nie kupuje. Czekolady też nie kupuje. Ale może tym razem kupili. O, jakby było w lodówce, to by też nie wzięli.
Szanowna widownio, czy ja się za dużo domagam? Na kilka zapytanych znajomych (płci niemęskiej), większość odpowiedziała "Było podpisać". Chyba jestem w mniejszości :-/
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipca 25, 2006
Link permanentny -
Kategoria:
SOA
- Komentarzy: 8
- Poziom: 3
Kupiłam sobie w Duce kinky tarkę, taką jak ma Nigella. Pierwszą krew poczuła, kiedy ścierałam czosnek. Nie wiem, co gorsze - pieczenie w palec czy oblizanie startego palca ze świeżutkiego, ostrego czosnku. Dobrze, że nie trzeba ścierać ostrej papryczki. Mogłabym nie przeżyć.
W Fabryce dzień jak co dzień. Migrujemy cały system z jednej bazy na drugą, sporo różnic funkcjonalnych, więc trzaskamy skrypt za skryptem, przeróbka, testowanie, poprawianie bugów, następny skrypt i tak od półtora miesiąca. Nuda, panie, trzaskam mechanicznie, co jakiś czas poziewując na rozgrzewkę, bo jeszcze zimno). Nie ma nowych projektów, pozostała część firmy na nasz widok spluwa, bo wszyscy chcą, żebyśmy im coś zrobili.
Nieco ożywiło się od wczoraj, bo przyszedł marketing z informacją, że podpisali umowę z pewnym bankiem na pewną usługę. Obie strony się wypromują, zaszczyty, kwiaty, miljony (dla marketingu) i w ogóle (umowa już podpisana zresztą, wiecie). A dla nas to tylko kilka linijek kodu. Za każdym razem, jak słyszę "kilka linijek kodu", uszka stają mi na baczność. Grzecznie został poinformowany, że nie robimy nowych projektów do końca migracji, do września. Ale skoro to kilka linijek, niech przyśle DOKŁADNIE opisaną specyfikację. Ustaloną z marketingiem i działem technicznym firmy siostry, która pośredniczy między nami a bankiem. Potem już było tylko weselej. Przyszedł kołorker techniczny z firmy siostry i objaśnił nam, jak to ma technicznie wyglądać. 10 linijek kodu okazało się być przeróbką trzech dość integralnych elementów serwisu (z co najmniej dniem na testowanie zmian, bo odkręcanie w razie pomyłki to grób i mogiła). Żeśmy się pośmiali, zwłaszcza że kołorker od jutra idzie na urlop. Wraca trzy dni przed moim urlopem. Potem przyleciał marketing z firmy siostry z trzema wydrukami stron, na których czerwonym mazaczkiem dopisał po linijce tekstu, która miała wizualizować zmiany. A nie, z czterema. Na czwartym był dopisek "Nie wymaga zmian!". Że luz, spoko, 10 linijek kodu, damy radę, kolega techniczny zrobi dziś, a my sobie to szybciutko machniemy w poniedziałek-wtorek, się wrzuci i umowa uratowana. Ponownie objaśniliśmy z kolegą technicznym, że nie luz, się nie machnie. Że nie robimy nowych projektów, odmawiamy tym, tym i tym, a tamtym to już w ogóle. Aktualnie sprawa utknęła na przygotowaniu kompletnego opisu planowanych zmian. Nasz marketing udaje, że go nie ma, pozwalając, żeby wyjaśnianiem zajmował się marketing firmy-siostry, prywatnie tłumacząc wyżej wymienionemu, że ci z działu technicznego to straszne zwisy męskie, wszystko utrudniają, a my tu przecież mamy podpisaną umowę. Na 27 lipca start. I co teraz. I niech mi ktoś jeszcze powie, że marketing jest potrzebny i zaludniają go inteligentni, mili i doskonale zorganizowani ludzie. Pogryzę.
Szczęśliwie - urlop. Do wtorku. Pomijając planowaną na sobotę cokwartalną wizytę w domu rodzinnym - będzie leniwie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipca 20, 2006
Link permanentny -
Kategoria:
SOA
- Skomentuj
- Poziom: 3
Ja wszystko rozumiem. Ludzie mają różną tolerancję na temperaturę (nic to, że kolega siedzący w koszulce i permanentnie narzekający, że tu duszno i zaduch znowu poszedł chorować do domu). Ludziom może nie przeszkadzać, że w pracy wieje zimnem. Ale nie rozumiem ludzi, którzy siedzą w polarze i się trzęsą, a patrzą na mnie krzywo, jak narzekam, że można by było do cholery coś z tą klimą zrobić i majstruję przy prztyczkach, co do których mam dziwne poczucie, że nie działają. Sami nie pójdą, będą się dalej trzęśli w polarze.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipca 19, 2006
Link permanentny -
Kategoria:
SOA
- Skomentuj