28 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 18:28:26
Chcę być piękna, zdrowa i bogata, czego i Wam życzę. A oprócz tego (nie będzie 35, bo wybrałam tylko te takie bardziej):
- chcę przejechać się wzdłuż wybrzeża Kalifornii pociągiem, wysiadając na każdej stacji,
- przelecieć balonem o wschodzie słońca, na przykład nad Kapadocją,
- wrócić do Poznania (wyremontowana kamienica albo domek na Sołaczu),
- przejechać rowerem wzdłuż szlaku winnic w Napa,
- objechać Balaton, najchętniej pociągiem z wysiadaniem na każdej stacji,
- mieć czas na przeczytanie tych książek, które już mam i miejsce na te, które chciałabym kupić,
- zacząć uczyć się rzeczy, na które jakoś nigdy nie mogę znaleźć czasu (lista w kieszonce notesu),
- #wstydliwe-wyznania zorganizować sobie wystawę fotografii.
PS Ogarniam. Ale czasem bywało różnie. Patrząc na ubiegły rok, uważam, że był to najlepszy rok w moim życiu. Najpełniejszy, najciekawszy, najczynniejszy i najbardziej twórczy. I poukładałam sobie w głowie sporo. A to ważne, bo tam bałagan zwykle jest.
Wyświetl wpis
26 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 23:03:51
Rok temu miałam fin de siècle. Że nie będzie już takich poranków (niestety, jak na razie się nie zapowiada, żeby szybko wróciły), że lato się kończy, że owoce nie będą już takie jak były, te sprawy. A jednocześnie poczucie, że zaczyna się era pierwszych razów, świeżości i ponownej możliwości, żeby zachwycić się czymś, o czym dawno zapomniałam. Dziś nie czuję upływu czasu, jestem w samym sercu nowości. Nie wszystkie są fajne, bo na przykład mam trochę dreszczy przed pierwszym Majowym lotem (zwłaszcza że Ryanairem, gdzie pewnie każą mi płacić za wodę przegotowaną dla dziecka) czy sprawdzaniem, jak bardzo Citi naciąga pod pretekstem robienia dobrze[3]. Ale jak już dolecimy, to będzie nader.
Za to niesamowicie lubię wymyślać coraz to nowe scenariusze. Wbrew temu, co mówi naród (że po co lecieć do Dublina, skoro jest tyle fajniejszych miejsc[1] i, oraz po co do miasta[2]), bardzo się na ten wyjazd cieszę. I mimo wąskiego okienka czasu tam, mam w głowie mnóstwo. I nawet jak się nie uda za pierwszym razem, to się - mam nadzieję - nie wymydli.
I nagle wyszło, że zaplanowałam sobie na niecałe 5 dni dziewięć(!) miejsc, w które koniecznie muszę pojechać. I ja jadę odpocząć, ech. Ale te targi, foki (foki!), zamki, cmentarze, ogrody, mosty, biblioteki, parki, budynki, plaże, zachody słońca i ulice - to tam czeka! I jak to tak, nie powąchać?
[1] W połowie byłam, w drugiej połowie i tak prędzej czy później będę, a poza tym we mnie jeszcze gdzieś siedzi to poczucie irlandzkiej magii, nie zabite przez stada rodaków jeżdżącym tam na zmywak. Nie, to nie o pani, kochaniutka.
[2] Zdziwniej, zdziwniej, bo mi w mieście dobrze.
[3] Tym razem biorę ze sobą alternatywnie kartę innego banku. Bo śliczna obietnica wypłat za granicą bez przewalutowania szybko okazała się mieć drobny druczek w postaci kursu zakupu walorów, który okazał się znacznie droższy od kursu sprzedaży w dowolnym kantorze. To ja sobie jednak kupię jak zwierzę, zamiast korzystać z produktu wymyślonego przez pazernych bankierów.
Wyświetl wpis
22 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Maja * Różne takie / 21:32:47
Kłębimy się po łóżku z Majem i Mateuszem lat 4. Pytam uprzejmie Maja, czy mogę ugryźć ją w śliczną stopkę. Wtrąca się Mateusz: "Mnie też możesz ugryźć". No to ugryzłam.
