Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla usa

Sami zobaczcie (5.02.2007)

  • Wschód słońca nad Zatoką - GALERIA ZDJĘĆ. Niestety, zasadniczy wschód nie przyszedł, bo zachmurzenie było. Zatoka na pierwszy rzut oka cholernie blotnista, przynajmniej przy brzegu. Po lewej widać (no, możecie uwierzyć na słowo) San Francisco Airport i samoloty lądujące i podchodzące do startu nad wodą.
  • Biuro Wikia, Inc. [galeria usunięta] - na fotkach nie wygląda tak klimatycznie jak IRL, ale jeszcze nad tym popracuję. Pasaż handlowy, drewniane stropy, wszystko oszklone (transparency?), dookoła inne firmy. Nikomu nie przeszkadza, że sierotka z Polski z jetlagiem śpi o godzinie 16 przykryta polarkiem na kanapie.
  • San Mateo - dzień 2 - nowe zdjęcia (GALERIA ZDJĘĆ) - podobno miasteczko jest totalnie niereprezentatywne dla Kalifornii. Czysto, czysto, czysto. Niska zabudowa. Dla wychowanych na filmach policyjnych smętnie, bo nie ma pościgów, policję widziałam cały raz, jak przyjechali na kolację do knajpki. Śliczne domki. Wszyscy (i to Polacy, Nowojorczycy czy mieszkańcy SF) twierdzą, że tu możnaby zostać.
  • Włoska knajpa - rozumiem ideę zostawiania tipów. Tutaj kelnerzy chodzą koło ciebie jak koło śmierdzącego jajka. Tu dolewają wody, tu wina, tu przychodzi oberkelner z daniem, a zanim zaraz mini-kelner ze świeżo mielonym pieprzem czy cheese-graterem. A na końcu przyszedł przemiły kelner, który zaczął robić cudności z serwetek.
Stay tuned. Dzisiaj gokarty, jutro cały dzień jeździmy tramwajem po San Francisco. Tak, tym otwartym.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 7, 2007

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: usa, san-mateo - Komentarzy: 11


Funny facts

  • Amerykanów poznaje się po tym, że liczą w pamięci (albo na kartce) 15% tip dla kelnera czy taksówkarza.
  • We włoskiej knajpie w łazience był podajnik na mydło z Sister Mary Immaculate.
  • Plotki o aligatorach w kanalizacji są przesadzone - jest przecież zakaz wrzucania śmieci do studzienek.
  • Poza tym, że jest obłędnie czysto, w każdej knajpie są jednorazowe papierowe przykrycia na sedes. I zawsze dwie rolki papieru toaletowego na dwóch podajnikach.
  • Dalej ciepło, chociaż ma być dziś w nocy burza, sztorm i ma potem lać do niedzieli. Na razie nie ma z czego, ale i tak - przecież "it never rains in California!".
  • Budapeszt pachniał mułem. San Mateo pachnie kwiatami. Palma, obok lawenda, chwilę dalej magnolie. Bratki, prymule, fiołki. W ogródkach nie ma syfu, czysto wszędzie, cicho wszędzie (chociaż psią kupę widziałam).
  • Samochody zatrzymują się przed pasami. Nawet jak szybko jadą.
  • Bez przerwy jemy. Wczoraj meksykańska, potem pizza (Nef zamówił dużą. No to dostał. Taką wielkości koła samochodowego). Dzisiaj indyjska (kurczaka tandoori zrobili dobrze ;-)), wieczorem nieledwie bankiet we włoskiej. Chyba umieram z przeżarcia. Boję się nawet myśleć, ile kilogramów obywatela z wyższym wykształceniem więcej przywiozę do PL.
  • Fotki w drodze.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 7, 2007

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: usa, san-mateo - Skomentuj


Sami zobaczcie (4.02.2007)

Wrzuciłam trochę absolutnie nieprzebranych fotek - posprzątam, jak wrócę do domu. Na razie mam lenia ;-)

