25 lutego 2007
Poziom: 1 * Koty / 10:50:12
Ciemność. Zimowa noc, szczelnie zasłonięte zasłony. Miękka flanelowa pościel. Kot czarno-biały śpi na poduszce i czasem przez sen kładzie na mnie łapę, żeby sprawdzić, czy dalej jestem. Budzę się, gdy do sypialni wchodzi kot czarny i ewidentnie modulowanym miaukiem oznajmia coś kotu czarno-bialemu. Kot czarno-bialy wstaje, przeciąga się i trucha za kotem czarnym. Nie wiem, czy było to wezwanie na ustawkę, żeby komuś/czemuś włomotać, zaproszenie do lizania na parapecie czy do opróżnienia miski z resztek, ale komunikacja wyglądała na zrozumiałą.
Skądinąd bardzo lubię u kotów to, że mają szybsze połączenia między mózgiem a łapą niż między mózgiem a świadomością. Gdy drapię kota pod brodą, tylna łapa szybciej wie, że zaraz kota będzie tam łaskotać i już robi w powietrzu *drap, drap, drap*.
Wyświetl wpis
19 lutego 2007
Poziom: 1 * Koty / 08:23:39
... niż kot wstający z poduszki na dźwięk budzika, przeciągający wszystkie cztery łapy, ziewający i leniwie truchtający do kuchni. Nawet się nie obejrzał, czy idę.
Wyświetl wpis
18 lutego 2007
Poziom: 1 * Koty * Śmieszne / 18:57:50
... podoba mi się, jak w TV mówią o "dniu kota i roku świni". Może mają w tym względzie doświadczenia niejakie.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 15:14:08
Spaliśmy wczoraj do prawie 14 (oczywiście w ramach odsypiania jetlaga). To jednak jest bardzo fajna rzecz, jak się leży, jest miękko, ciepło i tylko co jakiś czas trzeba negocjować z kotem czarnym, który woli naszą obecność przy misce. Z przyczyn natury obiektywnej zakup łóżka został przełożony na następny weekend (niestety, sklepy meblowe nie praktykują otwarcia w niedzielę, zupełnie nie rozumiem, czemu).
Uwielbiam pakamerę. Nie za ceny, bo czasem powalają, ale za pomysły. Jak byłam wyjechana, przyszedł newsletter, w którym były wyjazdowe torebki na brudne/czyste. Szczególnie wzruszyły mnie takie z napisamy: "Wash me"/"Wear me" na męskie skarpetki. Teraz cierpię, bo mam problemy decyzyjne z wyborem torebki. Znalazłam trzy i przecież trzech nie kupię. I do tego chyba jeszcze mogę wybrać kolor. Wspominałam, że nie cierpię decyzji?
Wyświetl wpis
17 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z głowy, czyli z niczego / 15:15:43
- Action figures z Losta. To robi wrażenie (bunkier, Jack z ruchomymi ramionami czy Locke z nożem).
- Niech mi ktoś objaśni, czemu pół butelki toniku, dezodorant fkulce i krem nivea są k0sher w foliowym woreczku z suwakiem, a nie są ok w reklamówce?
- Pocztówki wysłane w sobotnie popołudnie z dzielnicy łacińskiej San Francisco są w Polsce u adresatów już czasem we wtorek rano. Czemu priorytet nadany w Poznaniu bywa w Warszawie po tygodniu, nie wspominając o pocztówkach światecznych, wysłanych 22.12, z których jedna była 23.12, a druga (w tym samym mieście) już 18.01 następnego roku?
- Gdzie jest mój brzoskwiniowy peeling z body shopa? Wychodzi, że wypakowałam wszystko, a nie ma. A był [przechwaliłam to "wypakowałam wszystko" - zawartość przywannowej półki z hotelu miałam spakowaną w reklamówce, która stała dzielnie na pralce i czekała, żeby do niej zajrzeć).