Wyświetl wpis
12 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Maja * Różne takie / 23:52:00
Jedną z Zabaw Odwracających Uwagę jest zabawa w zwierzątka. Że wąż robi "sss", kotek "miau", konik "ihaha", wiadomo. Ponieważ po jakimś czasie wyczerpuje mi się repertuar, pytam TŻ-a, jakie zna jeszcze zwierzęta i bywam zaskakiwana na przykład ichneumonem wężojadem.
Mam kilka odgłosów odautorskich ("Jak robi japońska rybka? Koi-koi-koi"), jeden podsłuchany od znajomej ("A jak robi rolnik? Kurde, kurde, kurde") i dwie książeczki. Jedna, już częściowo zjedzona, ma zdjęcia kotka, pieska, konika, owieczki i... samolotu. Do niedawna samolot robił "wziuuuum", teraz to sama nie wiem - czy "Jezu, Jezu" czy mniej cenzuralnie. Druga książeczka wprawiła mnie w stupor, bo przyznam, że nie wiem, jaki odgłos (chodzi o odgłos paszczą) wydaje miś polarny, pingwin, koala, jeżyk, delfinek, panda, kangurek, hipcio czy żyrafka. I tak trochę jestem marakuja.
Wyświetl wpis
08 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 22:47:03
Wyświetl wpis
07 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 01:00:35
Tylko u mnie się nie nazywało street view. W ogóle się nie nazywało. Ale idea była taka, że jak już będę miała cyfrówkę (a było to w czasach, jak cyfrówka to nie było, że ot tak się idzie i kupuje), to będę chodzić wzdłuż ulic i robić zdjęcia jedno obok drugiego, a potem z tego zmontuję stronę www. I będzie można chodzić tymi ulicami. I jakby mnie google nie ubiegło, to miałabym już ho-ho, tyle grubych milionów na koncie.
I od dawna chodzi za mną drugi pomysł, który chętnie sprzedam i za uzyskane walory kupię sobie domek na Sołaczu. Że można by zrobić mapy z osią czasową i na podstawie zezwoleń na budowę i takich tam śledzić rozwój miast. I wsi. Jeszcze nie wiem, na co to komu, ale jak się sprzedał Facebook (a teraz, sądząc z trailera, sprzedał się ponownie, bo ktoś o Facebooku nakręcił film), to czemu mają się nie sprzedać moje czterowymiarowe mapy.
Wyświetl wpis
19 lipca 2010
Poziom: 1 * Maja * Różne takie * Z fotkami / 20:54:39
Z dzieckiem zyskuję na pewności siebie. Zaczepiłam dzisiaj dziewczęta z psami rasy haszczak z nieśmiałą sugestią, że moja córka (robiąca na widok psa wiatrak rękami i nogami) chętnie by pogłaskała pieska, jeśli można. Było można. Wybrałam tego bliżej nas, bo miał śliczne niebieskie oczy. Dziewczynka skonstatowała: "To ten łagodniejszy". Zapytałam, jak ma na imię. "Furia".
Zdjęcia starsze, ale haszczaki te same.
Wyświetl wpis
08 lipca 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 23:05:22
Już się mogę uśmiechać, chociaż raczej powściągliwie. Po półtora dnia pakowania spakowałam siebie (cztery sukienki, trzy bluzki, dwie pary spodni, kilka apaszek i bielizna) i dziecko (wielka skrzynia ubrań, pieluch, jedzenia, zabawek, ręczników, kosmetyków, butelek i bynajmniej nie jestem pewna, czy czegoś nie zapomniałam). Jak zawsze po spakowaniu i zgrubnym oporządzeniu domu mam ochotę rzucić wszystko i nie wyjeżdżać, bo w domu najlepiej. Ale. Na drugim końcu tęczy zawsze zieleńsza trawa. Nawet jeśli tylko na dwa dni.
