Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Babie lato, niespodziewanie ciepłe trzy tygodnie we wrześniu, ze słońcem i niebem jak z katalogu. Mogę pójść z książką do ogrodu i skulić się jak w kokonie w hamakowej huśtawce na czereśni.
Ciągle ta sama playlista, wspólny mianownik to “Lubię to”. Od kalafiorów z lat 80. przez NiN do Prince’a. Bo kto bogatemu zabroni. Chyba że słucham audiobooków, ale wtedy nie mogę pisać.
Policzyłam wczoraj książki w stosiku wstydu na komodzie. 45. Nie doliczam tych, co leżą na szafce nocnej.
W sklepie na rogu w czwartki jest doskonałe drożdżowe ze śliwkami i kruszonką. Jak nie jestem fanką drożdżowego w przeciwieństwie do kruszonki, tak regularnie pielgrzymuję po kolejną dawkę przypominającą.
Biało-rudy z sąsiedztwa sam przybiega na głaskanie i nie że tak delikatnie, tylko wywala się na plecki i zachęca.
Są młode orzechy laskowe.
Na nic tak nie czekam jak na sobotni poranek, żeby pojechać z eloyem na śniadanie. Myślę o tym od środy co najmniej.
W ogrodzie bywa wiewiórka. Ostatnio ganiała się ze sroką.
Jakiś czas temu kupiłam na przecenach w Home&You szklaną wielościenną bryłę, która robi tęcze. Tęcze są najlepsze.