Wyświetl wpis
12 lutego 2007
Poziom: 1 * Oglądam / 23:49:12
Zaskakująco ciekawy film. Sama fabuła pretekstowa, bo to, co się zdarzyło, to wiadomo od kilkuset lat z historii. Ale kolory, faktury, materiały, nieco naiwny zachwyt światem, wschodem słońca, jajkiem świeżo spod kury (nic to, że umytym przez kogoś z setek służących), a do tego całkiem współczesna rockowa muzyka sprawia, że w zasadzie dla obrazów się miło ogląda. Dużo z oniryczności i koronek "Pikniku pod Wiszącą Skałą", trochę z samotności w "Między słowami", pewien fatalizm z "Przekleństw niewinności". Bardzo podobała mi się recenzja z niedawnej Machiny, w której autorka porównała Marię Antoninę do pierwszej celebrity - osoby, której życiową rolą było ładnie wyglądać, pachnieć i tworzyć wzór do naśladowania. Film pieczołowicie omija te wszystkie niewygodne historyczne fakty - że cały Wersal śmierdział z powodu ogólnego niemycia i sikania pod ścianami z braku wychodków, działo się głównie porubstwo (w filmie
delikatnie zaznaczone, że panna się ciut zabujała w przystojnym żołnierzu i się raz czy dwa zborsuczyli w przygodnej okoliczności i to by z tej zgnilizny moralnej było na tyle, a poza tym była żoną i matką
jak należy), jak wyglądała bieda. Widać tylko ten ładny kawałek rzeczywistości, w której sobie dziewczę żyło. Ale na tyle ładnie, że nie czuć, jakim kosztem. Ot - celebrity.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Oglądam / 23:46:41
Boooring. W zasadzie film nakręcono tylko chyba po to, żeby pokazać mnóstwo mniej lub bardziej wyszukanych ciuchów od znanych i znańszych projektantów. Anne Hathaway jest ładniutka i w zasadzie zupełnie umkła mi ta Wielka Metamorfoza, kiedy ze żle ubranej i kiepsko uczesanej absolwentki studiów robi się seksowna i pożądana panna z klasą. Meryl Streep doskonała, jak zawsze, świetna panna grająca pierwszą
asystentkę, ciuchy też fajne, ale to trochę mało, żeby zrobić z tego dobry film. Wiadomo - dylematy moralne typu "korzystać z okazji, czy pozwolić, żeby kto innych skorzystał" (tylko frajerzy nie korzystają, ale nikt nie mówi, że to etyczne) czy "a może nie warto tak zapieprzać 24h/dobę, bo się traci kawałek życia" (nie warto, ale się zdobywa doświadczenie) są takie dość oczywiste.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Oglądam / 23:43:35
Całkiem miły film, ale za mało w nim Mayle'a, a za dużo Riddleya Scotta. Z Mayle'a jest piękna Francja, kawałek francuskiego wiejskiego życia, śliczna właścicielka kawiarni, sporo i winie i o piciu. Niestety Scott nie dołożył wiele od siebie i w zasadzie plot spłaszczył do "londyński uber-makler zostaje zawieszony za nieetyczne rozgrywki giełdowe, jedzie załatwić kwestie spadkowe po wuju mieszkającym we Francji, chce hacjendę sprzedać, ale zaprzyjaźnia się z rolnikiem i panną, spotyka przyrodnią kuzynkę i staje się Innym
Człowiekiem". W zasadzie nie ma głównego w książce plotu z aferą winiarską, więc tak naprawdę nie bardzo wiadomo, o co chodzi, poza tym, że "jest we Francji ładnie".
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Oglądam / 23:40:37
Co ciekawe, nie słyszałam o tym filmie wcześniej, a jest zaskakująco dobry. W XIX wiecznych Austrowęgrach nastoletni sztukmistrz z plebsu zakochuje się w utytułowanej nastolatce. Oczywiście zły świat i konwenanse ich rozdzielają, ale po latach w Wiedniu spotykają się, poznają już bardziej dogłębnie i
stwierdzają, że żyć bez siebie nie mogą. Ale nie mogą też żyć ze sobą, bo Sophie ma poślubić arcyksięcia jakiegośtam (a niebawem austrowęgierskiego cesarza), a on człowiek krewki i prędzej pannę ubije, niż pozwoli odejść. I niestety - wychodzi na to, że panna ginie. Film z twistem i przewrotny, a do tego doskonała rola Gammatiego, który gra policjanta, mającego ustalić, kto pannę sprzątnął. Jessica Biel taka sobie, Norton bardzo demoniczny, ale mało przekonujący (fakt, że tego wymaga rola). Ogólnie na plus.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Czytam / 23:37:20
Dziwna. I różnie mi się podobała. Najfajniejsze są realistyczne opisy dzieciństwa w latach 70. na podwarszawskich okolicach Okęcia (mam wrażenie, że do tego momentu doczytali piszący blurba), trochę w
klimacie "Niebieskiego autobusu" Kosmowskiej, z tym jej niby-naiwnym obserwowaniem posępnej i całkiem poważnej rzeczywistości (tatuś, który zwiał za granicę i nadawał radiem "Wolna Europa", matka i syn
szykanowany przez ówczesny aparat ciemiężenia i łamania wolnej myśli). Mniej mi się podobały wstawki metafizyczne. Rozumiem, jaki był ich cel, ale czytało mi się dość topornie. Trochę za późno na odkrywanie,
że mityczna Ameryka i ogólnie Zachód miały tak naprawdę nas serdecznie w pompie, wszyscy od ładnych paru lat o tym wiedzą (zwłaszcza polecam tym, co kochają cały czas Wuja Sama, przelecieć się najpierw do
ambasady, potem odbyć na lotnisku rozmowę z Immigration Officerem, od którego w zasadzie zależy, czy cię raczą wpuścić na teren Raju Obiecanego i Coca-Coli).
Samo-loty na pewno mają dużo wartości dodanej dla wielbicieli lotnictwa, bo o tytułowych samolotach sporo. Dla niefanów - ciekawy rzut oka na pierwszą szczenięcą miłość i potęgę dziecięcej wyobraźni. Ale bez happy endu. Twarda baba jestem (tak mówią), ale na końcu się poryczałam.
