23 stycznia 2012

Skóra, w której żyję

Poziom: 1 * Oglądam / 23:58:32

Niespecjalnie lubiłam przedostatni okres u Almodovara, kiedy zaczął wchodzić w przedziwne relacje z kościołem, z ludźmi w śpiączce i ogólnie nie było widać, dokąd jedzie ten tramwaj. Natomiast dwa ostatnie filmy to powrót do tego co lubię. "Skóra" to taki tragiczny świat z "Matadora", gdzie niby jest happy end, ale każdy przegrywa; jednocześnie jest - mimo wielu tragedii - klimat lekkiej farsy, jak w "Kice". Ładnie zagrała zabawa w cofanie się w czasie i odsłanianie kolejnych warstw historii, dlatego niespecjalnie jest sens streszczania fabuły, bo smacznie jest oglądać to tak, jak pokazuje reżyser.

Robert (Antonio Banderas), znany chirurg plastyczny, wynalazł sztuczną skórę, oporną na ogień i komary. Twierdzi, że eksperymentował na myszach, ale w hacjendzie trzyma pod kluczem tajemniczą pacjentkę, Verę, która nosi ochronny kombinezon i usiłuje zrobić sobie krzywdę czymkolwiek. Opiekuje się nią wierna acz cyniczna służąca (Marisa Paredes), którą jednak zaskakuje pojawiający się po latach jej syn, Zeke. Wprawdzie w kostiumie tygrysa, ale wystarczy, żeby pokazał do kamery tyłek i mama go wpuszcza. Nie kończy się to dobrze, bo Zeke jest niebezpiecznym kryminalistą, a dodatkowo gwałcicielem-hobbystą i nie dość, że dopada pacjentki w celu jednoznacznym, to również wyznaje, że zabił przed laty żonę doktora.

I zupełnie pomijając fabułę, dom doktora jest niesamowity, wszędzie świeci słońce, a Vera praktykuje elegancką jogę.

17 stycznia 2012

Shutter Island

Poziom: 1 * Oglądam / 21:45:46

Niestety, najlepszym streszczeniem tego filmu jest porównanie go do innego filmu, co od razu zdradzi całą intrygę, więc bez porównań (a dla tych, co są ciekawi, to myślę o Gbżfnzbśpv z 2003 roku).

Okolice Bostonu, 1952. W mroczny, klaustrofobiczny klimat szpitala psychiatrycznego i jednocześnie więzienia na odciętej od świata wyspie, pełnej tajemniczych budynków, zalewanej zimnym morzem i dotkniętej przerażającą burzą wchodzą dwaj szeryfowie - Edward "Teddy" Daniels (Leonardo DiCaprio) i Chuck Aury (Mark Ruffalo). Mają pomóc personelowi szpitala w znalezieniu pacjentki, która zniknęła z zamkniętego pokoju, bez butów, z wyjściem pilnowanym przez funkcjonariusza, zostawiając tylko lakoniczną notatkę. Mimo że funkcjonariusze zostali wezwani przez dyrektora szpitala, nikt nie chce z nimi rozmawiać ani nie dostają dostępu do danych personelu. Teddie dodatkowo ma narastające bóle migrenowe i światłowstręt, do tego zaczynają pojawiać się przerażające wizje - wyzwalanie obozu koncentracyjnego w Dachau, płonąca żona, mokre dziecko mówiące, że mógł je uratować. I okazuje się, że nie jest przypadkowo w tym miejscu - przy okazji śledztwa, chce znaleźć zbiegłego mordercę swojej żony, Andrew Laeddisa. Przesłuchiwani, kiedy wspomina o Laeddisie, płaczą albo wpadają w przerażenie. Potem znika jego partner, a wszyscy dookoła twierdzą, że nigdy go nie było.

Owszem, można narzekać na przewidywalność zakończenia, ale film fantastycznie pracuje klimatem grozy, opuszczenia i wszechogarniającego spisku. Do tego sam budynek szpitala i tajemnicza wyspa z klifami, cmentarzem i barykadami pod napięciem to świetny cukierek dla oczu. I oczywiście można sarknąć, że znowu DiCaprio, ale to aktor, który umie zagrać każdą rolę. Mnie się w każdym razie bardzo.

14 stycznia 2012

Prawdziwe męstwo

Poziom: 1 * Oglądam / 20:14:38

Od razu powiem, że nie lubię westernów. Bardzo upraszczając, są dla mnie niewiarygodne psychologicznie, nielogiczne, szwarc-charakter za czarny, a dobry szeryf zwykle jest frajerem. Więc trudno mi docenić jakość "True Grit", mimo że bracia Coen umieją tak rozegrać sytuację, że nic nie jest czarne i białe. W każdym razie to bardzo zgrabny film, świetnie filmowany, z niesamowitymi preriowo-beżowym, gęsto przetykanymi trupami, pejzażami i z doskonałymi aktorami.