Ławica i lot Poznań - Monachium - GALERIA ZDJĘĆ. Mały samolot, może ktoś pozna po śmigle, jaki. Niestety głównie było zachmurzenie, więc niewiele poza białymi chmurkami było widać. Już nad Niemcami ciut się poprawiło, więc było widać takie maciupkie domki, pola i highwaye. Zdjęć kobylastego lotniska w Monachium nie mam, takoż z lotu Airbusem, bo w zasadzie co za fun robić fotki w samolocie, jak się nie ma dostępu do okna. Inna rzecz, że żal, bo zachód słońca był prześliczny.

Hotel Holiday Inn Express. Pewnie straszne beleco, ale mnie się podoba. Mydełka uzupełniają jak w dowcipie o Włochu, co to miał własne, ale i tak mu przynieśli. Tutaj rozpakowaliśmy jedno i następnego dnia - bach, rozpakowane zostawili, ale dołożyli świeżutkie. Tsd, widać, skąd Amerykanie mają takie ładne zęby - do pokoju przysługują dwie pasty do zębów, guma dentystyczna do żucia (po smaku sądząc, pewnie z fluorem) i inne cuda.

San Mateo - GALERIA ZDJĘĆ; przedmieścia SF, tutaj jest Wikia HQ, w pasażu handlowym. Śliczne uliczki, zagłębie knajpowe, Citibank, który twierdzi, że mogę gotówkę bez prowizji i pokazuje mi zarówno przelicznik wypłaty, jak i stan konta w PLN! Wot United World. Tak, właśnie jest wiosna i wszystko kwitnie.

W Wikiowym ofisie strasznie bawią mnie stickety w różnych miejscach. "Sauna" na pomieszczeniu, w którym jest klimatyzator i rzeczywiście jest upiornie gorąco, "Recycle - cans, bottles, paper" nad trzema koszami w różnych kolorach czy najsympatyczniejsza pod pokrętłem klimy, mówiąca "Don't".


Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 6, 2007

Link permanentny - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: usa, san-mateo, san-francisco, niemcy - Komentarzy: 7


Wuj Matt from Wikia HQ

Eloy siedzi na all-hands-meeting, a mnie przemiła Marnie wpuściła na swój komputer (oczywiście bez pliterek, ale spoko - na tydzień się oduczę[1] ;-)) Jabbera chwilowo mam na laptopie (wspominałam, że nienawidzę McIntoshy?), telefon nie działa w ogóle (jest dwusystemowy, ale tutaj jest jakiś Zupełnie Inny System).

Pierwszy rzut oka na amerykańskie śniadanie pokazuje, czemu wszędzie chodzą mamuty i mastodonty. Wprawdzie kawa dla zdrowia jest bezkofeinowa, a cukier przeważnie 0% cukru, ale śniadanie składa się z: rożnego autoramentu słodkich płatków, słodkich bułeczek, muffinków, donatów, dżemików, słodkiego jogurtu (to chyba najzdrowsza potrawa na stole) i... jajek na twardo. Przezabawnie wyglądają jajka na twardo zaraz obok dżemu i ciastka z owocami. Ze słonych rzeczy udało mi się wygrzebać serek Filadelfia i kawałek niesłodkiego pieczywa (co ciekawe, w knajpie jako przegryzkę dają niesłodkie pieczywo, ale za to z rodzynkami).

Hotel jest śliczny, nowy, ale zrobiony w stylu kolonialnym (krużganki i schodki, wielkie rośliny w doniczkach i rożne cuda na kiju), zaraz nad Zatoka. Jutro idziemy na wschód słońca, co nie będzie takie trudne, bo wschodzi kolo 13 ;-) I pełno Japończyków. Swoja droga nie wiem, czy w Immigration Office celowo zatrudniają głównie Azjatów, ale pierwszy rzut oka pokazuje, że Ameryka składa się z Azjatów. Tylko kierowca busiku na lotnisko to Rusek, Nikolai.