Na okładce rekomendacje od członków kabaretu "Mumio" (a konkretnie aktorów teatru EPTY-A, bo kabaret to tylko jedna z ich kreacji) - im się pewnie podobały te odjechane wstawki, które działy się w sferze wyobrażeniowej.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Czytam / 23:30:22
Wprawdzie nie walnęło mną tak jak "Poddani Microsoftu", od których nie mogłam się oderwać i zarwałam kawałek nocy, ale całkiem dobrze się czytało. Pokręcona rodzina - trzy osoby z AIDS, jedna z błędnie wykrytym, jedna z rakiem wątroby, jedna bez ręki, bo matka podczas ciąży brała teratogenne leki - spotyka się przy okazji lotu w kosmos córki-astronautki (tej bez ręki). W zasadzie zmienia się całe ich życie, ci, co się nie mogli dogadać, dogadują się, a inne związki się rozpadają. Dużo o lekach i życiu ze śmiertelną chorobą i o zmianie podejścia do przeżycia tego kawałka, który został. Trochę o tym, jaka jest Ameryka.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży / 23:23:19
Oczywiście pech - dzisiaj się rozpogodziło i zamiast ostatnich chmur i ciapiącego z różnym natężeniem deszczu było przeładne słońce, w sam raz na łażenie po SF czy pojechanie do Alcatraz (mniej mi żal, bo "nasi" byli wczoraj, ale dość narzekali, że fajniej byłoby w słońcu). Poza tym od wczoraj się pozbyłam jetlaga, rychło w czas. Celowo nie przestawiam zegarka, w Monachium będziemy koło północy czasu kalifornijskiego (aktualnie połowa drogi).
Latanie jest fajne, ale pod jednym warunkiem - miejsce koło okna. Inaczej jest jak w intercity w nocy. No, oczywiście przynoszą jedzenie, napoje i przemiło się do człowieka uśmiechają. Żarcie samolotowe jest zaskakująco dobre, mimo że typowo preprocesowane w plastiku (ale z drugiej strony patrząc na śniadanie hotelowe, gdzie dosłownie wszystko było z paczki, nawet "peeled hardboiled farm[1] eggs" pakowane próżniowo w workach ca 50 sztuk czy krojone w porcje ciasto "ready to eat"). Fajniej też mieć przesiadki - łatwiej przeżyć 3,5 h jednego lotu i 8 h drugiego (a potem 1h trzeciego) niż hurtem w jednym samolocie 12 h.
[1] Farm, my ass. Małe i w kolorze leciutkiej pastelowej żółci.
Lubię lotniska. I jak jestem w stanie się jakoś opanować w zwykłym miejskim otoczeniu, tak na lotnisku ręka sama mi leci do portfela i nabywam kolejne goodies. W ten oto nieopanowany sposób stałam się
właścicielką zegarka Swatch z serii(?) "Chiński zodiak" ze świnką (to oczywiście wina AMG, było nie pokazywać). Oprócz zegarka w komplecie jest okrągłe pudełko ze złotą świnką-skarbonką i monetą, bo świnka
przynosi właścicielowy okrągłe kwoty w dowolnie wybranej walucie.
Do Chicago leciałam obok Koreanki z Chicago, która zdziwiła się, że na tyle dobrze mówię po angielsku, że chyba w Polsce jesteśmy dwujęzyczni urzędowo. Ale potem przypomniała sobie, że do tej pory spotkani Polacy mówili tak dziwnie, że od razu było widać, że nie są z tej bajki, a ja mam "very fluent and good pronounced English". Wprawdzie nie umiem tak ładnie mówić Borat-like jak P. (i zasób cenzuralnych tekstów do zaserwowania 50-letniej Koreance z mężem, który prawie całą drogę czytał Biblię po koreańsku, mam dość znikomy), ale o ten efekt dokładnie chodziło. Dzięki sympatycznej pani dowiedziałam się też, że lecieliśmy
nad jeziorem Erie, że zima latoś dość trzyma, a pani wraca od siostry z Sacramento, gdzie było 25 celsjuszów. Nie wiem, czy to specyfika Azjatów, bo w zasadzie tylko oni się tak dość dokładnie pytają, co, gdzie i jak (nie narzekam - z KJ rozmawiało się bardzo miło i mam nadzieję, że nie utytłałam jej moim krabem w knajpie ;-)). Reszta zlewa, jest zdawkowo uprzejma i nie zagaduje (może to i lepiej?). Lotnisko w Chicago jest duże po byku, szczęśliwie są tam ruchome chodniki (zdążyłam sobie obetrzeć piętę nowymi butami; dobrze, że
dopiero dziś). Niestety, przyjechaliśmy kiedy się zmierzchało, więc na fotkach nie będzie aż tak dobrze widać, jakim ładnym korytarzem szliśmy - ściany wyglądały jak próbniki Decoralu, a na suficie zapalały się kolorowe neoniki (chyba założyli, że pasażerowie generalnie nie są na psychotropach i dadzą sobie radę z kolorkami).
Właśnie odkryłam, że pokładowy monitorek ma możliwość wyświetlania mapki. Prędkość 974 km, 10668 m (oczywiście to okrągła liczba, bo 35000 stóp - mówiłam, że kocham te jednostki?) nad poziomem morza, -57 stopni celsjusza i wlatujemy właśnie na Atlantyk w okolicach St John's. Czekam na turbulencje.
Jak już wspominałam, samolot oprócz spożywki zapewnia też spyżę duchową. Odrobiłam kinowe zaległości, niestety nie puścili "Prestiżu", mimo że było umówione. Przypomniałam sobie Volvera, obejrzałam jeden odcinek "The Office" i kilka kinowych nowości, co to jednak się na nie do kina nie wybrałam.
