Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla panowie

Ryszard Ćwirlej - Milczenie jest srebrem

Marzec 1986. Ktoś morduje ekskluzywną prostytutkę w Adrii; po ostatnich osiągnięciach śledczych Olkiewicza to właśnie on dostaje tę sprawę. Specjalnie go to nie martwi, bo ajentka Adrii ma bogato zaopatrzony barek oraz jest chętna na figle na zapleczu. Bardziej go martwi, że musi się oderwać od atrakcyjnej pani i jechać z całą ekipą do Gniezna, gdzie podczas remontu katedry złoczyńcy ukradli srebrny sarkofag Świętego Wojciecha. Oczywiście psim swędem, idąc tropem wódki, trafia na jedną część skradzionego skarbu, o drugą się dosłownie potyka, więc wbrew woli znowu zostaje pochwalony za sprawność. W śledztwie niespodziewanie pomaga Rychu Grubiński, który również - oprócz swojego interesu walutowego - prowadzi warsztat samochodowy oraz współpracuje ze znaną już ajentką z Adrii. Wątki splata seria kradzieży klisz rentgenowskich, z których ktoś odzyskuje srebro w ilościach hurtowych.

Absurdalnie, mimo że wszystkie elementy fabuły (śledztwo prowadzone śladem melin, bandyckie SB odpowiedzialne za wszystko, co złe, naiwny porucznik Marjański) były już w poprzednich tomach, tutaj akcja robi wrażenie rozwiązanej na siłę i przypadkiem. Mało jest śledztwa (chociaż każdy z milicjantów - Brodziak, Marcinkiewicz czy Blaszkowski mają jakiś udział w śledztwie), sporo miotania i przypadku. Owszem, niejednokrotnie się uśmiechnęłam, ale poprzednie tomy podobały mi się bardziej.

Inne tego autora tutaj.

#54

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 28, 2017

Link permanentny - Tagi: prl, polska, panowie, kryminał, 2017 - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Świetliste ostrze

Zaczyna się jak "Pamiętnik Laury Palmer" z epoki PRL-u. W małym mieście od noża wbitego w serce ginie piosenkarka estradowa, a nad jej zwłokami klęczy niedoszły narzeczony (awanturujący się i po wyroku), który potem ucieka w Polskę. Malownicza obława (a po drodze chytry staruszek, kradzież luksusowego auta zagranicznemu turyście i skok autem do rzeki) kończy się złapaniem młodzieńca i, absurdalnie, kontynuowaniem śledztwa, bo porucznik Uriasz nie jest przekonany o jego winie. Dodatkowo pamiętnik solistki, w którym denatka egzaltowaną poezją opisywała swoje życie, wskazuje, że tajemniczy On jest kimś innym od zakochanego recydywisty.

Uriasz z majorem Zglinickim z komendy stołecznej prowadzą na zmianę nocne Polaków rozmowy (a konkretnie stary wyjadacz pokazuje młodemu, że musi się jeszcze wiele nauczyć) i śledztwo, w którym odkrywają, że sprytnie zrzucone na młodzieńca morderstwo piosenkarki jest tylko krokiem w wielkim planie zemsty po tragedii sprzed lat. Szybko zaczynają wyodrębniać grupę podejrzanych, pomaga oczywiście maszyna licząca, w pięć dni wyszukująca zbiór wspólny wśród kilkuset osób (programista płakał, kiedy 10 godzin układał program) i wreszcie z zaangażowaniem wielu ludzi[1] z całej Polski, masowy morderca zostaje złapany. Nie jest tajemnicą od połowy książki, że przez dziesięciolecia układał precyzyjną zemstę na trzech kolegach, którzy przez laty cbovyv wrtb żbaę j mnnjnafbjnarw pvążl, cbjbqhwąp wrw śzvreć v śzvreć oyvźavąg, xgóelpu avr hqnłb fvę hengbjnć (przy okazji zabijając milicjanta w celu kradzieży służbowej broni i dziewczynę, bo widziała go podczas zabójstwa).