Żeby zostać przy tematyce śniadaniowej (aktualnie 9:48 AM), przerażające są amerykańskie sedesy. Zaczynam rozumieć niezdrowa amerykańską fascynację kupą. Dla mnie sytuacja, kiedy to, co się własnie zrobiło, pływa jak w fontannie (prawdziwych przyjaciół poznaje się w borowinie), jest tylko trochę chora. Trochę. No ja pierniczę, przecież po zaglądaniu w taki sedes przez kilkanaście lat to człowiek nie możne wyjść z łazienki normalny. Nie wiem też, czy bateria prysznicowo-wannowa jest klasyczna, ale korzysta się z tego strasznie. Sitko prysznica jest zamocowane na ścianie na stale, a wodę z kranu wannowego przełącza się za pomocą schylenia się i pociągnięcia uszczelki pod kranem, po czym dostaje się na plecy woda, szczęśliwie, jak ciepła. Lotsa fun. Nie opanowałam jeszcze przełączania w locie na kran, bo tej uszczelki nie idzie wepchać z powrotem ;-))

Tyle o marchewce, idę dowiedzieć się, kiedy lanczyk i udam się budzić niezdrowy entuzjazm na ulicach San Mateo, ponieważ będę chodzić pieszo! Tutaj wszyscy jeżdżą...

[1] Poprawiłam, pliterki ważne.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 5, 2007

Link permanentny - Tagi: usa, san-mateo - Kategoria: Listy spod róży - Komentarzy: 6


Orzeł wylądował

Ja wiem, że stracę cały au-torytet, ale normalnie pierwszy raz latam ("latam, gadam, full serwis") i się czuję jak w podstawówce. Ciężko być cool, jak się nie ma sombrero. Wychodzi na to, że mam do wyboru dwa zestawy - albo bycie całkiem na "nie", albo - jak dzisiaj - całkiem na "tak". Ale spokojnie, wyląduję, wrócę i będę dalej kontestowała.

Kochamy McIntosha. Nie dość, że nie ma szans na pliterki (a przynajmniej żadna kombinacja jabłko + cokolwiek nie daje efektu), to jeszcze edytorek ma undo na jeden krok. Tyle o komputerach. A nie, przepraszam. Eloy mi podpiął pliterki, ale pod ten drugi prawy ctrl, which is fun, bo próba zrobienia klasycznej pliterki czasem owocuje jakimś cudem typu "ostatni akapit poszedł w powietrze". Japko+s - zapisz.

Lot Ławica-Monachium wpyteczkę. Nie trzęsło, dali kanapeczkę z serkiem i ogórem i/oraz toblerona. W Monachium ciepło, lotnisko wykurwiście wielkie, na bramce piszczy niewiele, za to wszystko piszczy przy przemiłej pani z ręcznym terminalem do wykrywania kontrabandy. Najśmieszniej jest, jak piszczy stanik i pani jeździ po człowieku ręczną maszynka do robienia "ping". Chciałam wklikać na dżo noteczkę "Wuj Matt z podroży na lotnisku w Munchen", ale ichnie wifi płatne, a nie wiedziałam, czy się zmieszczę z kontaktem ze wszystkimi w kwadransie za 2E (godzina - jedyne 8E).

Opis samolotowy będzie niestety nudny, bo mamy miejsca w środku Airbusa, wiec widzę tylko pasażerów po bokach (buce pod oknem maja pozasłaniane okienka i laptopują; co za marnacja, ja to bym chociaż patrzyła). W zasadzie niby nic, ale w godzinkę przelecieliśmy nad cała Europa, aktualnie mijamy Manchester-England-England. Idę (no, siedzę ;-)) jeść.