Kupiłam parę książek, ale bez specjalnych zachwytów. Nigelli w Barnesie i Noble'u nie wypatrzyłam, znacznie bardziej podobał mi się Borders. Tyle że poza jedynym brakującym Pratchettem i Erikiem Idlem z
obniżki nic fajnego nie znalazłam. Leżał wprawdzie nowy (a przynajmniej nie wydany w PL) Doyle, ale coś czuję, że doylowej angielszczyżnie bym nie dała rady, poczekam na wydanie po naszemu. I Starbucksem się nie zachwyciłam - ot, kawa jak kawa, tyle że w kartonowym kubku, a nie w porcelanie.
Wygląda na to, że tym razem nie będzie Grenlandii, bo kierujemy się nad Irlandię. Żałuję, że ciemno (6:39 czasu naszego, a według mojego nowego zegarka - 21:39, za nami 2641, przed nami 1545 mil) i nic nie
widać, nawet jak się ma miejsce przy oknie i że nie da się mieć on-line podglądu na google.maps.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży / 21:33:26
- Chicago O'Hare International Airport to największe lotnisko na świecie. Hail ruchome chodniki.
- Na quarterach są różne cudności - na oko każdy stan ma własne ćwierćdolarówki, albo akurat teraz modna była seria typu "Kentucky" z tatanką.
- Taco Bell bardzo przyjemny tex-mex fastfood. Ale prażynki z cynamonem to już pewien overkill.
- Stany to naprawdę melting-pot. Takich prawdziwych giertychowo białych jest może kilkanaście procent (albo ich nie widać aż tak na ulicach).
- Amerykańskie kaszaloty są naprawdę. Co ciekawe, niektóre są naprawdę ładne i nieźle się ubierają.
- Żarcie w Lufthansie o wiele lepsze niż w United. Z kolei w United więcej miejsca na nogi.
- Kalifornia ma całkiem fajną szybką kolej podmiejską - CalTrain (zbudowaną wzdłuż El Camino Real, czyli trasy Hiszpańskiej Inwiz^WMisji, która stawiała kolejny zaczątek miasta w odległości pozwalającej na przejechanie jej konno w ciągu dnia); dość tania - bilet w jednej strefie to jakieś $2 na łebka. Można przesiadać się na BART (Bay Area Rapid Transit), który jest pod miastem i jest ciut droższy ($1.5 za jedną stację, potem nieliniowo, ale w górę).
- Kupiłam sobie pudełeczko śniadaniowe w paski. Kolorowe. Naprawdę.
- W sklepie firmowym LEGO można nabierać klocków z LEGO BASIC na wagę do kubeczka (kwiatki, pamperki, okiennice, żółte, czerwone...)
- Najbardziej upierdliwe na lotniskach jest ściąganie martensów co bramkę (piszczą).
- Koty lubią Beef Jerki.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 15:04:37
Czyli wróciłam. Po stronie strat: jeden Dr Pepper pękł w walizce, więc się ciuchy piorą, DVD, książki i CD nie ucierpiały. Po stronie zysków to już mi się nie chce nawet wymieniać. Może jak odeśpię.
Wyświetl wpis
11 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży / 04:31:40
Trochę padało, ale mimo to całkiem całkiem. TŻ wsiąkł w sklepie firmowym Virgin Records, ja w zasadzie mogłabym spędzić tydzień w pierwszym napotkanym spożywczaku. Uwielbiam kraj, w którym jest kilkadziesiąt rodzajów napojów gazowanych w puszkach, batoniki i inne słodycze ciągną się kilometrami, na straganie warzywniakowym leży kaktus systemu opuncja (już zapomniałam, jak się nazywa, ale przemiły latino ze sklepu powiedział, żeby "cook it". No to ugotuję), a w sklepiku "włóż w torebkę ulubione słodycze za jedyne $2.95 za uncję[1] jest kilkadziesiąt rodzajów jelly beans, poukładanych kolorami, o innych gummi-żelkach nie wspomniawszy.
[1] Na litość Bogini, kraj miar i wag wystruganych z ziemniaka. Na autostradzie odległości podają w ćwiartkach mil, monety to quartery i dime'y (oczywiście nie ma na nich cyfr, bo i po co), nie robiłam nawet podejść do ciuchów (spodnie z Abercrombia mają rozmiar 10), buty kupiłam w rozmiarze 7. W warzywniaku też wszystko na uncje.
Umieram po zjedzeniu 1/3 porcji "standard" naczos z fasolą, salsą i żółtym serem. Juan(?) zamówił wczoraj lody w pobliskiej restauracji, kelnerka przyniosła mu ociekający lodami i czekoladą puchar, który tak na oko starczyłby dla czterech dorosłych osób.
Udało mi się wysłać pocztówki, mimo że US Post ma skrzynki pocztowe prawie nieodróżnialne od koszów na śmieci. H., Twoją pocztówkę włożyłam w hotelową kopertę, mam nadzieję, że tym razem nie zarąbią u nas na sortowni.
San Francisco jest fajne. City z wieżowcami w klimacie Ghost Busters, dzielnica latino z knajpami i wyprzedażami śmieciastymi co drugi róg (plus oczywiście kupa fajnych sklepów typu Sketchers), górki-dołki, a dookoła całe tysiące ślicznych typowych szeregowców z wykuszami i pięterkiem, z których każdy jest inny, chociaż taki sam. Pomieszkałabym tutaj czas jakiś.
