01 sierpnia 2007
Dzien 1 - leje
Podczas ostatniego lotu (Hong Kong - Taipei), byłam już tak zmęczona, że w zasadzie mało co rejestrowałam. Lot był spóźniony (z bliżej niejasnych przyczyn technicznych), była opcja, że się nie odbędzie, więc gonili nas z jednej kolejki (właściwej, do abordażu) do drugiej (znacznie dłuższej, do rozdysponowania nas na inne loty, również za niezłe kilka godzin). Lot się jednak odbył, bez wizyty na stacji benzynowej, co przychodziło nam na myśl parę razy. Chińskie stewardesy ładniutkie, ale jednak nie ufam, jak się uśmiechają. wybór w kwestii jedzenia był prawie jak w Aeroflocie - "tak" albo "nie". Mięsko zawierało dziwne grzybki, ciasteczko i soczek były jadalne.
Potem odbębniliśmy tworzenie wiz na miejscu (da się, urzędnik mało natarczywy, tylko zastanawiał się, po co chcemy zostać już po konferencji i jakoś dziwnie patrzył, że "tourist"), immigration officerkę (mimo zakazu wwożenia jedzenia I. przewiózł polskie kanapki z serem, bez konsekwencji, chociaż ja już tych kanapek bym nie jadła). Pierwszy kontakt z Tajwanem - fala potwornego, mokrego upału na twarz. Niby człowiek się przyzwyczaja, ale przyzwyczajenie znika po pierwszym wejściu w strefę klimatyzowaną (na szczęście prawie każda knajpa i sklep mają).
Niestety, lokalesi mają polską metodę na kontakty z cudzoziemcami - mówią głośno po swojemu, powtarzając parę razy. Niestety, takież panienki wystawili do witania uczestników Wikimanii - po zadaniu pytania panienki patrzą na siebie, uroczo chichoczą zasłaniając usta i kręcą głowami, że nie rozumieją. Kazali jechać autobusem, zaznaczyli na planie, gdzie kierowca ma nas wysadzić i to by było na tyle. W praniu wyszło, ze autobus z lotniska jedzie godzinę jakimiś ohydnymi suburbiami (jak na razie Taipei nie zachwyca - syf, syf, blaszane baraki obwieszone reklamami, znaki drogowe obrazkowe, brud i bieda), chłopaki się pospali, kierowca pół drogi darł się do komórki, bo z kimś rozmawiał bardzo ekspresyjnie, byłam zmęczona jak kot. Wreszcie się gdzieś zatrzymaliśmy i kierowca zaczął głośno krzyczeć, co przykuło naszą uwagę. Nie upieram się, że znajomość języków jest im potrzebna, bo sygnałami dźwiekowymi i na machanego dają radę, ale jednak się czuje ciut nieswojo. Taksówkarze też nie spikaja, ale działa pokazanie im karteczki z adresem w obrazkach (nie byłam w stanie obsłużyć jechania metrem, ale taksówki kosztują grosze).
Wieczorem poszliśmy do chińskiej knajpy z szefem eloya, który jest nieco obeznany, bo ma żonę Chinkę. Knajpa potwornie niepozorna, ot - lada z surowymi rybami, małżwiami i innymi paskudztwami. W środku okazało się, ze zarcie robia dobre (oczyiscie nie wszystko - zupa malzowa taka sobie, krewetki maja oczka) - cos w ciescie ze smazona w glebokim tluszczu bazylia, co sie maczalo w takim burym proszku ("it's spice") i bylo oszalamiajaco dobre, kaczka pieczona, pokrojna w plasterki z tluszczem z pieczenia, warzywa (stawiam, ze pak choi, ale pewna nie jestem).
Nocne markety sa niesamowite - na malej powierzchni, w uliczce miesci sie kilkaset (jak nie wiecej) straganow ze wszystkim - Dior, markowe buty, jakies smierdzace smazeniny onnastick, ciuchy, kosmetyki, majtki, skarpetki, pani w rekawiczkach z Castoramy (takich izolacyjnych, malowanych farba) przygotowujaca swieze owoce w kawalkach, kazdy kawalek zapakowany w torebeczke, pan zachecajacy do masazu stop, zapewne w zaulkach panowie proponuja tez inne uslugi. Zmierzch zapada wczesnie - kolo 18:30-19:00 i bynajmniej nie robi sie chlodniej...
anetka powiedział(a),
01 sierpnia 2007 o 10:19:49
Współczucie z powodu lotu i opóźnień! Przygoda nie do zapomnienia. Patrzącego na mnie jedzenia chyba bym nie wytrzymała…
zofia powiedział(a),
01 sierpnia 2007 o 11:37:30
szkoda że nie dało się mnie cichaczem wepchnąć w jedną walizkę ;)