Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Więcej o Seriale

Doom Patrol

Naukowiec Nils Caulder, zwany Szefem, gromadzi w swoim domu nietypowych wyrzutków - Cliffa, byłego kierowcę rajdowego, którego mózg po wypadku został przeszczepiony w metalowe ciało, Ritę, aktorkę, której ciało w wyniku ekspozycji na trujący gaz ma umiejętność (czasem niechcianą) zmiany w galaretę, Jane - dziewczynę po przejściach o 64 osobowościach, Larry’ego, oblatywacza samolotów wojskowych, aktualnie radioaktywnego za sprawą tajemniczego energetycznego bytu, który zamieszkuje jego ciało. Kiedy znika Szef, do ekipy dołącza Vic, cyborg i syn dawnego współpracownika Szefa; grupa - niekoniecznie zgodnie - rozpoczyna poszukiwania naukowca, wiedzą tylko, że został uprowadzony przez Pana Nikt, zmutowanego człowieka, potrafiącego przechodzić przez wymiary (i czwartą ścianę). Jak już dla Was jest tego za dużo, to w trakcie akcji pojawia się niebinarna ulica Danny, która umie przemieszczać się w przestrzeni, bohater komiksu Flex Mentallo, który potrafi zmieniać rzeczywistość napinając mięśnie (“chyba napiąłem niewłaściwy mięsień!”), prehistoryczna nieśmiertelna kobieta, Dekonstruktor Światów, osioł, którego tyłek jest wejściem do innego wymiaru czy Łowca - Zjadacz Bród, nie wspominając o Tyłkach.

Wspominałam, że Chłopaki to absolutny komiksowy must-have sezonu? Może niekoniecznie macie o tym zapomnieć, ale równie dobry (a w niektórych aspektach nawet lepszy) jest serial, o którym początkowo myślałam “ech, kolejna zżynka z X-menów, proszę przechodzić i się nie gromadzić”. Tak jak “Chłopaki” są zabawne, ale raczej serio, tak tutaj to doskonały pastisz opowieści o mutantach z elementami thrillera i obowiązkową zaskoczką fabularną. Dostępne dwa sezony, na razie obejrzałam pierwszy, z drugim chwilkę poczekam, żeby przedłużyć przyjemność.

TL;DR - warto.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 23, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj


Watchmen

Na początku był komiks, osadzony w 1985 roku. To świat podobny do naszego, ale z małymi zmianami. Dalej świat żyje w cieniu wyścigu zbrojeń, ale USA trzyma Związek Radziecki w szachu dzięki doktorowi Manhattanowi, amerykańskiemu nadczłowiekowi. Ktoś morduje Komedianta, jednego z Gwardzistów, zamaskowanych bohaterów, którzy od lat 40. dbali o ład na świecie jako zbrojne ramię USA, jeszcze zanim ustawą Keene’a maski zostały zakazane. Ktoś próbuje zabić bogatego przedsiębiorcę Veidta, dawniej znanego jako superbohater Ozymandiasz, na szczęście zamach się nie udaje. Wreszcie media dyskredytują doktora Manhattana, zarzucając mu powodowanie raka u swoich dawnych współpracowników, przez co nadczłowiek ucieka przed ludzkością na Marsa. Rorschach, jedyny wciąż zamaskowany superbohater, wyjęty spod prawa, usiłuje zdobyć współpracę potomków dawnych Gwardzistów - córce Jedwabnej Zjawy i następcy Nocnego Puchacza, żeby odkryć, kto i czemu chce usunąć danych strażników porządku.

Komiks, jak to u Moore’a, jest bogaty w wycinki prasowe, kilka historii pobocznych, w tym komiks w komiksie (dzieciak przy budce z gazetami czyta dramatyczną historię o jedynym ocalałym rozbitku, który usiłuje wrócić do domu, żeby uratować swoich bliskich przed piratami); brutalny i smutny w swojej wymowie. O legendach, mniejszym złu (źle?!), traumie i o refleksji, czy można jeszcze zmienić coś w świecie na pięć minut przed zagładą.