Społecznie: major je kolację w hotelu i popisuje się znajomością nazwiska przedwojennego właściciela, pytając kelnera, czy przed wojną pracował u Habera. Ten odpowiada zimno, że jest jego synem (pozostawiając wnikliwemu czytelnikowi wyjaśnienie nagłego oziębienia atmosfery). Sędzia surowo ocenia w procesie, bo przed laty jego córka została zgwałcona i "biedaczce po tym szoku coś na mózg padło". Milicjantów dziwi wykształcona żona "przy mężu", ale szybko tłumaczą sobie, że "zajmująca się wyłącznie domem żona będzie bardziej akceptowana przez tutejszą opinię publiczną". Przechowująca uciekiniera programistka maszyn cyfrowych wyjaśnia pochodzenie maszynki do golenia, "z filuternym uśmiechem (...) uniosła wysoko jedno ramię. Była w letniej bluzce bez rękawów. - Depilowanie jest bardzo higieniczne - szarżowała". Rakieta została prostytutką po tym, jak w maturalnej klasie uciekła z "hipami", ale "rzuciła zarośniętych brudasów, śliniących się za prochami".

[1] Nawet angażując się w pracę undercover - rozkręcając kramik ze świeżymi(!) warzywami pod blokiem, w którym ukrył się podejrzany lub udają ekipę z wodociągów.

#53

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 19, 2017

Link permanentny - Tagi: prl, polska, panowie, kryminał, 2017 - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 2


Fiodor Dostojewski - Zbrodnia i kara

Znęcona faktem, że "Zbrodnia i kara" to w zasadzie kryminał, spędziłam prawie miesiąc, słuchając w samochodzie w drodze do i z pracy audiobooka[1]. I wierzcie mi, jest to chyba jedyny sensowny sposób, żeby przez to przejść (jeśli już ktoś musi), bo zdecydowanie nie ma szans, żeby tę książkę przeczytać. To jest tak zła książka, że nie wiem, a wiem sporo, bo czytałam dużo złych książek. Abstrahując od samej linii fabularnej, która nie trzyma się kupy[2], zachowanie bohaterów sprawia, że co scena przewracałam oczami nad ich indolencją. Ale to jest jeszcze do wytrzymania; najgorsze jest rozdęcie całości do rozmiaru epopei za pomocą detalicznego opisywania snów bohaterów (dla miłośników gore szczególnie polecam malignę Raskolnikowa, któremu śni się scena zabijania konia przez pijanych wozaków) oraz przy każdej okazji wprowadzania kilkudziesięciostronicowych monologów i przemów, ponieważ nikt w tej książce nie rozmawia, tylko wygłasza perory (o polityce, ustroju, wczesnym komunizmie ze współdzieleniem kobiet, opiece społecznej, religii, policji i prowadzeniu śledztwa, pogrzebach, alkoholizmie, prostytucji, byciu kimś lepszym od innych i tak dalej).

Raskolnikow, młody i obiecujący student prawa, po wydaniu wszystkich pieniędzy wysyłanych przez zapobiegliwą, choć biedną, matkę i ciężko pracującą siostrę, wpada w depresję. Zamiast zarabiać korepetycjami i drobnymi pracami, rezygnuje ze studiów, zaczyna mieć za złe całemu światu, zaszywa się w nędznej izdebce (za której wynajem zadłuża się coraz bardziej) i planuje zabicie lichwiarki, ponieważ jest ona wrzodem na zdrowej tkance społeczeństwa, a za uzyskane walory chce rozpocząć godne życie, czując się prawie jak Napoleon. Nie zdradzę tajemnicy, jak potwierdzę, że zabija lichwiarkę, a przy okazji przygodnego świadka, jej siostrę, po czym - z rosnącą gorączką - zabiera z miejsca zbrodni kilka drobiazgów, które następnie ukrywa. Potem przez resztę książki miota się między chęcią pochwalenia się całemu światu, jaki to jest gieroj a tchórzliwym ukrywaniem śladów, żeby konsekwencje jego czynu go nie dopadły. Dodatkowo, jest chyba najbardziej antypatycznym i niegrzecznym bohaterem "pozytywnym", jakiego kojarzę - obraża i odrzuca wszystkich wokół, zaczynając od jedynego przyjaciela Razumichina, przez matkę i siostrę (które mimo jego zachowania są nim nieustająco zachwycone) aż do Soni, która jest w nim zakochana i wybacza mu wszystko, nawet zabicie dwóch osób bez poczucia winy.