Wyświetl wpis
04 lipca 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 00:41:15
Ona - Billie (Jenna Elfman, dawniej Dharma z "Dharmy i Grega"), lat 37, krytyk filmowy. On - Zach, lat 22, początkujący kucharz. Spotykają się przypadkiem w barze i z romansu na jedną noc zostają z pozytywnym testem ciążowym. Ale jest nietrywialnie, bo Zach mimo młodego wieku jest odpowiedzialny i zamierza przypadkowo spłodzone potomstwo wspomagać. Przez pierwszy sezon ustalają między sobą, czy chcą ze sobą być i co dalej. Ponieważ zaplanowany już jest drugi, to łatwo się domyślić, że ustalili.
W tle przede wszystkim San Francisco (chociaż takie szczątkowe i domyślne, bo rzecz dzieje się we wnętrzach, a kręcone jest pewnie w Kanadzie) oraz gama postaci drugoplanowych. Z jednej strony przyjaciele Zacha - wiecznie upalony Davis i epizodycznie pojawiający się czarnoskóry Ryan[1], z drugiej - nieśmiała i niezorganizowana siostra Abby z mężem Nickiem o wielu problemach ze sobą, były chłopak i jednocześnie szef Billie i jej przyjaciółka z redakcji, Szkotka-nimfomanka Olivia.
Na trzecim planie śmiech z puszki, ale niespecjalnie psuje odbiór. Sympatyczne gagi, tekściarskie dialogi i niespecjalnie trywialne pointy. Czekam na obiecany drugi sezon.
[1] Pojawia się czasem w trakcie serialu, ale najzabawniejsza jest pomyłka scenarzystów z powtórzeniem tej samej sceny w pilocie i drugim odcinku. Billie wychodzi z sypialni Zacha i wpada w pilocie na jego trzech przyjaciół, zaś w drugim odcinku - już tylko na dwóch, bo Ryana zabrakło.
Wyświetl wpis
13 czerwca 2010
Poziom: 1 * Różne takie / 11:01:15
I do dziś mnie wzrusza (tak, jakimś cudem mam korespondencję z 1999 roku):
Skorzystalem z odnosnikow do strony internetowej na ktorej zamiescila "pani" swoje zdjecia. Musze "pani" podziekowac w imieniu tych wszystkich , ktorzy
mieli okazje "delektowac" sie "pani" widokiem , za skuteczna pomoc w
krystalizacji obrazu sfrustrowanej i dotknietnej kompleksem pochodzenia
spolecznego rozwydrzonej impertynentki.
Na marginesie dodam jedynie , ze krytyczne sugestie jakie wyrazila "pani" w
odniesieniu do uzycia HTML w "NG" swiadcza jedynie o "pani" niekompetencji
oraz braku posiadania standardowego programu. Netscape Messenger wzglednie
Outlook Express pomoga "pani" rozwiazac nurtujaca kwestie w wyborze opcji
odczytywania publikacji z grup dyskusyjnych.
W kwestii "pani" tworczosci na WWW stwierdze jedynie , ze niezbedna jest
natychmiastowa weryfikacja "pani" watpliwych kwalifikacji. Mizerne strony ,
ktore w nieudolny sposob "pani" komponuje przesaczone sa trescia z bledami
stylistyczno-ortograficznymi i bez watpienia odzwierciedlaja pani
nieadekwacje. Honorowym wyjsciem z frapujacej sytuacji w "pani" przypadku
bedzie subskrypcja w gminnym kolku literacko-publicystycznym , ktorego poziom
nie bedzie przekraczal "pani" mozliwosci intelektualnych i gdzie z pewnoscia
bedzie mogla "pani" imponowac swoja pospolitoscia.
Wyświetl wpis
04 czerwca 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 23:14:21
Czasem nawet nie wiem, jakimi ścieżkami chodzi. Znajduję spódnicę Ulubionej Firmy, podoba mi się, bo ładna. I nic więcej. Po czym biorę ją do ręki i okazuje się, że podświadomie znalazłam ciuch pasujący do jednej z moich ulubionych paletek z cieniami (wersja dla zielonych oczu).
Tak, miałam nie kupować, wiem.