14-letnia Mattie szuka najemnika, który wyśledzi i doprowadzi przed sąd mordercę (brolin) jej ojca. Do wyboru ma podpitego szeryfa z nadczynnością spustu (tego w pistolecie), Roostera Cogburna (Bridges) albo łowcę nagród, LaBoeufa (Damon), który wprawdzie chętnie, ale chce mordercę zawieźć do innego stanu na egzekucję, a to psuje plan zemsty dziewczynki. Dziewczynka to w zasadzie złe określenie, bo Mattie jest silna, mądra, umie negocjować i bywa zaskakująco stanowcza i skuteczna. Ostatecznie cała ekipa jedzie polować wspólnie, kłócąc się po drodze, uprawiając rękoczyny i ustalając hierarchię.

01 stycznia 2012

Sucker Punch

Poziom: 1 * Oglądam * Z głowy, czyli z niczego / 23:54:30

Lubię, jak film zostawia mnie z jakimiś myślami. A przy wszystkich swoich wadach, Sucker Punch trochę zostawił. Fantastyczny wizualnie, przemyślany i zaprojektowany do najdrobniejszego szczegółu, postmodernistyczny, posklejany z teledyskowych epizodów w sposób godny Tarantino, z doskonale dobraną świetną muzyką i filmowany tak, że chciałabym połowę kadrów oprawioną i do powieszenia na ścianę. Ale. Nie lubię, kiedy nie umiem powiedzieć, po co - poza tym, że "patrzcie, potrafię" - jakiś film powstał. A tu tak niestety jest.

Kiedy umiera matka Babydoll, jej wściekły o zawartość testamentu ojczym (jak się łatwo domyślić, nic nie dostał) atakuje dziewczynę, ta się broni znalezionym pistoletem, w strzelaninie ginie młodsza siostra[1], ojczym zrzuca na Babydoll winę i zamyka w szpitalu dla psychicznie chorych. Za pomocą zgrabnej łapówki uzyskuje na dokumentach podpis pozwalający na wykonanie lobotomii, dzięki czemu otrzyma niesprawną roślinę, którą się będzie za pieniądze jej nieżyjącej już matki opiekował. Babydoll wchodzi w wymyślony świat, w którym ląduje w luksusowym więzeniu-burdelu, z którego - wraz z pozostałymi dziwkami-więźniarkami - chce uciec. Gromadzi artefakty - mapę, klucz, nóż i zapałki (i piąty, jeszcze nieznany), zyskuje sojuszników i jednocześnie tańczy, żeby odwrócić uwagę oprawców. Tańcząc, prowadzi walki, zagłębiając się w kolejne iluzje: walczy z japońskimi upiorami, w świecie steampunku z okresu I wojny światowej rozwala zombie-germańcówhitlerowców szybkostrzelną bronią, w zamku orków uzyskuje dające ogień kryształy i napada na pociąg z uzbrojoną bombą. I jak fascynujące było obserwowanie, jak przenika się świat urojony z rzeczywistym, wynurzanie się z kolejnych urojeń i wchodzenie w nowe, jak bardzo nieprzyjemne a jednocześnie pięknie nakręcone były niektóre sceny, tak pozostało to poczucie, że reżyser nie wie, co powiedzieć.

I chociaż sylwestrowo byłam nastawiona na film klasy #4morons, tak - chociaż oczywiście można pić pod każdego trupa, obśmiewać orki i każde machnięcie mieczem z jednoczesnym spojrzeniem spod jedwabistej rzęsy - jakoś się nie kwalifikuje do rozrywki prostej.

EDIT: [1] Oglądałam wersję niereżyserską i tak nie było do końca jasne, czy młodszą stuknął ojczym, czy dostała rykoszetem.

31 grudnia 2011

Jak zostać królem

Poziom: 1 * Oglądam / 22:29:17

Zupełnie nie jest fajnie być następcą tronu, zwłaszcza jak się człowiek jąka, zacina podczas przemówień publicznych, jest dość nieśmiały, a do tego się czerwieni (a srogi ojciec nie dość, że doskonale sobie z wystąpieniami radzi, to jeszcze wiesza na synu psy). A film wcale nie opowiada baśniowej historii, która działa się dawno, dawno temu, tylko pokazuje epizod z życia księcia Jorku, a potem króla Jerzego VI, który panował w Wielkiej Brytanii od 1936 roku. Bertie dość się przejmuje, bo to jednak obciach, kiedy książę nie umie powiedzieć kilku słów do mikrofonu, ale żaden z logopedów i specjalistów od wymowy nie jest w stanie mu pomóc (nie działa nawet świetna metoda Demostenesa z kamieniami). Ma na szczęście upartą żonę (szerzej znaną potem jako królową-matkę), która znajduje ekscentrycznego acz niespełnionego aktora, nauczyciela wymowy Lionela Logue'a. Dużo kłótni, dużo trzaskania drzwiami, śpiewania, dużo przekleństw ("Bertie, a znasz słowo na "f"? Fff...furnicate!"), zakład o szylinga ("nie noszę ze sobą pieniędzy"), ale - spokojnie, wszystko można przeczytać w wikipedii - przynosi to efekt. I kiedy nagle brat Bertiego, Edward, zrzeka się korony, żeby ożenić się nie dość, że z Amerykanką, to jeszcze z dwukrotną rozwódką, świeżo koronowany król ma kogoś, kto jest po jego stronie i komu zależy, żeby umiał powiedzieć kilka zdań do poddanych.