Jutro o 10:55 wylatuję United Airlines do Monachium, skąd już Lufthansą dolecę w poniedziałkowe południe do Poznania. Wychodzi, że nominalnie 25 godzin. Podobno w tę stronę jetlag jest znośniejszy.
Wyświetl wpis
10 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży / 23:04:33
Jak widac, maja displayowe komputery podlaczone do internetu. Oczywiscie bez pliterek, ale jakos mnie to nie dziwi. Udalo mi sie wyciagnac eloya ze sklepu firmowego Virgin Records, zanim udalo mu sie przepukac cala wyplate (a bylby w stanie, nawet zwazywszy na to, ze mamy limit bagazu w samolocie). Ide zobaczyc, jakiego iPoda sobie kupi.
Caluski, wasza Ciotka Matt
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży / 05:10:42
A pada. A mówili, że tutaj sucho. Na szczęście ciepło, więc opcja permanentnego zmoknięcia jest dość akceptowalna, bo zaraz jest szansa wyschnąć w jakimś przyjaznym otoczeniu.
W środę na takim +/- pożegnalnym spotkaniu Gil powiedział, że udało mu się nauczyć nowego fajnego polskiego słowa - "zajebiste". To dobrze oddaje cele spotkania jak również plany na czwartek: zwiedzanie San Francisco, wieczór w Crab House w Fisherman's Wharf i przejażdżkę autobusem po barach, której przyświecało kolejne polskie hasło: "Najebmy się". Hasło zostało szybko zmemoryzowane przez zagranicznych kolegów, po początkowej niepewności, czy aby nie znaczy to "mam małego penisa", bo każdorazowe wymówienie witaliśmy śmiechem.
Po zdjęciach widać, że lało (i leje). Z Twin Peaks (punkt widokowy, na który lokalesi przyjeżdżają, żeby make-out, bo wzbudziło spory entuzjazm wśród głównie męskiej obsady autobusu), skąd przy ładnej pogodzie jest wyrąbisty widok na miasto, widać było przeważnie mgłę, chmury i krople deszczu na aparacie. Z Golden Gate podobnie - krople deszczu, wiało i moczyło (ale i tak impressive - nie mogliśmy się powstrzymać przed serią turystyczną, a krople się wytoszopuje). Lombard Street - ulica o prawie 30-stopniowym nachyleniu - jest dość karkołomna do przejścia (ale bardzo, bardzo ładna). Fisherman's Wharf to teoretycznie przystań statków, a w praktyce potwornie wielka masa sklepów dla turystów (mydło i powidło, koszulki, czekoladki, ciuchy, czapki, biżuteria), zagłębie knajpiowe i mini ostoja uchatek. Uchatki są prześliczne, są głośne, tłuką się wzajemnie, gadają, skaczą do wody, wczołgują się na pomosty i ogólnie są rozkoszne.
Uwielbiam kraby. It's a dirty job, but someone's gonna do it. Dostaje się fartuszek, bo krab tłusty i chlapie, łamacza skorupy (wygląda jak dziadek do orzechów) i taki krab-like widelczyk do wygarniania mięsa ze skorupki. A mięso jest absolutnie boskie. I masełko czosnkowe. I chlebek. Boskie. Robimy zakłady, ile przytyłam?
A potem pojechaliśmy pić. First soldier down po pierwszym barze, chyba nie pomógł fakt, że na pokładzie autobusu-rockendrolowej-limuzyny (własność firmy Google, gratz :->) była wódka, whisky, rum i amerykańskie sparkling wine. W pierwszym barze było miło, acz szybko się zmyliśmy, bo barman nie chciał dać sobie zarobić i upierał się, żeby kasować za każdego drinka, a nie wziąć $500 i dawać każdemu, nawet z ulicy. Drugi bar (Trader's Sam) był niesamowity, drinki w miskach mrożące mózg, parasolki i szafa grająca. Uwielbiam. Chyba nawet specjalnie nie dziwiło nikogo, bo przy szafie się tańczy, nie? Jedyny 19-latek wszedł na paszport drugiego kolegi, bo dość restrykcyjnie sprawdzali. Niestety, zanim zdążyłam się sponiewierać jak szpadel i zanim zdążył polecieć kawałek OST z Pulp Fiction (4 kawałki za $1, świetna inwestycja), poszliśmy do trzeciego baru. Podobnież najbardziej trędnego w SF, ale było tragicznie boring. Lasie ze sztucznymi cyckami, lustra, cuda na kiju, lans, lans, lans. I zgubiłam parasoleczkę. W planach był jeszcze jeden bar, ale wyszło, że zespół przy dużym współudziale grupy z Polski został mocno osłabiony, więc to by było na tyle. No, pomijając bardzo wesołą drogę powrotną, na końcu której kolega, któremu się film urwał, został wyniesiony przez silnych chłopa i osadzony w wózku inwalidzkim...
Dla wytrwałych - piktorial z sedesem.