Wyświetl wpis
23 maja 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 23:25:34
Czasem tak jest, że przypadkiem odkrywa się coś, co się do człowieka przylepia i tak już zostaje. Kupiłam kiedyś za jakieś orzeszki piękną ciemnozieloną aksamitną suknię na Allegrze. Zobaczyłam na metce nazwę "Laura Ashley" i wsiąkłam. Nie we wszystko (bo i nie wszystko mi się podoba), ale zasiliłam szafę w kilka sukni i spódnic. Po czym zobaczyłam chusty i szaliki. Moim usprawiedliwieniem jest, że zajmują mało miejsca i bywają okazyjnie tanie (oczywiście, można iść na ebay i kupować od ręki za sporą kasę, ale to takie niesportowe). Takie hobby na długie lata.
W większości to jedwab bądź sztuczny jedwab (niektóre mną się od samego patrzenia), ale bywają bawełniane (mam jedną, nie jest specjalnie ładna, ale przydaje się do zawinięcia szyi małoletniej). Kwadratowe i podłużne. W większości logowane, co jednak mnie trochę kręci mimo mojej abnegacji markowej (jeden szaliczek nie ma loga, ale jest na tyle podobny w stylu do logowanego, że IMO jest oryginalny, a poza tym uroczy).





I co najważniejsze - bywają podobne w stylu, ale każda jest inna. Nie wiem, czy projektowała je jedna osoba (mam wrażenie, że kwiaciaste chusty z pasem dookoła tak), czy każda pochodzi od innego projektanta, ale mają w sobie coś, co każe mi je mieć pod ręką i szukać takich zestawień odzieży, żeby pasowały.
PS Mam jeszcze jedną chustę, ale mi się znienacka zawieruszyła. A szkoda, bo ładna bardzo. Znajdę, to pokażę).
EDIT: Znalazłam, o:
PSS Do notki przymierzałam się już dawno, ale musiałam się zebrać w sobie, żeby wyjąć żelazko i poprasować. No nie lubię, no. Zmotywował mnie cholerny kapelusik, co go kupiłam dziecku na lato. Cholerny, bo po praniu zamienił się w niekształtną zmiętą kulkę. Nie wiem, z jakiej bawełny był zrobiony, ale więcej do Carrefoura po odzież dziecięcą nie pójdę.
Wyświetl wpis
15 maja 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 22:52:48
Za oknem Mordor, gdzie zaległy cienie.

Wyświetl wpis
13 maja 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 13:00:44
Nie jest to bardzo zły film, ale znacznie gorszy niż pierwszy. Niby wszystkie składniki są takie same - ładna drugoplanowa panna, dowcipne autoboty, dużo wybuchów i pościgów, błyskotliwy geek - ale z mniejszym rozmachem i wtórne. Panna w zasadzie tylko się snuje za głównym bohaterem i raz odpala samochód za pomocą łączenia kabelków. Autoboty dzielimy na te złe i te dowcipne. Mocnym punktem jest John Turturo w roli blogera - błyskotliwego eks-agenta, śledzącego spiski związane z robotami. Sympatycznym akcentem jest Rainn Wilson w roli wykładowcy uniwersyteckiego. Niestety, sporo porażek fabularnych (okruch magicznego artefaktu zaczyna działać dopiero, kiedy wypada z kurtki bohatera, wcześniej był nienamierzalny i nieaktywny) i dłużyzny. Jak jestem wielką fanką wybuchów i pościgów po pustyni, tak po kwadransie biegania straciłam wątek (kto goni kogo, po co i w zasadzie co za różnica, czy dobiegną).
Wyświetl wpis
07 maja 2010
Poziom: 1 * Czytam * Różne takie / 23:42:32
Zanim wyszli "Niewidoczni akademicy", zatęskniłam do Pratchetta i wylosowałam sobie z półki "Wyprawę wiedźm" (ale, jak widać, priorytety się zmieniły i "Wyprawa" poczekała, aż skończę "Akademików"). Jestem taką podróżniczką jak Niania Ogg - wysyłam
pocztówki, uważam, że za pomocą machania rękami, mówienia głośniej oraz klepania
wachlarzem po ręku i mówienia "le sir" mogę załatwić wszystko, a turyści to tacy ludzie specjalnej troski, nad którymi czuwa parasol opatrzności. Za to szczególnie lubię "Wyprawę".