Nie jest to komedia, wbrew zapowiedziom, ale kawałek niezłego filmu parahistoryczno-kostiumowego. Królowa Elżbieta II i księżniczka Małgorzata pojawiają się jako dziewczynki z loczkami i w podkolanówkach, świetna Helena Bonham-Carter w roli królowej-matki ("uważa mnie za grubą kuchtę!") i Colin Firth, wpadający w furię i czerwony na twarzy, ale jednak pełen godności.

PS Oczywiście polski tytuł jak zwykle od czapy, bo w filmie naprawdę nie chodzi o to, co doprowadziło Jerzego VI na tron, tylko o mozolne przygotowanie do przemówienia.

28 grudnia 2011

Toy Story 3

Poziom: 1 * Oglądam / 21:16:07

Uwielbiam rezolutnego Chudego (Woody'ego), który wprawdzie ma mniej różnych przycisków niż Buzz Aldrin Astral (i nie da się go zaprogramować na hiszpański), ale nigdy się nie poddaje. Andy, właściciel całego stada zabawek, nagle ma 17 lat, od dawna zabawkami się nie bawi[1], a do tego idzie do koledżu i mama każe mu się pozbyć wszystkiego, czego nie zabiera ze sobą. Chudy ląduje w skrzynce "Koledż", a reszta przyjaciół ma trafić na strych, ale przypadkiem zostaje wyrzucone na śmietnik. I tu zaczyna się wielka ucieczka zabawek - prawie że z czeluści śmieciarki do garażu, stamtąd trafiają do przedszkola, które okazuje się więzieniem, a ostatecznie z przetwórni śmieci. I nie jest pastelowo i łagodnie, chociaż zabawki są miękkie, czasem mają futerko i wydają zabawne dźwięki[2].

Lubię "Toy Story" za świetną obsadę - pana Bulwę, jamnika Długiego, niezbyt błyskotliwego dinozaura Rexa, za doskonałe animowanie czasem niezdarnych ruchów zabawek i za drugie dno[3], które sprawia, że ani ja, ani prawie 2,5-letni Maj nie mógł się oderwać od ekranu (a jest to rzadkość). I za happy end, bo historie o zabawkach muszą się dobrze kończyć.

[1] A wiecie, jakie to jest przykre, taka nie dotykana przez człowieka zabawka? Ja się wzruszyłam. Kilkukrotnie.

[2] Obsadzenie uderzającej w talerze małpki w roli dozorcy więzienia jest szatańskim pomysłem i od teraz nie chcę już nigdy takiej małpki, choćby się nie wiem jak ładnie uśmiechała.

Również językowe, polski dubbing bardzo przyzwoity.

19 grudnia 2011

Italian Job

Poziom: 1 * Oglądam / 23:48:26

Jestem wielbicielką gry "Incredible Machines", gdzie z klocków układa się absurdalnie do siebie nie pasujące rzeczy, a na końcu - czasem po wielu próbach - kula dociera tam, gdzie miała dotrzeć. Tak samo uwielbiam filmy o skokach. Nie ważne, co jest kradzione (czy odzyskiwane), ważne tylko, jak ładnie układają się klocki intrygi, jak poszczególne elementy skoku układają się w całość (a jeśli jeszcze do tego gdzieś w środku jest twist, to już cała jestem szczęśliwa).

Ekipa (spec od wybuchów, drugi od szybkiej jazdy, trzeci od komputerów i czwarty - mózg całej operacji) prowadzona przez starego i doświadczonego kasiarza (Donalda Sutherlanda) dokonuje brawurowego - i teoretycznie ostatniego w karierze - skoku w Wenecji i kradnie kasę pancerną z 35. milionami dolarów w sztabkach złota. Ale nie wszystko idzie dobrze, więc muszą uszykować się na jeszcze jeden skok, żeby swoje złoto odebrać. Dołącza do nich córka kasiarza (śliczna jak cukiereczek Charlize Theron), która - jak tatuś - zna się na sejfach.

Dużo pościgów kolorowymi Mini Cooperami, głównie ze Stathamem w roli głównej, zgrabnie zaplanowana akcja, trochę niezbędnego technicznego żargonu i sprytnego klikania po klawiaturze, sporo żartów popkulturowych (w jednej ze scen pojawia się człowiek w kostiumie Spidermana, a spec od komputerów twierdzi, że to on wynalazł Napstera), ruska mafia i bardzo gruby Azjata. Uprzedzając komentarze, film powstał na bazie brytyjskiej komedii z lat 60. o tym samym tytule i zarysie historii, ale został nakręcony z innym scenariuszem. Oryginał i tak warto obejrzeć, bo jest uroczy.

