28 września 2008

Szkoła zrzucania kasztanów

Umieszczony w * Moje miasto * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego o 10:33:36

Wszem i wobec głosili, że to ostatni ciepły weekend w tym roku, więc się przejęłam[0]. Po ponad tygodniu wegetacji odsypiania jet-laga[1] poszliśmy oglądać konie na placu Wolności (konie może są i ładne, kwestia gustu, ale śmierdzą i nieustająco zostawiają końskie jabłka, wczorajszy pokaz[3] pewnie był nie lada atrakcją dla hodowców storczyków[2]) i na Cytadelę. Cytadela niespodziewanie nas podzieliła, albowiem ja jestem za tradycyjnym podziałem ról w związku ("mężczyzna bierze patola i rzuca w drzewo, a kasztany spadają[4], a żona się cieszy"), podczas gdy TŻ jest z frakcji dżentelmeńskiej ("się siada pod drzewem i czeka, aż spadnie kasztan, a rzucanie patolem jest niesportowe"). Efektem kompromisu (TŻ rzuci, ale podkreślając, że to niesportowe) jest garść kasztanów, które wprawdzie nie są mi do niczego potrzebne, ale są gładkie, brązowe, błyszczące i fajnie się je trzyma w ręku. Czego sobie i Państwu życzę. W przeciwieństwie do końskich jabłek.

[0] W tym roku czuję ograbiona z polskiego lata. Wyjechałam, jak było ciepło, jasno, a dni były długie, wróciłam w ciemną, zimną i burą listopadową pogodę.

[1] Do tej pory uważałam, że te wszystkie opowieści o odpoczywaniu po urlopie za pewną pozę, sama w nią chętnie wchodziłam, bo przecież to takie lanserskie wywalić się malowniczo na krześle, wywrócić oczami i zwierzyć, że po tych x tygodniach uprawiania odpoczynku człowiek to jest ale zmęczony. Tymczasem ten powrót dał mi realnie w kość. Kiedy już dzień po powrocie uznałam, że jedna przespana noc oznacza pozbycie się jet-laga, zaczęłam zawieszać się w połowie dnia i skutecznie następne dni przespałam. Powrót do pracy był jeszcze dotkliwszy, bo całkowity spadek walorów umysłowych następował w środku dnia i jak podczas rozmowy nie zamieniałam się w śliniącego się przygłupa, tak czytanie ze zrozumieniem bądź formułowanie zdań zawierających podmiot i inne ważne elementy już mnie przerastały. Do końca roku pozostały 94 dni, a mnie 3 dni urlopu.

[2] Stawiam, że pani z kubłem z Retmanna-Sanitecha pojechała nie na wysypisko, a do znajomej kwiaciarni.

[3] No rewela, nauczyć konia wykonywać polecenia. Jakby kto kota nauczył, to bym doceniła.

[4] Tu chwalę, albowiem TŻ znacznie lepiej rzuca patolem niż ojciec z żoną i małym dzieckiem obok. Tamten krzyczał "Odsuńcie się, odsuńcie, bo zaraz spadnie deszcz kasztanów", rzucał i spadał patyk. I dwa liście. Jak TŻ rzuci, to nikt tak nie robi dzióbka na kapturze.

Komentarze »

  1. Ika powiedział(a),

    28 września 2008 o 10:50:53

    A czemu kobieta sama nie może sobie rzucić patolem? ;-)
    Ja ostatnio zrywałam kasztany prosto z drzewa :-)

  2. Zuzanka powiedział(a),

    28 września 2008 o 10:51:29

    Żeby nie podważać porządku wszechrzeczy i roli mężczyzny w rodzinie ;-)

  3. Ika powiedział(a),

    28 września 2008 o 10:52:04

    Hmm… :->

  4. Orlinos powiedział(a),

    28 września 2008 o 15:05:59

    Hm, jako terminujący do roli Prawdziwego Mężczyzny, może powinienem włączyć rzucanie patoli do repertuaru ćwiczeń? Z drugiej strony, jestem mężczyzną raczej niekonwencjonalnym i łamiącym stereotypy.

    Już wiem, będę rzucał patolem w kobiety! Tylko co będzie, jak mi któraś odda i przywali z karata? :-/

  5. Zuzanka powiedział(a),

    28 września 2008 o 22:24:50

    Nie rzucanie kijem czyni mężczyznę.

  6. oshin powiedział(a),

    29 września 2008 o 09:28:29

    Heh :) Po tygodniowym rejsie człek potrzebuje przynajmniej 4 dni urlopu :)))) i to wcale nie dla lansu.

Dodaj komentarz