Lubię rozpoznawać u Pratchetta kalki naszej rzeczywistości. Genoa to Nowy Orlean, z Mardi Grass, voodoo, czarnoskórą kucharką panią Gogol z nieodłącznym magicznym czarnym kogutem Legbą, alejgatorami na bagnach i zombiem Saturdayem. Wioska z
wampirem, co nie wytrzymał starcia z kotem Greebo - Transylwania. Miasteczko z ziołowym likierem i wyścigami byków - Katalonia. Taka formuła "świat w kilka dni". Na Dysku możliwe, u nas trochę trudne.
A cała wyprawa, która się zaczyna od tego, że Magrat dziedziczy funkcję wróżki i
czarodziejską różdżkę oraz ma udać się sama, bez Niani i Babci do Genoi - typowa głowologia. Wiadomo, że jak się czegoś zakaże wiedźmom, to są znacznie chętniejsze niż gdyby im coś nakazać. Do tej pory kocur Niani - Greebo, słodki, mały pieszczoch ze śmierdzącym futrem i bez oka - był postacią mocno przypodłogową i drugoplanową. Tutaj - zyskuje ludzką postać i ma sporo rozrywki. Ja też. Sceny z Greebo są urrrocze. I z Casanundą, drugim najlepszym kochankiem na Dysku.
Wyświetl wpis
04 maja 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 23:52:21
Film z roku 2000, zdążyłam go obejrzeć ładne kilka razy. Jeśli dodam, że scenariusz napisał Petr Zelenka, to już wiadomo, czemu. Kino czeskie to dla mnie to, do czego powinno dążyć kino polskie (zamiast blokersów, Karola, który został, kolejnych podejść do martyrologii i ekranizacji lektur szkolnych).
"Samotni" są nieco komiksową opowieścią o kilkorgu mniej i bardziej powiązanych ze sobą mieszkańcach Pragi. Bardzo ładne, ciepłe filmowanie, doskonała muzyka. Urocze i sugestywne zarysowanie scen erotycznych za pomocą bąbelków z lampy lava. Przezgrabny scenariusz, wykorzystujący każdą z postaci w filmie (nawet drugoplanową) do jakiegoś celu. Akcja filmu to łańcuszek wydarzeń, przekazujących poszczególnych bohaterów - Hankę, Petra, Ondreja, Roberta, Jakuba czy Vesnę przez kolejne doświadczenia, po których każde z nich się zmieni. Niezmienny pozostanie jedynie Jakub - człowiek wiecznie pod wpływem marihuany - pogodny i żyjący chwilą, nawet jeśli ją za chwilę zapomni.
Lubię ten film chyba głównie za to przyjemne uczucie ciepełka w środku, jakie zostaje po obejrzeniu.
Wyświetl wpis
29 kwietnia 2010
Poziom: 1 * Czytam * Różne takie / 23:41:20
Czekałam na tę książkę i może dlatego poczułam rozczarowanie lekturą. Zbyt dużo słów, za mało za słowami, forma nad treścią przy tak w zasadzie braku widocznej formy. A przy tym to bardzo dobra książka o psychologii tłumu (doceniam mimo całkowitego braku zainteresowania piłką kopaną). W Ankh Morpork w piłkę (a w zasadzie w drewnianą kulę) grają wszyscy, a ci, co nie grają, to przynajmniej kibicują drużynie ze swojej dzielnicy. Piłka jest taka bardziej krwawa i nikt za bardzo nie pamięta, o co chodziło, ale ważne, że wszyscy noszą szaliki, tłoczą się i jedzą podłe zapiekanki i czasem zobaczą jakieś kopnięcie. Tymczasem na Niewidocznym Uniwersytecie Myślak Stibbons odkrywa, że jeśli Uniwersytet nie powoła drużyny i nie zagra meczu, straci dotację, dzięki której magowie mogą kilkanaście razy na dobę spożywać pyszne, wielodaniowe przekąski. Patrycjusz Vetinari również przychyla się do opinii, że piłkę trzeba wreszcie ucywilizować i skodyfikować.