07 grudnia 2011

Breaking and Entering

Poziom: 1 * Oglądam / 21:45:07

Polski tytuł ("Rozstania i powroty") całkowicie spłaszcza angielską dwuznaczność, bo oprócz znaczenia literalnego to też określenie kradzieży z włamaniem. A o tym ten film jest dwupoziomowo. Do pięknego loftu, w którym mieści się nowoczesne biuro architektoniczne, włamuje się szajka młodziaków, który chodzą po dachach i przez oszklony sufit mogą podejrzeć kod do alarmu. Znikają z laptopami, telewizorami, gotówką i figurkami używanymi do prezentowania modeli budynków. Will, który w domu[1] ma coraz luźniejszy związek z wieloletnią narzeczoną, Szwedką Liv, a do tego nie daje sobie rady z ciągłą walką z dzieckiem Liv - autystyczną nastolatką Bee, woli czatować pod biurem, żeby wykryć, kto go okrada. Jego współpracownik Sandy szybko się poddaje, bo zamiast przesiadywać w zimnym samochodzie, okazyjnie obstawianym przez nudzącą się lokalną kurtyzanę[2], woli nawiązywać bliskie stosunki z najpierw podejrzewaną o kradzież, a potem oczyszczoną z podejrzeń piękną a egzotyczną sprzątaczkę.

I kiedy już się zaczęłam zastanawiać, czy Will z nudów i dla odreagowania zabierze chętną profesjonalistkę na tylne siedzenie, na ścianie budynku pojawił się Miro, nastolatek-włamywacz. Will pognał za nim i zobaczył jego matkę, piękną, smutną emigrantkę z Bałkanów, Amirę[3], która - jak się łatwo domyślić - nie wiedziała o dodatkowym zarobku nieletniego i żyła w przekonaniu, że utrzymuje rodzinę z krawiectwa. Will się zakochał, nie naskarżył na syna, zaczął przychodzić pod pretekstem naprawy odzieży i jakby to był amerykański film, to by pewnie był prosty happy end już tutaj. Ale że to film brytyjski, to historia poszła w nieco inną, choć równie ciekawą stronę.

I mnie ten film zauroczył. Zachwycił to za duże słowo, ale poddałam się bez wahania jego magii, łagodnej mądrości, ocenie życiowych wyborów. Że największą kradzieżą jest kradzież czyjegoś serca, a w związku źle się dzieje, kiedy partnerzy przestają na siebie patrzeć.

[1] Skądinąd cudownej urody, z tarasem wychodzącym na kanał/rzeczkę, jasnym, przestronnym, loftowym i do bólu dizajnerskim.

[2] Która, skądinąd, wprowadza klimat wczesnego Almodovara i sporą dozę zdrowego humoru.

[3] Zabawna sprawa - chłodną Szwedkę gra śliczna Amerykanka, Robin Wright[4], a pół Serbkę i muzułmankę - do szpiku kości francuska Juliet Binoche.

[4] Mój wielki zachwyt z czasów, kiedy oglądałam na Sky One wyrywkowe odcinki "Santa Barbary" (można to otagować i #guilty-pleasures, i #wstydliwe-wyznania).

29 listopada 2011

O północy w Paryżu

Poziom: 1 * Oglądam * Z głowy, czyli z niczego / 23:23:12

To jest naprawdę ładny film. Pokazuje najpiękniejszy Paryż na świecie[1] - najbardziej znane miejsca, latem, w gładkim, złotym słońcu; to miejsce, do którego chce się jechać teraz-natychmiast[2]. Do tego po tym niesamowitym Paryżu krąży Carla Bruni, Kathy Bates czy Adrien Brody (fenomenalnie podobny do granego przez niego Salvatore'a Dali). Pchle targi, pełne złoceń i pluszu luksusowe restauracje i hotele, Luwr, Pola Elizejskie, muzea i ogrody.

Gil, niespełniony pisarz, snuje się u boku majętnej narzeczonej po Paryżu, spędzając czas z jej nowobogackimi rodzicami i zmanierowanymi przyjaciółmi. Którego wieczora przypadkiem zostaje zabrany przez przejeżdżający automobil i przenosi się w świat Zeldy i Scotta Fitzgeraldów, którzy pokazują mu ówczesne imprezy, Ernesta Hemingwaya, wyjaśniającego zasady bycia prawdziwym mężczyzną, Dalego, rysującego nosorożca czy Gertrudy Stein, która wprowadza poprawki do jego powieści. I wreszcie pięknej modelki, Adriany, w której się zakochuje. I tak w dzień zwiedza Paryż z narzeczoną, a wieczorami wymyka się, żeby być z Adriane sprzed kilkudziesięciu lat.

I wszystko byłoby świetne, tyle że nie widzę zupełnie sensu kręcenia filmów z Woody Allenem w roli głównej, jeśli nie gra WA, tylko kto inny (jak człowiek z połamanym nosem). Ba, film podobałby mi się o wiele bardziej, gdybym nie wiedziała, że to Woody Allen. Niestety. Jak na Allena, to jeden ze słabszych. Ratują aktorzy i Paryż, bo scenariusz niespecjalnie.

[1] Lubię u Allena umiejętność pokazywania tego, co najładniejsze w mieście. I to, że chyba każde miejsce wygląda trochę jak Manhattan.