5:51 do lądowania, zaraz pewnie będziemy mijać Montreal (dość sprytnie wyświetla się mapka z namalowanym samolocikiem). Wprawdzie nie szło nic zobaczyć, ale chyba minęliśmy Grenlandię. Szło poznać, bo samolot miał turbulencje (taki odpowiednik globusa). Wspominałam kiedyś, że chciałabym pojeździć na rollercosterze? To chyba już nie chcę. Było całkiem śmiesznie, przemiłemu panu po tej drugiej lewej poleciał laptop, jak tak skakaliśmy w górę i w dół z tyłu poleciało wino (skarpetki pomoczyłam później, jak szlam do kibelka, bo z tyłu na ogonie było więcej zniszczeń). Szczęśliwie eloy udzielał komentarzy w języku natywnym ("ciekawe, czy już odpadł ogon"), bo siedzącą obok niego potwornie spanikowana Włoszka byłaby jeszcze bardziej spanikowana. Tak tylko trzymała eloya za nogę i rękę i pytała cichutko, czy może (trzymać za nogę) i co się dzieje, czy już spadamy? Może mam za mało wyobraźni, ale jakoś trudno mi się było tym przejmować i nawet poleciałabym jeszcze kawałek z tymi śmiesznymi podskokami. Na szczęście nie pamiętam żadnych ciekawych kawałków z Losta ;->

Swoja droga zawsze mnie zastanawiało, jak samoloty wiedzą, którędy lecieć. Jak są chmury, to nie ma szans - pod spodem wszystko wygląda jak jednolity stok narciarski, poorany trochę przez jakieś mityczne narty (i niech ktoś mi jeszcze powie, że chmury to skondensowana para wodna, no fucking way, widziałam prawie ze z bliska i nie ma szans, musza być takie jak w "Dolinie Muminków", że można na nich jeździć jak na chmurce). Teraz rozumiem, jest nawigacja satelitarna i inne szpeje, ale kiedyś? Szacun, naprawdę. Zwłaszcza że to chyba pilot przemawiał zaraz po naprowadzeniu na gładki lot i uspokajał spanikowaną (i nieco wrzeszczącą grupę pasażerów). Think administrator bazy danych wysyłający uspokajający komunikat do milionów userów (i to bez użycia slow na k, p i fuck).

Nie wiedziec czemu przypomnial mi sie (ale to wczesniej, jak lecielismy mniejszym samolotem na trasie Poznan-Monachium) dowcip o slepych pilotach, ktorzy startowali dopiero wtedy, kiedy pasazerowie odpowiednio glosno wrzeszczeli. Kiedys nie krzykna ;-)

P., mam nadzieje, ze ruszyles tylek i obejrzales wreszcie Almost Famous? Jest tam sliczna scena w samolocie, ktory wpadl w bardziej zabawne turbulencje niz nasz i wszyscy (majac wrazenie, ze to juz ostatnia chwila ich zycia), czynia sobie dosc drastyczne wyznania. Najdrastyczniejsze pada sekunde przed tym, jak wszystko sie uspokaja i z kabiny wyglada usmiechniety pilot i mowi, ze juz ok.

Wychodzi na to, ze sie nieco odchamie kultura masowa, bo puszczaja calkiem niezle filmy - "Dobry roku" i "Iluzjoniste" (w busie Frankfurt/M - Poznan puszczali krap okrutny, Agencie podaj lape, ktores Taxi i Wyscig szczurow).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 5, 2007

Link permanentny - Tagi: usa, san-francisco, niemcy, monachium - Kategoria: Listy spod róży - Komentarzy: 5


Zuza goes abroad (3)

Ja uprzejmie proszę przestać. Ledwo przeczytałam poprzedniego, a tu już mi wydają następnego Adriana Mole'a...

Wizyta w ambasadzie naszego najlepszego przyjaciela - USA: checked. Uprzejmie proponuję, jeśli całkiem odpada opcja, by z tej przezabawnej imprezy zrezygnować, żeby wprowadzić analogiczne procedury dla Amerykanów, przyjeżdżających do Polski.