Potem był film, w zasadzie klatka po klatce skopiowany z komiksu. Doskonale zrobiony, z idealnie dobranymi aktorami (Jeffrey Dean Morgan w trudnej roli Komedianta), byłby niezłym substytutem oryginalnego tekstu dla tych, co wolą film niż komiks, tyle że zakończenie filmu psuje wszystko: beltvanyavr Irvqg jlflłn an Abjl Wbex zbafgehnyaą bśzvbeavpę, flzhyhwąp ngnx xbfzvgój j pryh cbłąpmravn fvł zbpnefgj qb boebal cemrq avrormcvrpmrńfgjrz m mrjaągem, n avr jnyxą b cemrjntę; j svyzvr flzhyhwr mavfmpmravr obzo boh xenwój cemrm qbxgben Znaunggnan, xgóel mbfgnwr anpmryalz jebtvrz yhqmxbśpv. I nawet nie czepiam się logiki samego zakończenia w filmie, ale po co pieczołowicie odtwarzać komiks, żeby na końcu wprowadzić zmianę?

Współczesny serial wraca do tzw. originu, wprowadzając epizodycznie pojawiającą się w “Strażnikach” postać Zamaskowanego Sędziego, wywodząc jego losy od niewygodnej medialnie masakry w Tulsie w 1921 roku. Akcja właściwa zaczyna się w 2019, policja na mocy ustawy kolejnego senatora z rodu Keene’ów nosi maski, żeby ochronić swoją prywatność. Angela Abar, oficjalnie właścicielka nie otwartej jeszcze restauracji, jest policjantką incognito, używając stroju Siostry Noc. Kiedy ginie jej przyjaciel, szef policji, na miejscu zbrodni znajduje staruszka na wózku inwalidzkim, porozumiewającego się z nią aluzjami; sama nie wie czemu nie przekazuje tej informacji ani kolegom z policji, ani agentce specjalnej Laurie Black (bardzo dawno temu znanej jako Jedwabna Zjawa II). Wraca wątek katastrofy z finału komiksu, w wyniku której kilka milionów nowojorczyków zginęło, a wiele osób do dziś leczy traumy; czytelnicy komiksu wiedzą, kto i czemu ją spowodował, nie dziwi więc pojawiający się równolegle wątek Ozymandiasa i niejako powielający pomysł wątek imperium Trieu.

Tak jak komiks, to ponura historia o odpowiedzialności, walce o dominację i o tym, czy możliwość odczuwania każdego momentu swojego życia (dzień dobry, doktorze Manhattan) pozwoli na uratowanie świata po raz kolejny. I po raz kolejny pada pytanie, quis custodiet ipsos custodes. Serial jest świetnym i twórczym dopełnieniem komiksu, uwspółcześnionym tam, gdzie trzeba, dodatkowo zgrabnie rozgrywającym wątki rasizmu we współczesnych USA.

#126 (trzy całkiem obszerne tomy komiksu)

[1] Co jest sporym nadużyciem mimo prawicowych poglądów bohatera komiksu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela października 11, 2020

Link permanentny - Kategorie: Czytam, Oglądam, Seriale - Tagi: 2020, komiks, panowie, sf-f - Komentarzy: 2


Upload

Nathan, młody, obiecujący programista, zostaje mocno poszkodowany w wypadku samochodu autonomicznego. Jego bogata narzeczona, Ingrid, proponuje, że zapłaci za jego życie po śmierci w drogim Lakeview, wirtualnej rzeczywistości. Nie do końca wiadomo, czy Nathan jednak by nie przeżył, ale że procedurę wykonuje się na żywym organizmie, Ingrid wciska guzik i transferuje Nathana do Lakeview. Podczas kreacji jego awatara, Nora - pracowniczka obsługi klienta - odkrywa, że niektóre pliki pamięci są uszkodzone; jakiś czas później okazuje się, że ktoś niektóre z nich skasował. Między Nathanem i Norą buduje się porozumienie i narasta chemia, w przeciwieństwie do stosunków między Nathanem i Ingrid, dla której związek z tzw. Uploadem nie jest zbyt wygodny. Jednocześnie kuzynka Nathana zaczyna prowadzić śledztwo, bo coś jej w całej sprawie cuchnie. Pierwszy sezon niektóre rzeczy wyjaśnia, ale kończy się siarczystym cliffhangerem.