Wyświetl wpis
07 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży / 22:57:24
Sushi jest obleśne. Wasabi paskudne (ale ja i zwykłego chrzanu nie lubię), wodorosty i te paskudne czarne, co owijają, też. Sos sojowy służy do marynat, a nie do jedzenia saute. A rybę się smaży. Szczęśliwie wieczorem będzie stek albo inne warzywo. Warzywa są dobre. Ale spróbowałam, mogę postponować w majestacie.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży / 17:35:48
- Wschód słońca nad Zatoką. Niestety, zasadniczy wschód nie przyszedł, bo zachmurzenie było. Zatoka na pierwszy rzut oka cholernie blotnista, przynajmniej przy brzegu. Po lewej widać (no, możecie uwierzyć na słowo) San Francisco Airport i samoloty lądujące i podchodzące do startu nad wodą.
- Biuro Wikia, Inc. - na fotkach nie wygląda tak klimatycznie jak IRL, ale jeszcze nad tym popracuję. Pasaż handlowy, drewniane stropy, wszystko oszklone (transparency?), dookoła inne firmy. Nikomu nie przeszkadza, że sierotka z Polski z jetlagiem śpi o godzinie 16 przykryta polarkiem na kanapie.
- San Mateo - dzień 2. - podobno miasteczko jest totalnie niereprezentatywne dla Kaliforni(i). Czysto, czysto, czysto. Niska zabudowa. Dla wychowanych na filmach policyjnych smętnie, bo nie ma pościgów, policję widziałam cały raz, jak przyjechali na kolację do knajpki. Śliczne domki. Wszyscy (i to Polacy, Nowojorczycy czy mieszkańcy SF) twierdzą, źe tu możnaby zostać.
- Włoska knajpa - rozumiem ideę zostawiania tipów. Tutaj kelnerzy chodzą koło ciebie jak koło śmierdzącego jajka. Tu dolewają wody, tu wina, tu przychodzi oberkelner z daniem, a zanim zaraz mini-kelner ze świeżo mielonym pieprzem czy cheese-graterem. A na końcu przyszedł przemiły kelner, który zaczął robić cudności z serwetek.
Stay tuned. Dzisiaj gokarty, jutro cały dzień jeździmy tramwajem po San Francisco. Tak, tym otwartym.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży / 07:12:55
- Amerykanów poznaje się po tym, że liczą w pamięci (albo na kartce) 15% tip dla kelnera czy taksówkarza.
- We włoskiej knajpie w łazience był podajnik na mydło z Sister Mary Immaculate.
- Plotki o aligatorach w kanalizacji są przesadzone - jest przecież zakaz wrzucania śmieci do studzienek.
-
Poza tym, że jest obłędnie czysto, w kaźdej knajpie są jednorazowe papierowe przykrycia na sedes. I zawsze dwie rolki papieru toaletowego na dwóch podajnikach.
-
Dalej ciepło, chociaż ma być dziś w nocy burza, sztorm i ma potem lać do niedzieli. Na razie nie ma z czego, ale i tak - przecież "it never rains in California!".
- Budapeszt pachniał mułem. San Mateo pachnie kwiatami. Palma, obok lawenda, chwilę dalej magnolie. Bratki, prymule, fiołki. W ogródkach nie ma syfu, czysto wszędzie, cicho wszędzie (chociaż psią kupę widziałam).
- Samochody zatrzymują się przed pasami. Nawet jak szybko jadą.
- Bez przerwy jemy. Wczoraj meksykańska, potem pizza (Nef zamówił dużą. No to dostał. Taką wielkości koła samochodowego). Dzisiaj indyjska (kurczaka tandoori zrobili dobrze ;-)), wieczorem nieledwie bankiet we włoskiej. Chyba umieram z przeźarcia. Boję się nawet myśleć, ile kilogramów obywatela z wyższym wykształceniem więcej przywiozę do PL.
- Fotki w drodze.
Wyświetl wpis
06 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży / 19:14:20
Wrzuciłam trochę absolutnie nieprzebranych fotek - posprzątam, jak wrócę do domu. Na razie mam lenia ;-)
- 1 - Ławica.
- 2 - lot Poznań - Monachium. Mały samolot, może ktoś pozna po śmigle, jaki. Niestety głównie było zachmurzenie, więc niewiele poza białymi chmurkami było widać. Już nad Niemcami ciut się poprawiło, więc było widać takie maciupkie domki, pola i highwaye. Zdjęć kobylastego lotniska w Monachium nie mam, takoż z lotu Airbusem, bo w zasadzie co za fun robić fotki w samolocie, jak się nie ma dostępu do okna. Inna rzecz, że żal, bo zachód słońca był prześliczny.
- 3 - hotel Holiday Inn Express. Pewnie straszne beleco, ale mnie się podoba. Mydełka uzupełniają jak w dowcipie o Włochu, co to miał własne, ale i tak mu przynieśli. Tutaj rozpakowaliśmy jedno i następnego dnia - bach, rozpakowane zostawili, ale dołożyli świeżutkie. Tsd, widać, skąd Amerykanie mają takie ładne zęby - do pokoju przysługują dwie pasty do zębów, guma dentystyczna do żucia (po smaku sądząc, pewnie z fluorem) i inne cuda.
- 4 - San Mateo (04-05-2007) - przedmieścia SF, tutaj jest Wikia HQ, w pasażu handlowym. Śliczne uliczki, zagłębie knajpowe, Citibank, który twierdzi, że mogę gotówkę bez prowizji i pokazuje mi zarówno przelicznik wypłaty, jak i stan konta w PLN! Wot United World. Tak, właśnie jest wiosna i wszystko kwitnie.