Ale jak zwykle to, co najważniejsze, dzieje się w kuluarach. Ściekacz świec - nadzwyczaj elokwentny i niebezpiecznie inteligentny Nutt - okazuje się doskonale wiedzieć, jak sprawić, żeby drużyna Uniwersytetu wygrała. Glenda, szefowa nocnej kuchni, ma cięty język i silne poczucie sprawiedliwości. Juliet jest niebłyskotliwa, ale za to piękna. A Trevor Likely - świetnie kopie metalową puszkę.
Lubię sceny starć między nadrektorem Ridcullym a nadrektorem nowego uniwersytetu w Miedziczole (do niedawna dziekanem), subtelną grę, jaką prowadzi patrycjusz ze wszystkimi, pozwalając im myśleć, że dyktują mu, co ma robić. Zaimponował mi sekretarz Drumknott, wyjaśniający, że sam kupuje swoje spinacze. Rozbawiła mnie Glenda na pokazie krasnoludzkiej haute couture. I, co mnie zdziwiło, bardzo wciągnęło mnie sprawozdanie z meczu, jaki Niewidoczny Uniwersytet stoczył z przedstawicielami miasta Ankh Morpork. Nie jest to moja ulubiona książka, ale ma dużo fajnych scen.
Wyświetl wpis
28 kwietnia 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 00:02:32
Put on your red shoes and dance the blues.
Wyświetl wpis
25 kwietnia 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 23:59:11
Przedziwny, bardzo Gilliamowy film. Jeliza-Rose ma 9 lat, bogatą wyobraźnię i rodziców narkomanów. Najpierw przedawkowuje matka, potem ojciec, ale nie przeszkadza to dziewczynce żyć w świecie swojej wyobraźni, wprowadzając w ten świat elementy realności - zwłoki ojca, główki lalek na czubkach swoich palców, złowieszczą sąsiadkę i jej niepełnosprawnego intelektualnie syna. Bardzo piękne, ciepłe, złocisto-jesienne obrazy i niepokojąca, zupełnie nieprzystająca do niespełna 10-letniej dziewczynki treść - dużo zabawy odbieraniem dorosłego przez dziecko. Dużo nawiązań do książkowej "Alicji w Krainie Czarów", sporo makabry i nasycenia nierealnością. Podobało mi się, ale rozbolała mnie głowa.
Wyświetl wpis
11 kwietnia 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 23:41:02
Celowo wybrałam angielski tytuł, bo polski dzisiaj trochę nie zagra.
To film o tym, że warto mieć marzenia. Mały Carl zafascynowany jest podróżnikiem Charlesem Muntzem, który sterowcem poleciał do Ameryki Południowej, odkrył wodospad Paradise Falls i przywiózł szkielet dziwnego stworzenia. Naukowcy oskarżyli go o oszustwo, więc ze swoimi psami wrócił do Ameryki, obiecując przywieźć dziwne stworzenie żywe. Carl poznaje małą Ellie, która - tak jak i on - bawi się w odkrywanie Paradise Falls. Wspólne hobby kończy się często, jak wiadomo, ślubem i tak też było w tym przypadku. Całe życie planowali polecieć do Ameryki Południowej, ale zawsze były pilniejsze wydatki. Xvrql Ryyvr hznełn, Pney mvelgbjnal jvryxą svezą, ceóohwąpą bqxhcvć wrtb qbz, cemljvąmhwr tb qb zvyvban onybavxój m uryrz v bqynghwr fmhxnć fjbwrtb qmvrpvęprtb znemravn.
Pierwsza, krótsza część filmu to piękna i wzruszająca historia o życiu dwojga ludzi. Druga - wyprawa Carla i małego skauta z nadwagą, sympatyczna i zabawna. Bardzo miły film na spokojny sobotni wieczór. Nie wiem, jak sprawdza się w wersji z polskim dubbingiem.