[2] I jeśli celem zaproszenia Allena do nakręcenia filmu w Paryżu było stworzenie reklamówki miasta dla turystów, to cel został osiągnięty w 100%.

21 listopada 2011

Freaks and Geeks

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 23:29:46

To jest dla mnie serial kultowy (który obejrzałam 20 lat za późno, moja strata), moje "Beverly Hills 90120". Od dziecka chciałam być w amerykańskiej szkole, z jej zasadami, drużyną futbolową, czirliderkami, balem na zakończenie, wyborem najpopularniejszych, kroniką roku, z noclegami u rówieśników, szkolną miłością i chodzeniem, jeżdżeniem samochodem na punkt widokowy i do kina drive-in. Niekoniecznie już z samą nauką, oczywiście. Jak się komuś podobały "Cudowne lata", to klimat jest podobny.

Lindsay Weir jest błyskotliwą i zdolną nastolatką, ale nie jest kujonką i ciągnie ją do licealnych freaków - nieco niedomytego i nieposkładanego Daniela Desario (śliczny jak budyń James Franco, rozczochrany, z podkrążonymi oczami), w którym się kocha, mimo że ten ma dziewczynę - wulgarną, olewającą wszystko Kim Kelly (Busy Philipps, po latach bujna i chichotliwa Laurie Keller z "Cougar Town"). W Lindsay z kolei podkochuje się Nick Andropolis, wiecznie palący trawę perkusista (Jason Segel, Marshall, również miłośnik sandwiczy z "How I Met Your Mother"). Na równoległym planie są geeki - młodszy brat Lindsay, Sam i jego koledzy - kurduplowaty, acz wyrafinowany (w swoim mniemaniu) Neal i niezgrabny i nieco przyciężkawy intelektualnie (acz nie do końca) Bill. Usiłują stać się "fajni", a przynajmniej na tyle inni jak "freaki".

Tyle że ten serial jest trochę nie o tym, raczej o współczesnej tęsknocie za prostym i barwnym światem dzieciństwa w amerykańskich latach 80., kiedy wychodziły nowe płyty Rush, świeży był zachwyt Dungeons & Dragons, na stanowisku prezydenta był Ronald Reagan, a tradycyjna rodzina wyznawała proste wartości. Poczułam się staro, bo teraz to dla mnie też film o całkiem fajnym rodzicielstwie i drugiej stronie konfliktu pokoleń.

Serial Apatowa to wylęgarnia gwiazd - poza główną, mocną obsadą pojawiają się Seth Rogen czy epizodycznie młodziutki Matt Czuchry (Cary Agos z "Good Wife") i Ben Stiller.

18 listopada 2011

Harold & Kumar Go to White Castle

Poziom: 1 * Oglądam / 21:44:18

Jestem taka na rozdrożu, bo z jednej strony doskonale sobie zdaję sprawę, że filmy o najaranych studentach to jednak jest pewien ślepy zaułek sztuki filmowej, ale nieodmiennie mnie bawią, zwłaszcza w kwestiach pozamerytorycznych.

Akcja jest, jak zwykle pretekstowa - Azjata Harold i Hindus Kumar (oczywiście, że nowi nazwisko Patel, jak większość filmowych Hindusów) są kumplami z czasów studenckich i wprawdzie pilny Harold ma do przygotowania raport dla (a właściwie za) swojego szefa, ale namówiony przez Kumara pali super towar i razem z nim rusza w miasto w poszukiwaniu idealnego hamburgera. Po drodze mają mnóstwo przygód - w kampusie panny na imprezie pokazują bujne walory, są aresztowani za przejście na czerwonym świetle, znany aktor kradnie im samochód, jadą na gepardzie, lecą na lotni, wdają się w bójki, i kiedy już wygląda na to, że noc nie zakończy się szczęśliwie, jedzą 40 pysznych hamburgerów i podlewają to (diet) colą. W tle żarty rasistowskie, obowiązkowa scena fekalna (piękne bliźniaczki-blondyneczki siedzą na sedesach i pokazują, że kobiety też mają głośną perystaltykę), mnóstwo nieskrywanego seksizmu i nabijania się z policji czy np. z Katie Holmes.

Ale nie to stanowi o wartości tego filmu, tylko obsada (i powraca pytanie - co tacy aktorzy robią w takim filmie): Kuttner z House'a, Charlie z Numb3rs, Sulu z kinowego Star Treka i American Pie, Finch z tego ostatniego, Ryan Reynolds i w roli samego siebie - wiecznie podniecony Neil Patrick Harris (Barney Stinson).

