15 maja 2008
Reportaż z miejsca...
... w którym zupełnie nic się nie dzieje. Śpię, myję się (no, dzisiaj w misce, bo ciśnienie wody w kranach spadło poniżej akceptowalnego dla pieca poziomu i zeznał, że nie poleci ciepła, bo nie i tak będzie wisiał), idę na zakład, tam jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora (albo, jak uczy pani Inka na jodze, przyzwyczajam się do klocka[1]), wracam, kota głaszczę i czytam przed snem kilka kartek książki leżącej opodal. Może to i dobrze?
I wiosna jest.

[1] Pani Inka ogólnie jest mistrzynią bon motów. Przy leżeniu na drewnianym klocku, jak ktoś się za bardzo wierci, mówi, że od wiercenia klocek się bardziej miękki nie zrobi. Kiedy ktoś się strasznie męczy podczas asan, mówi, żeby nie zaciskać ust, bo to nie ustami się nogę prostuje.
wonderwoman powiedział(a),
15 maja 2008 o 10:41:31
i dobrze ze tak własnie jest! to sie nazywa banalnie szczescie.
(pani inka rules!)
hanka powiedział(a),
15 maja 2008 o 11:29:33
Leżenie na drewnianym klocku? Nie chcę być niedyskretna, ale IIRC Ty za to płacisz?
Zuzanka powiedział(a),
15 maja 2008 o 13:06:39
Technicznie rzecz biorąc, to płaci korpo w ramach funduszu zajęć sportowych. Ale wbrew srogiej nazwie to leżenie na klocku to nawet relaksujące jest (pani inka mówi, że również robienie świecy to relaks, ale tu jeszcze zdania są podzielone).