Wyświetl wpis
06 kwietnia 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 00:27:13
Amerykańska wersja "Seksmisji". Prostytutka i żołnierz, oboje idealnie przeciętni, zostają zahibernowani na rok, a praktyce - na 500 lat. Ponieważ inteligentni się nie rozmnażali, a ci niezbyt - wręcz przeciwnie, IQ ludzkości spadło na pysk. Jak się łatwo domyśleć, wśród ślepców i jednooki jest królem, więc niezbyt błyskotliwy żołnierz okazał się najinteligentniejszym człowiekiem na Ziemi i uratował świat. Jakością nie odbiega od słabych komedii koledżowych, żadna rewelacja, ale da się obejrzeć bez wstrętu. Widać dużo elementów zaczerpniętych z wcześniejszego serialu Mike'a Judge'a - "Beavisa i Buttheada". Jak ktoś ma fobię antyamerykańską, to znajdzie zabawnymi scenki konsumentów siedzących przed TV na sedesie czy ludzkość ubraną jak raperzy (złote łańcuchy w komplecie).
Wyświetl wpis
20 marca 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 23:20:45
Wyświetl wpis
14 marca 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 10:46:05
Byłam lekko uzależniona od czekolady, nie wstydzę się. Zaczęłam nawet pisać o szczycie nałogu i ulubionych czekoladach, ale się obśliniłam, więc skasowałam. Teraz jestem na przymusowym odwyku, bo Mai nie służy, ale ponieważ człowiek to nie wielbłąd i napić^Wzjeść coś słodkiego musi, szukam alternatyw. I niestety, #żal.pl. Ciastka owsiane. Lubię, ale ile można. Galaretka w cukrze. Co jakiś czas kupuję, z zachwytem patrzę na kolory i witrażową przezroczystość, opędzlowuję całość i mi niedobrze. Do następnego razu. I tak błądziłam ostatnio wzdłuż słodyczowej alejki, omijając wszystko, co czekoladowe i znalazłam malinowe groszki.
Uwielbiałam groszki w PRL-owskim dzieciństwie. Z wyrobami czekoladowymi i czekoladopodobnymi bywało różnie (nie że niedostępne, bo w domu bywały często, ale w sklepach to wiadomo). A groszki były. Pomarańczowe, żółte, zielone, kolorowe, z samego cukru i barwnika. Jedne z moich ulubionych były czarno-brązowe, jakby czekoladowe, ale nie z czekolady. Nie przepadałam za takimi drobnymi, w odpustowych szklanych rurkach, bo nie szło ich nigdy zjeść do końca. I miałam takie marzenie, że kiedyś, jak będę duża, kupię tych groszków mnóstwo, a nie jedną marną paczuszkę, wsypię je do wielkiej miski i będę jeść całe popołudnie.
Tyle że teraz nie ma groszków. Są orzechy i rodzynki w czekoladzie. Landryny. Żelki. Pianki. A groszków nie. I ja się pytam, kto jest za to odpowiedzialny, hę?
Wyświetl wpis
12 marca 2010
Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 14:41:39
Prośby. Groźby. Mantry. Inkantacje. Życzenia. Ba, nawet przekupstwo i obietnice. Zostało zaklinanie (nie mylić z zaklikaniem). Wiosna, rusz dupę, co? Raz, raz. Nie bądź wiśnia.

Wyświetl wpis
07 marca 2010
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie / 23:16:42
Mam trochę problem z niekomediowymi filmami Woody'ego Allena. Pozbawione sarkastycznej czy autoironicznej otoczki boleśnie pokazują, że świat nie jest sympatycznym miejscem, a Amerykanie nie na darmo spędzają spory wycinek życia na sofitkach u psychoterapeutów. Lane mieszka w letnim domu w Vermont, odziedziczonym po ojcu i dochodzi do siebie po którejś z kolei życiowej porażce. Końcówkę lata spędza z przyjaciółką, Stephanie, początkującym pisarzem Peterem i sąsiadem Howardem. Irytuje się, kiedy nagle pojawia się jej matka, dawniej znana skandalistka/aktorka/modelka z aktualnym partnerem; specjalnie się nie lubią. Do tego okazuje się, że wśród czworga znajomych wykształciły się trzy uczucia bez wzajemności i nikt specjalnie nie jest z tym szczęśliwy.
Piękny dom, irytująca i płaczliwa Mia Farrow, ładna, ciepła i beżowa kolorystyka filmu, w tle zgrabny dżez. Niestety, film z kategorii "obejrzeć i za tydzień zapomnieć, o czym był".
Wyświetl wpis