W Wikiowym ofisie strasznie bawią mnie stickety w róźnych miejsach. "Sauna" na pomieszczeniu, w którym jest klimatyzator i rzeczywiście jest upiornie gorąco, "Recycle - cans, bottles, paper" nad trzema koszami w różnych kolorach czy najsympatyczniejsza pod pokrętłem klimy, mówiąca "Don't".
Wyświetl wpis
05 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży / 18:55:11
Eloy siedzi na all-hands-meeting, a mnie przemila Marnie wpuscila na swoj komputer (oczywiscie bez pliterek, ale spoko - na tydzien sie oducze ;-)) Jabbera chwilowo mam na laptopie (wspominalam, ze nienawidze McIntoshy?), telefon nie dziala w ogole (jest dwusystemowy, ale tutaj jest jakis Zupelnie Inny System).
Pierwszy rzut oka na amerykanskie sniadanie, pokazuje, czemu wszedzie chodza mamuty i mastodonty. Wprawdzie kawa dla zdrowia jest bezkofeinowa, a cukier przewaznie 0% cukru, ale sniadanie sklada sie z: roznego autoramentu slodkich platkow, slodkich buleczek, muffinkow, donatow, dzemikow, jogurtu (to chyba najzdrowsza czesc na stole) i... jajek na twardo. Przezabawnie wygladaja jajka na twardo zaraz obok dzemu i ciastka z owocami. Ze slonych rzeczy udalo mi sie wygrzebac serek filadelfia i kawalek nieslodkiego pieczywa (co ciekawe, w knajpie jako przegryzke daja nieslodkie pieczywo, ale za to z rodzynkami).
Hotel jest sliczny, nowy, ale zrobiony w stylu kolonialnym (kruzganki i schodki, wielkie rosliny w doniczkach i rozne cuda na kiju), zaraz nad Zatoka. Jutro idziemy na wschod slonca, co nie bedzie takie trudne, bo wschodzi kolo 13 ;-) I pelno Japonczykow. Swoja droga nie wiem, czy w Immigration Office celowo zatrudniaja glownie Azjatow, ale pierwszy rzut oka pokazuje, ze Ameryka sklada sie z zoltych. Tylko kierowca busiku na lotnisko to Rusek, Nikolai.
Zeby zostac przy tematyce sniadaniowej (aktualnie 9:48 AM) przerazajace sa amerykanskie sedesy. Zaczynam rozumiec niezdrowa amerykanska fascynacje kupa (kupom). Dla mnie sytuacja, kiedy to, co sie wlasnie zrobilo, plywa jak w fontannie (prawdziwych przyjaciol poznaje sie w borowinie) jest tylko troche chora. Troche. No ja piernicze, przeciez po zagladaniu w taki sedes przez kilkanascie lat to czlowiek nie moze wyjsc z lazienki normalny. Nie wiem tez, czy bateria prysznicowo-wannowa jest klasyczna, ale korzysta sie z tego strasznie. Sitko prysznica jest zamocowane na scianie na stale, a wode z kranu wannowego przelacza sie za pomoca schylenia sie i pociagniecia uszczelki pod kranem, po czym dostaje sie na plecy woda, szczesliwie, jak ciepla. Lotsa fun. Nie opanowalam jeszcze przelaczania w locie na kran, bo tej uszczelki nie idzie wepchac z powrotem ;-))
Tyle o marchewce, ide dowiedziec sie, kiedy lanczyk i udam sie budzic niezdrowy entuzjazm na ulicach San Mateo, poniewaz bede chodzic pieszo! Tutaj wszyscy jezdza...
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z głowy, czyli z niczego / 05:47:38
Ja wiem, źe stracę cały au-torytet, ale normalnie pierwszy raz latam ("latam, gadam, full serwis") i się czuję jak w podstawówce. Cięźko być cool, jak się nie ma sombrero. Wychodzi na to, źe mam do wyboru dwa zestawy - albo bycie całkiem na "nie", albo - jak dzisiaj - całkiem na "tak". Ale spokojnie, wyląduję, wrócę i będę dalej kontestowała.
Kochamy McIntosha. Nie dosc, ze nie ma szans na pliterki (a przynajmniej zadna kombinacja jablko + cokolwiek nie daje efektu), to jeszcze edytorek ma undo na jeden krok. Tyle o komputerach. A nie, przepraszam. Eloy mi podpiął pliterki, ale pod ten drugi prawy ctrl, which is fun, bo próba zrobienia klasycznej pliterki czasem owocuje jakimś cudem typu "ostatni akapit poszedł w powietrze". Japko+s - zapisz.
Lot Lawica-Monachium wpyteczke. Nie trzeslo, dali kanapeczke z serkiem i ogorem i/oraz toblerona. W Monachium cieplo, lotnisko wykurwiscie wielkie, na bramce piszczy niewiele, za to wszystko piszczy przy przemilej pani z recznym terminalem do wykrywania kontrabandy. Najsmieszniej jest, jak piszczy stanik i pani jezdzi po czlowieku reczna maszynka do robienia "ping". Chcialam wklikac na dzo noteczke "Wuj Matt z podrozy na lotnisku w Munchen, ale ichnie wifi platne, a nie wiedzialam, czy sie zmieszcze z kontaktem ze wszystkimi w kwadransie za 2E (godzina - jedyne 8E).