Wygląda jak Alcatraz, więc już się poczułam w klimacie okolic San Francisco. Policja, ochrona, nie wątpię, że płot pod prądem. Przyzwyczajona jestem do poznańskich ambasad, które wyglądają jak zwykłe ładne wille w sporym ogrodzie. Na wejściu kazali się rozdziać z kurtki, zabrali telefon, aparat i wszelkie cosie, które działają na prąd. Bramka, plecak na taśmę. Martensy piszczą, srebrna biżuteria nie piszczy (łowcy wampirów mają punkta). Po bramce wypuszczają ludność na podwórko, trzy linie, proszę stać na liniach, proszę nie wychodzić na inną linię, wchodzą pierwsze trzy osoby z linii niebieskiej, proszę się nie rozpraszać. No to się skupiliśmy. Na analizie okolicy, czy można wejść na dach, czy nie warto zaprzyjaźnić się z mieszkańcami kamienic opodal (nieokratowane balkony). Przyznaję, że wejście na teren z prośbą o azyl jest całkiem nietrywialne.

Jak już postaliśmy na świeżym powietrzu ("to taki odsiew, słabsi mrą na mrozie i nie trzeba już im wizy dawać"), w środku było wesoło. W okienku przemiły pan, który umiał po polsku, ale niespodziewanie się przełączał na amerykańszyznę, przez co poczułam się jak w pracy, gdzie można polisz-inglisz rozmawiać z uberszefem. Na tacce z dokumentami miał opisaną po polsku, ręcznie, typowo angielskim pismem, pytania i odpowiedzi w kwestii skanowania palców. "A teraz przyłóż palec wskazujący (tu się wdaliśmy w dyskusję, dlaczego index finger to ten, a nie inny) na środku czerwonego pola. To nie boli". Próbek DNA nie pobierali, aczkolwiek byli do tego chętni wśród zebranych ("proszę polizać szybkę na wysokości mojego prawego sutka, zdecydowane ruchy języka").

Z przyczyn technicznych miałam zaproszenie jako pracownik przyszłej firmy TŻ i musiałam objaśnić, że wprawdzie w papierach mam wpisane co innego, to tutaj sobie freelansuję i spotkanie ogólnofirmowe jest mi niezbędne. Pogwarzyliśmy sobie, jak to jest pracować biurko w biurko z mężem, jako że małżeństwa mogą konwersować o wizie razem. Jeszcze zanim dostaliśmy wizę, urozmaicaliśmy sobie i zestresowanym ludziom w poczekalni czas cytatami typu "You must detain my husband!", "You know, it's only sheet of paper" (nie będzie konkursu, skąd to ;-)). Na ścianach plakaty tematyczne - "Civil rights warriors" (wszyscy nie żyją), "American Women" (całe 16) - no smutny kraj. Wyszło też, że można nie płacić za wizę, jeśli udaje się tam w celu odwiedzin więźnia bądź jako więzień as himself. Do rozważenia.

Wizy jak wizy, ot wycieczka za jedyne 500 zł (a poza tym zimno jak w psiarni[1]). Można zapłacić kartą Mastercard. Natomiast spotkanie z Siwą - bezcenne. Kto inny mógłby mieć zalaminowane kartki z tekstem "Jestem heteroseksualną kobietą, która nie jest zainteresowana reklamami agencji erotycznych dla panów" i wkładać je za szybę przy parkowaniu? O reszcie intymnych detali może nie będę opowiadać, ale kot Duśka jest najśliczniejszym i najgrzeczniejszym kotem beżowym ever. Oczywiście, jak wszystkie koty, od razu zaczął uwielbiać TŻ i mówić mu, że ma świetne skarpetki i w ogóle jest bardzo miłym dużym kotem. Wprawdzie nie byliśmy na Saskiej Kępie, ale Żoliborz mi się podoba.

[1] Dlaczego w psiarni? Piesy lubią ciepło, to raczej o cielakach pisali, że lubią zimny wychów.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 20, 2007

Link permanentny - Tag: usa - Kategorie: Polska, Listy spod róży - Komentarzy: 3 - Poziom: 2