Poza tym, że serial jest przyjemną komedią z elementami detektywistycznymi, jest też pyszną opowieścią o produkcji oprogramowania (ach, te cheat kody i niedotestowane opcje!), ale też podejmuje - po “Good Place”, “Black Mirror” czy “Westworld” - temat śmierci w świecie wirtualnym. Lakeview to takie Simsy, gdzie za wszystko poza podstawowym pakietem (nawet tym drogim) należy dopłacać, na przykład za postarzanie awatara, żeby zmieniał się tak jak osoby, które jeszcze żyją (co bywa dramatem dla zmarłego kilka lat wcześniej 12-latka, z którym ówcześni koledzy nie chcą już rozmawiać). “Życie wieczne” bliskiej osoby staje się kolejnym abonamentem dla bliskich, a monotonią dla zmarłych, skazanych na czekanie, aż żyjący zechcą się z nimi kontaktować. Pobrzmiewają tu też echa klasizmu, pozorne luksusy Lakeview są dla tych z zasobną kieszenią, dla biednych pozostają miejsca typu “Dwa-Giga”, gdzie po zużyciu przepustowości zmarły zawiesza się do kolejnego zasilenia konta. W jednym z pobocznych wątków, Nora próbuje uzyskać dla śmiertelnie chorego ojca zniżkę pracowniczą na Lakeview, mimo sprzeciwów tego ostatniego, który - jako wierzący - chce spotkać swoją zmarłą wcześniej żonę w niebie.

TL;DR - przyjemne, czekam na drugim sezon.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek października 2, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2


The Boys

”The Boys” (Chłopaki) to ekranizacja komiksu, powtórzę więc, jakie mam podejście do ekranizacji. Nie oczekuję, a wręcz nie chcę nawet, żeby były linearnym przeniesieniem książki na ekran, jak było kiedyś w przypadku “Sin City” czy ostatnio “Dobrego omenu”; mam wtedy poczucie, że konsumuję dokładnie tę samą treść. A wolę nową, więc jeśli dostaję coś na motywach, ale doskonale mi się to ogląda (patrz “Preacher”), to taka opcja mi najzupełniej odpowiada.

Superbohaterowie są realni - ratują i zwykłych obywateli, ale też podejmują się czasem bardzo ważnych akcji w celu zadbania o światowy ład ku pożytkowi wszystkich nacji, chociaż oczywiście przede wszystkim USA. Dlatego Annie ogromnie się cieszy, że może dołączyć do prestiżowej drużyny Supów, Siódemki i jako Gwiezdna/Starlight nieść pomoc swoimi mocami. Tyle że nie. Nie chodzi ratowanie nikogo, tylko o wspieranie mocarstwowej polityki Stanów oraz własne interesy korporacji Voight, która zajmuje się marketingiem, merczendajzingiem i PR-em Supów. Większość wyczynów znudzonych, egotycznych i często brutalnych superbohaterów jest zamiatana pod dywan, ale czasem - jak w przypadku śmierci Robin, przez którą przebiegł naspidowany A-Train, najszybszy człowiek na świecie - trzeba przeprosić i zaofiarować rekompensatę. Niestety, Hugh, narzeczony Robin, nie jest zainteresowany ani nieszczerymi przeprosinami, ani ochłapkiem w postaci 45 tys. dolarów, chce zamiast tego zemsty. Do drużyny werbuje go Billy Butcher/Rzeźnik, człowiek z przeszłością w służbach, również skrzywdzony przez superbohatera, Ojczyznosława/Homelandera.

Jakie to jest pyszne! Krew się leje strumieniami, ironia i sarkazm na każdym kroku, wysoko powiewający gwiaździsty sztandar jest nieco powalany, a etos superbohatera można sobie schować; bardzo łatwo jest uwierzyć, patrząc na przykład na ludzi u władzy, że obdarzeni nadnaturalnymi mocami, a przy tym zabezpieczeni przez korporację finansowo i politycznie, Supowie (Supy?) niewiele sobie robią z prawa czy humanitaryzmu. Aktorsko - perełka, trzon obsady świetny, dawno nie widziana, a ślicznie starzejąca się Elisabeth Shue jest jednakowo urocza jak i demoniczna, sporo mrugnięć do widza - np. Haley Joel Osment jako czytający w myślach. I fabuła wcale nie jest taka ostatnia.