08 listopada 2011

Szefowie wrogowie

Poziom: 1 * Oglądam / 22:45:59

Był taki doskonały polski film "Trójkąt bermudzki" (a wcześniej równie świetna książka Jonathana Trencha "Wieczór przy Oak Lane"), w której trzech (pięciu) znajomych umawia się, że sprzątną wzajemnie swoich wrogów, zapewniając sobie samym niezbite alibi. I taka mniej więcej jest treść tego filmu, tyle że to amerykańska komedia z gwiazdorską obsadą. Gwiazdy ograniczają się do tych złych - demonicznego i poniżającego podwładnych Kevina Spaceya, sprytnej nimfomanki-intrygantki Jennifer Aniston i napakowanego buca Colina Farrela (i chociażby dlatego warto film obejrzeć, bo ma łysinkę i zaczeskę), a reszta to czasem zabawna, czasem mniej komedia pomyłek. A to jeden z bohaterów zamiast zabić wroga drugiego ratuje mu życie, a to drugi zostawia w przeszukiwanym mieszkaniu (a potem miejscu zbrodni) swoje DNA na przyborach łazienkowych, a to któryś z kolei, świadek morderstwa, ucieka z miejsca zbrodni przekraczając prędkość i daje się nagrać fotoradarem; nie wspominam już o znalezieniu specjalisty od mokrej roboty za 200 dolarów z ogłoszenia w gazecie ("myślałem, że to promocja"). Niespecjalnie wyrafinowana rozrywka, ale na bezrybiu wystarczy.

07 listopada 2011

Graffiti Bridge

Poziom: 1 * Oglądam / 23:28:06

Drugiej części opowieści o Kidzie brakuje chyba wszystkiego - zwalających z nóg hitów, pokazywania zgrabnej kobiecej piersi, sugestii pożycia intymnego, napięcia, dramy, a mimo to jest chyba lepszym filmem niż Purple rain. To dalej jest pretekstowa fabuła, przetykana teledyskami, ale udało się stworzyć jakąś magię, może i kartonową (bo tytułowy graffiti bridge jest tak boleśnie studyjny, że wygląda jak żywcem wyjęty ze scenografii sitcomowej), ale magię. I nawet mniej mnie raziły przeplatające tę magię sceny z Morrisem, który nieodparcie przypomina mi połączenie Gliniarza z Beverly Hills z lemurem z Madagaskaru; ba, czekałam na nie (scena z pokazem machismo, polegającym na publicznym jedzeniu ostrych papryczek w zalewie - profesjonalna). Muzyka mnie nieco rozczarowała, jednak. Bo to całkiem przyzwoity i dość jednorodny funk, ale bez czegoś, co sprawia, że stopa wybija rytm, a w żyłach krążą nuty.

Kida zostawia dziewczyna, bo Kid zamiast zapewnić jej byt i pracę w swoim klubie, woli, żeby panna się nim zajmowała. Demoniczny Morris chce przejąć klub w połowie należący do młodego i utrudnia mu życie. Kid ze swoim mikro-motocyklem wzdycha do nowej panny, która malowniczo rozłożona przy malowanym mostku szepcze swoje zmysłowe wiersze[1], chociaż ogólnie jest aseksualna. Morris nie wzdycha, tylko podjeżdża drogim autem i pobiera pannę, Aurę, do swojego klubu, gdzie ochocze podlewa ją alkoholem, żeby była łatwiejsza. Plan po części się udaje, bo staje się na tyle łatwa, że można ją jedynie przerzucić przez ramię i położyć spać, więc Morris rzuca na nią czar, że zakocha się w pierwszej osobie, którą zobaczy po obudzeniu. Long story short, chłopiec poznaje dziewczynę, zakochują się, dziewczyna ulega wypadkowi, a chłopiec z żalu struga balladkę, dzięki której wygrywa z Morrisem muzyczną walkę i odzyskuje klub.

[1] Aktorka, grająca Aurę - Ingrid Chavez - jest rzeczywiście poetką i ma bloga, m.in. z wierszami.

23 października 2011

Purple Rain

Poziom: 1 * Oglądam * Z głowy, czyli z niczego / 12:22:26

Miał być wieczór z kalafiorem, nieco erotyki i muzyka mojej młodości, a wyszło, że to mierzenie się z własnym sentymentem. I od razu umówmy się, że najlepszym sposobem na ten film jest traktowanie go jako zapisu koncertu. Bo.

Kid jest gwiazdą klubu First Avenue, ale rozpada mu się zespół, rośnie konkurencja, a w domu tatuś bije mamę, więc chłopak ma stres. Poznaje seksowną Apolonię, smyrają się trochę po kątach, on jej daje kolczyki, ona mi gitarę, ale kiedy dowiaduje się, że panna zakłada własny zespół, irytuje się i tłucze ją po twarzy, co kończy ich obiecujący związek[1]. Ale jak wchodzi na scenę i zwierza się w piosence napisanej przez dziewczyny z zespołu, że chciałby ją zobaczyć w purpurowym deszczu, to łezki ciekną i jakoś się układa.

Prince dalej jest śliczny jak budyń z soczkiem, ma dziwkarskie spojrzenie i trafia w miękkie miejsce w moim serduszku[0], które lubi niegrzecznych chłopców z mocnym makijażem oczu. I naprawdę nie przeszkadza mi, że jest wzrostu siedzącego psa i ma mikromotocykl, bo pod klasycznym by się przewrócił[2], natomiast aktor jest z niego żaden i kiedy schodzi ze sceny, na którą chętnie rzucę koronkową bieliznę, kiedy malowniczo owija się wokół mikrofonu i śpiewa w "Beautiful Ones", że "I want you", to przy dialogach, przy dwóch minach - smutnej i wesołej - i miałkich dialogach mam silne poczucie, że mógłby zatrudnić dublera. Wiem, że na cały film było dwóch profesjonalnych aktorów, ale i tak napięcie siadało, zwłaszcza w scenach z Jeremym i Morrisem.