Tl;dr - nie polecam.

[1] Audiobook też ma wady, w tym przypadku ma lektora, który robi czeskie błędy, czytając słowa - pojawia się wyfiołkowana zamiast wyfiokowana, wojtok zamiast wojłoku. Drobne rzeczy, ale irytują.

[2] Logika stojąca za postępowaniem Swidrygajłowa, a konkretnie jej brak. Gość przyjeżdża, zwierza się z szeroko zakrojonych planów, sypie walutą, wchodzi w posiadanie tajemnicy, która może służyć jako narzędzie szantażu, ma nastoletnią narzeczoną, dziwnie chętną starszemu panu[3], po czym - jak nie udaje mu się wziąć gwałtem kolejnej panny - strzela sobie w łeb.

[3] Wiadomo, człowiek po 40. jest starszym panem. Pulcheria Aleksandrowna, matka Raskolnikowa, trzymała się dobrze jak na swoje 43 lata i miała jeszcze ślady dawnej urody.

#48/#9

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 18, 2017

Link permanentny - Tagi: rosja, panowie, mwa, kryminał - Kategorie: Słucham (literatury), Czytam - Komentarzy: 5


Ryszard Ćwirlej - Mocne uderzenie

1988, Jarocin. Państwo pozwala młodzieży na wentyl bezpieczeństwa w postaci festiwalu "darcia papy", ale oczywiście pod czujnym okiem. Szkoła w Szczytnie wysyła ekipę młodych chłopaków na okoliczność, mają wtopić się[1] w tłum i udawać żądną punkowej muzyki młodzież. Kapral Mariusz Błaszkowski okazuje się być więc właściwym człowiekiem we właściwym czasie i na właściwym miejscu, bo nagle trafia na zbrodnię. W namiocie zostaje znaleziona martwa dziewczyna z głową rozbitą młotkiem i tylko dzięki tupetowi Błaszkowskiego udaje się miejsce ochronić przed dziwnie zachowującymi się esbekami, którzy chcą szybko sprawę zatuszować. Tymczasem w Poznaniu jeden z pracowników starego kumpla Mirka Brodziaka, Grubego Rycha, zostaje napadnięty i okradziony z dziennego utargu waluty uzbieranej od cinkciarzy. Gruby Rychu nie próżnuje, bierze sprawę we własne ręce, do potencjalnego złodzieja wysyła swojego goryla, niestety w efekcie na śmietniku jednej z menelskich kamienic w centrum zostaje znaleziony kolejny trup z dziurą po młotku w głowie.

Teofil Olkiewicz, były funkcjonariusz SB, oddelegowany na stałe do milicji, znawca poznańskich piwiarni, chciałby tylko się spokojnie napić wódki (i żeby żona nie goniła go na działkę do pracy). A tu wloką go do Jarocina, gdzie w śmierdzącej knajpianej toalecie trafia na hippisa, który chce młotkiem stuknąć narkomana, a potem opierdzielają, bo hippisa wypuścił, tylko młotek mu zabrał. Co gorsze, zamiast wracać ze zwłokami dziewczyny, robią na miejscu śledztwo i każą mu na pełnym dziwaków polu szukać narkomana. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się kapitan Galaś z SB i nagle zaczyna od Teosia wymagać zapomnianego już obowiązku raportowania, Olkiewicz się irytuje i leje go w pysk, co ma potem spore konsekwencje i dla śledztwa i dla Olkiewicza.

To historia o narastającym podziale i w społeczeństwie, które nie boi się powiedzieć, że nie szanuje milicji (a poderwane przez Błaszkowskiego i Zawadę na Półwiejskiej "mele", kiedy dowiadują się o tym, że chłopcy mają legitymacje, wychodzą bez zastanowienia), i w samych służbach. Tu podział jest na tych "dobrych", którzy prowadzą zgodne z prawem śledztwa, szanują podejrzanych i przesłuchiwanych, może i mają wady, może i czasem wchodzą w szarą strefę, ale jednak pozostają w świetle ideałów i zapisów prawa, i na tych bardzo złych, którzy nie zawahają się zatrudnić ćpuna, żeby zabił kogoś znanego, a do przesłuchań podchodzą z pałką.