Aktualnie dostępne jest półtora sezonu, nie mogę się doczekać kolejnych odcinków sezonu drugiego. Ale nie narzekam, bo to wkurza Ojczyznosława.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa września 23, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 2


Tak czy owak / Por H o por B

Hache i Belén, przyjaciółki z podmadryckiej Parli, przeprowadziły się do Madrytu. Na chwilę rozstały się z powodu kłótni; Belén zniknęła na trochę, robić karierę aktorską. Wróciła nagle, z sukcesem w postaci reklamy preparatu na hemoroidy, mimo początkowego oporu Hache, która do swoich licznych kłopotów - niewiernego chłopaka i dwóch kiepsko płatnych prac - nie chciała dokładać chaosu, jaki Belén potrafi wprowadzać w życie. Dziewczyny kręcą się po kultowej dzielnicy Malasaña, rozwiązując liczne problemy swoje i swoich rodzin - pomagają w wesołym miasteczku, skąd wracają z kozą, idą na hipsterską imprezę z narkotykami, sprzedają nagrobek czy pracują jako kelnerka w barze sushi (Belén) czy strażniczka w muzeum figur woskowych (Hache). Hache dodatkowo ma rękę w gipsie, co utrudnia jej życie, ale też dostarcza finalnie sporo radości.

To strasznie sympatyczny i zabawny serial, no chyba że komuś przeszkadza szydera z hipsterki. Madryt, słońce, kolory, przerysowany gej (uwaga, nie ma gołych piersi, ale są gołe juwenilia), ekscentryczna sąsiadka; cały czas miałam wrażenie, że to film Almodovara. Oraz jak wszyscy szybko mówią!

Zaczęło się od króciaka, gdzie dwie dziewczyny rozmawiają o chłopaku jednej z nich (tutaj z angielskimi napisami); mniej więcej w takim klimacie jest cały serial, chociaż oczywiście bardziej dynamiczny.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek września 18, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Komentarzy: 3


I Know This Much is True

Dominick Birdsey ma brata bliźniaka, Thomasa. Niestety w przeciwieństwie do inteligentnego i uporządkowanego życiowo brata, Thomas jest raczej problematyczny - ma schizofrenię paranoidalną, mieszka w półotwartym ośrodku opiekuńczym, rozwozi kawę wśród mieszkańców, a jedynymi bliskimi są brat i ojczym. Czasem jest łatwiej, czasem trudniej, ale sytuacja się zmienia, kiedy Thomas okalecza się publicznie, recytując biblijne wersety. Ze szpitala nagle trafia do więzienia o zaostrzonym rygorze (rzecz się dzieje w Stanach, w latach 80., kiedy to pod rządami Reagana często rezygnowano z opieki nad psychicznie chorymi na rzecz kontroli penitencjarnej) i mimo wysiłków Dominicka, który usiłuje odkręcić potencjalną pomyłkę, tam pozostaje. W trakcie rozmów z pracowniczką socjalną i psychiatrą brata wychodzi, że życie Dominicka, zdominowane przez opiekę nad Thomasem, również się sypie. Dodatkowo, w przeszłości rodziny jest wiele tajemnic, których chyba nie powinno się ruszać.

Nie chcę streszczać fabuły, bo serial sprytnie podaje prawdę kawałkami, odkrywając kolejne tajemnice, przez co poprzednie wydarzenia nabierają innej wymowy. Narracja przemieszcza się między współczesnością, dzieciństwem i młodością braci i przeszłością - opisaną w manuskrypcie sycylijskiego dziadka, mozolnie przetłumaczonym z włoskiego przez ekscentryczną tłumaczkę. Obu braci gra Mark Ruffalo i gra ich doskonale, nie do pomylenia. Dynamiczny, elokwentny i wysportowany Dominick diametralnie różni się od zgaszonego, niezgrabnego, unikającego kontaktu wzrokowego Thomasa; nawet ich sposób mówienia jest różny. Serial warto nie tylko dla gry aktorskiej, chociaż oczywiście też; mimo że amerykański, nie jest jednoznaczny. Raczej trudny i depresyjny, chociaż - moim zdaniem - z pozytywnym zakończeniem.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek września 10, 2020

Link permanentny - Kategorie: Oglądam, Seriale - Skomentuj