Scenariusz też jest bardziej pretekstem do pokazania kolejnych piosenek i tego bałaganu, który jest w głowie Kida, że nie chce być taki jak ojciec, ale i tak jest. Łykam konwencję i stroje, ale i tak trochę mi słabo na widok widowni w klubie - trochę klimaty wczesnego Davida Bowie, trochę Culture Club, przyprawionego Depeche Mode i klubem "Błękitna Ostryga". Słabo mi na widok sposobu filmowania, przy którym prowadzona niepewną ręką kamera w polskim serialu to szczyt wyrafinowania technicznego. I te sceny erotyczne, ech. Rzucanie się po ścianach, czerwone majtki na sznurkach, pocałunki przypominające dziobanie na oślep. No trochę się kino rozwinęło pod tym względem, na niekorzyść dla roku 1984.

I czy ja chcę zobaczyć Graffiti Bridge?

[0] Tak, tu można się śmiać.

[1] I jeśli czytają mnie jakieś żądne wrażeń nastolatki, to wyjaśniam, że jak ukochany przechodzi do rękoczynów, to nie jest to oznaka wielkiej miłości i namiętności, tylko migający sygnał treści "UCIEKAJ".

[2] Zaprawdę powiadam Wam, nic tak nie odziera z nastoletnich złudzeń jak oglądanie filmu z TŻ. Doskonale się bawiłam.

25 września 2011

Stieg Larsson - Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Poziom: 1 * Czytam * Oglądam / 21:58:46

On, Mikael Blomkvist - dziennikarz gospodarczy zostaje wpuszczony na mieliznę i oskarżony o zniesławienie potentata, w efekcie skompromitowany i z wyrokiem. Ona, Lisbeth Salander - socjopatyczna hakerka-riserczerka z opiekunem prawnym i bliżej niewyjaśnioną acz trudną przeszłością, skomplikowana, moralna i ciągle krzywdzona przez okoliczności. Stykają się przy okazji pisania przez Mikaela sagi rodu Vangerów i, niejako ubocznie, przy prywatnym śledztwie w sprawie zaginięcia przed 40 laty dziedziczki rodu. I w duecie są całkiem skuteczni, mimo że przeciw nim jest cała rodzina Vangerów, zdegenerowany kurator i przestępca sprzed lat.

Świetna, dynamiczna i detaliczna narracja, zgrabnie nakreślone sylwetki bohaterów (nie ma szans pomylić kogokolwiek mimo podobieństwa nazwisk, co jest moim przekleństwem w niektórych kryminałach), skandynawskie domy i pejzaże, trochę przemocy (ale za to wyrafinowanie brutalnej) i... jakbym nie słyszała mnóstwa opinii, że lektura Larssona to Ostateczna Jakość Skandynawskiego Kryminału, że potem już żadna inna książka o depresyjnych policjantach z Północy nie będzie już taka sama, to bym była zachwycona. Ale usłyszałam i nie jestem. Bo to, owszem, bardzo dobry kryminał, ale. I tych "ale" mimo tego jest sporo.

Po pierwsze, woda. Czyta się szybko i dobrze, bo jest mało treści w treści. Po drugie, lista zakupów. Zacytowane, czasem kilkakrotnie te same, maile. Prawie że każdy ubiór jest opisany, każda droga, każdy dom, każda czynność, łącznie z chodzeniem do toalety. I jak ogólnie bym się nie czepiała, bo dodaje to zapachu i smaku (niekoniecznie toaleta, ale zawartość lodówki i owszem), tak po trzecie - niewystrzelone strzelby i to dużo. Porozpoczynane wątki, wspomnienia o rzeczach i osobach nieistotnych (siostra Lisbeth - co za potencjał), pewnie do wykorzystania w następnych tomach, ale nie. Po czwarte, Hollywood. Książka w zasadzie jest gotowa do przeniesienia na ekran. Wada, zaleta - to dyskusyjne, ale mam wrażenie, że to jedna z cech, która skazała "Millenium" na sukces, a za którą ja niespecjalnie cenię.

Obejrzałam też szwedzką ekranizację. I też zostawiła mi ambiwalentne uczucie - bo ładnie zrobiona, dobrze dobrani aktorzy, ale ze wszystkich wątków pozostawiony główny - sprawa Vangerów i szczątkowo Wennerstroma, przez co - bez znajomości książki - ginie połowa przyjemności z działań zakulisowych i samej Lisbeth, u której na tyle dużo dzieje się w głowie (i komputerze), że spłyca to całą akcję. I - po obejrzeniu trailera do wersji amerykańskiej (bo podeszłam do sprawy kompleksowo) - nie widzę sensu kręcenia remake'u. Chyba że to jedyny sposób na to, żeby zarobić w Stanach, bo czytanie napisów to praca.