Opis samolotowy bedzie niestety nudny, bo mamy miejsca w srodku Airbasa, wiec widze tylko pasazerow po bokach (buce pod oknem maja pozaslaniane okienka i laptopuja; co za marnacja, ja to bym chociaz patrzyla). W zasadzie niby nic, ale w godzinke przelecielismy nad cala Europa, aktualnie mijamy Manchester-England-England. Ide (no, siedze ;-)) jesc.
5:51 do lądowania, zaraz pewnie będziemy mijać Montreal (dość sprytnie wyświetla się mapka z namalowanym samolocikiem). Wprawdzie nie szło nic zobaczyć, ale chyba minęliśmy Grenladię. Szło poznać, bo samolot miał turbulencje (taki odpowiednik globusa). Wspominałam kiedyś, źe chciałabym pojeździć na rollercosterze? To chyba juź nie chcę. Było całkiem śmiesznie, przemiłemu panu po tej drugiej lewej poleciał laptop, jak tak skakaliśmy w góre i w dol z tylu polecialo wino (skarpetki pomoczylam pozniej, jak szlam do kibelka, bo z tylu na ogonie bylo wiecej zniszczen). Szczesliwie eloy udzielal komentarzy w jezyku natywnym ("ciekawe, czy juz odpadl ogon"), bo siedzaca obok niego potwornie spanikowana Wloszka bylaby jeszcze bardziej spanikowana. Tak tylko trzymala eloya za noge i reke i pytala cichutko, czy moze (trzymac za noge) i co sie dzieje, czy juz spadamy? Moze mam za malo wyobrazni, ale jakos trudno mi sie bylo tym przejmowac i nawet polecialabym jeszcze kawalek z tymi smiesznymi podskokami. Na szczescie nie pamietam zadnych ciekawych kawalkow z Losta ;->
Swoja droga zawsze mnie zastanawialo, jak samoloty wiedza, ktoredy leciec. Jak sa chmury, to nie ma szans - pod spodem wszystko wyglada jak jednolity stok narciarski, poorany troche przez jakies mityczne narty (i niech ktos mi jeszcze powie, ze chmury to skondensowana para wodna, no fucking way, widzialam prawie ze z bliska i nie ma szans, musza byc takie jak w "Dolinie Muminkow", ze mozna na nich jezdzic jak na chmurce). Teraz rozumiem, jest nawigacja satelitarna i inne szpeje, ale kiedys? Szacun, naprawde. Zwlaszcza ze to chyba pilot przemawial zaraz po naprowadzeniu na gladki lot i uspokajal spanikowana (i nieco wrzeszczaca grupe pasazerow). Think administrator bazy danych wysylajacy uspokajajacy komunikat do milionow luzerow (i to bez uzycia slow na k, p i fuck).
Nie wiedziec czemu przypomnial mi sie (ale to wczesniej, jak lecielismy mniejszym samolotem na trasie Poznan-Monachium) dowcip o slepych pilotach, ktorzy startowali dopiero wtedy, kiedy pasazerowie odpowiednio glosno wrzeszczeli. Kiedys nie krzykna ;-)
P., mam nadzieje, ze ruszyles tylek i obejrzales wreszcie Almost Famous? Jest tam sliczna scena w samolocie, ktory wpadl w bardziej zabawne turbulencje niz nasz i wszyscy (majac wrazenie, ze to juz ostatnia chwila ich zycia), czynia sobie dosc drastyczne wyznania. Najdrastyczniejsze pada sekunde przed tym, jak wszystko sie uspokaja i z kabiny wyglada usmiechniety pilot i mowi, ze juz ok.
Wychodzi na to, ze sie nieco odchamie kultura masowa, bo puszczaja calkiem niezle filmy - "Dobry roku" i "Iluzjoniste" (w busie Frankfurt/M - Poznan puszczali krap okrutny, Agencie podaj lape, ktores Taxi i Wyscig szczurow).
Wyświetl wpis
04 lutego 2007
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z głowy, czyli z niczego / 09:42:47
Do usłyszenia jutro po 4 nad ranem, jak wyląduję ;-)
Wyświetl wpis
02 lutego 2007
Poziom: 1 * Śmieszne / 14:50:10
Nie lubię, jak dzwoni telefon. Ale czasem bywa śmiesznie.
Dzwoni telefon, jeden sygnał, rozłącza się. Nieznany numer, zlewam, jak ważne, to zadzwoni ponownie. Widać ważne, bo zadzwoniło.
Ja: Tak, słucham?
Panna (bardzo oburzonym tonem) Ktoś do mnie dzwonił z tego numeru! Trzy razy!
Ja (zen i siła spokoju, bo węszę fun) Obawiam się, że to nie możliwe, nikt nie dzwonił z tego numeru.
Panna (jeszcze bardziej oburzonym tonem) Ale dzwonił! Jakiś mężczyzna! Męski głos! I się rozłączał!
Ja (zen^2) Nie przypuszczam, bo to mój telefon i bynajmniej nie ma tu żadnego mężczyzny.
Panna (cichutko i nagle grzecznie) To ja przepraszam, pomyłka.
Kurtyna.
Wyświetl wpis