Trochę historii jarocińskiego festiwalu, szczegółowa mapa poznańskich piwiarni i malowniczych okolic ulicy Rybaki, przegląd asortymentu na poznańskich rynkach, rzut oka w biznes dolarowy i samochody sprowadzane z Niemiec. I soczysta, poznańska gwara - wszystko, za co lubię Ćwirleja.

Ładną recenzję znalazłam tutaj.

[1] Co jest trochę trudne, bo wszyscy zostali wyekwipowani w takie same namioty, plecaki i śpiwory z logo MSW.

Cały cykl:

Poza cyklem:

#78

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 21, 2011

Link permanentny - Tagi: prl, polska, panowie, kryminał, 2011 - Kategorie: Czytam, Moje miasto - Komentarzy: 1


Danuta Frey - Osiem ramion bogini Kali

Przyznam, że za dość drażniący fakt uważam to, że większość PRL-owskich kryminałów milicyjnych dzieje się w Warszawie. Tam zawsze były najlepsze dziwki (no, czasem akcja chwilowo skakała do hotelu Grand w Sopocie, żeby rzucić okiem na tamtejsze mewki), najsprytniejsi cinkciarze czy oczywiście najsprawniej działający wydział w Pałacu Mostowskich. Zaczynając smutną historię o przynoszącym pecha kolejnym właścicielom złotym posążku bogini Kali, westchnęłam sobie ze znużeniem, bo znowu będzie bazar Różyckiego i Saska Kępa. I tu miła niespodzianka - po zabójstwie dentystki, wdowy po posiadaczu tytułowego posążka, pewna sympatyczna pani patolog[1] Elżbieta i nieco mniej sympatyczny, bo szowinista[2], pan milicjant Wanacki, odkrywają, że się mają ku sobie. A że Elżbieta miała wujka, specjalizującego się w antykach i sztuce, to została wysłana w celu uzyskania informacji z pierwszej ręki na temat handlu hinduską sztuką. Idzie sobie Elżbieta w celu pozyskania wiedzy, aż dociera na Żoliborz, w okolice wujowej wilii na "niewielki placyk, o tyle charakterystyczny, iż całkowicie otoczony przez półokrągłe domy. Dokładnie w jego środku rosło ogromne, stare drzewo o potężnym pniu i rozłożystych gałęziach, pochylających się nad jezdnią". I tu mnie tknęło, bo takie miejsce pokazywała mi siwa[0].

Wujek-kolekcjoner należał do ludzi zamożnych, bo tacy - oprócz lewicującej inteligencji - mieszkają na Żoliborzu. Niestety szybko się okazało, że nawet dziewczyna milicjanta może mieć kogoś zbliżonego do kręgów przestępczych w rodzinie. Trup się trochę jeszcze posłał, nastąpił napad, a sprawę zaginionego posążka udało się wyjaśnić dzięki nieco wścibskiej i dość pechowo trafiającej na kolejne zwłoki starszej pani, również mieszkanki Żoliborza. Może ona też co wieczór wystawiała butelki na mleko?

[0] Zdjęcia świeżutkie, autorstwa siwej.

[1] Niezbyt przepadam za współczesnymi polskimi filmami policyjnymi, Glinę oglądam kątem oka, bo TŻ lubi, ale uwielbiam każdą scenę z panią patolog, która zapytana, czy nie boi się robić sekcji, flegmatycznie stwierdziła, że przynajmniej jej pacjent na stole nie umrze.

[2] "Asystentka? - pomyślał z niechęcią. - Że też te baby nawet tu się wepchną!"

Inne tej autorki tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 5, 2008

Link permanentny - Tagi: 2008, prl, polska, panowie, kryminał, warszawa - Kategorie: Czytam, Fotografia+ - Komentarzy: 4