#62 (a #63 i #64 niebawem).

12 września 2011

Your Highness

Poziom: 1 * Oglądam / 17:55:22

Nie nazwałabym tego filmu niekrępującą rozrywką na wieczór, bo jednak trochę wstyd, jak ktoś wejdzie i zobaczy prącie Minotaura. Poza tym - jeśli już się człowiek nastawi na rozrywkę i odłoży dłoń, która sama się rwie do #facepalma - to jest to nieco sprośna parodia filmów fantasy z bardzo dobrymi aktorami.

Jeden książę - Fabious (śliczny jak cukiereczek James Franco, o którym niebawem) i drugi - Thadeous (nieco mniej śliczny Danny McBride) udają się na wyprawę w celu uratowania z rąk złego a jurnego Leezara przyszłej żony Fabiousa (a zwłaszcza jej zagrożonej cnoty) - pięknej, choć niespecjalnie zsocjalizowanej Belladonny. W drodze mają wiele przygód - a to trafiają do krainy, gdzie biegają panie w topless (podobno epizodycznie pojawia się Iga Wyrwał, ale nie rozpoznałam jej po biuście), a to spotykają się w sypialni z kurduplowatym czarodziejem z nargilami (na szczęście zasłona na to, co tam zaszło, została spuszczona i zostało małe niedopowiedzenie), Minotaurem i jego anatomią w labiryncie, czy z noszącą stringi Isabel (Natalie Portman). Jakoś przegapiłam mojego ulubionego Juliana Rhind-Tutta, który grał gdzieś epizodycznie.

Wszystko się kręci wokół, excuse le mot, sempiterny i magicznego miecza. Polskie tłumaczenie w jednych miejscach dodaje uroku, w innych spłaszcza (np. homoseksualne aluzje w "Don't you want to be gay with us?"). I tylko mnie zastanawia, skąd w takiej produkcji aktorzy z samej góry hollywoodzkiej listy. Dla fanów #4morons - obowiązkowo.

11 września 2011

Poznasz przystojnego bruneta

Poziom: 1 * Oglądam / 16:38:55

Przede wszystkim to nie jest komedia, a zwyczajna obyczajówka z nieco tragicznym twistem. Alfie, wysportowany 60-latek zostawia marudną żonę, Helen i znajduje sobie młódkę, blond aktorkę (a prywatnie prostytutkę). Helen nie może się pozbierać i nadużywając napojów wyskokowych przyszłość planuje na podstawie porad wróżki. Córka Helen, Sally, nudzi się w nierozwojowym związku z Royem, który rzucił karierę w medycynie, napisał jedną niezłą książkę, od lat pisze drugą i skończyć nie może; Sally zaczyna pracę w galerii sztuki i zakochuje się w uroczym szefie. Roy podgląda jeszcze bardziej uroczą (bo ciemnowłosą, młodą i ubierającą się w jaskrawą czerwień) sąsiadkę z przeciwka i też się zakochuje, a jednocześnie - korzystając ze śmierci w wypadku kolegi-pisarza - po odrzuceniu swojej powieści oddaje debiutancką świetną powieść jako własną. I jak wygląda, że każdy - poza Helen - wygrał drugą szansę w życiu, wszystko się spektakularnie rozsypuje. Oprócz Helen, która dzięki wróżce swoją drugą szansę na szczęście dostaje.

Londyn Allena wygląda jak Manhattan, piękne, jasne wnętrza pełne książek, mała rólka Philipa Glenistera (tęskniłam!), ładny jazzik w tle, trochę allenowskiej autoironii. Nic wyrafinowanego, ale bardzo miły film na wieczór.

07 września 2011

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach

Poziom: 1 * Oglądam / 21:48:54

Nie powiem, że czwarta część nie ma paru zalet, bo ma. Nie ma chuderlawej Kiry Knightley, jest Jack Sparrow, łypie okiem i co jakiś czas robi minę oraz rzuca błyskotliwym tekstem. I jest Penelope Cruz. Niestety, to by było na tyle, bo reszta jest słaba: akcja się rwie i kilka razy zapomniałam, o co chodzi i po co płyną. Zamiast Kiry i Orlanda jest smutna syrenka i ckliwy misjonarz. Punkt kulminacyjny jest żywcem zerżnięty z Indiany Jonesa i Ostatniej Krucjaty, odnajdują źródło młodości, po czym się biją i gubią kielichy i to by było na tyle. Tyle że film trwa prawie dwie godziny, więc większość czasu płyną, walczą, płyną i czasem pokazują nieco, jak iskrzy między Penelopą a Deppem. Może jakbym to oglądała jako pierwszy film, a nie czwarty, to bym się wciągnęła, a tak to się zastanawiałam, co mnie zachwycało w poprzednich.

05 września 2011

Raising Hope / Dorastająca Nadzieja

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 22:13:11

Uprzejmie proszę nie sugerować się polskim tytułem, który trąci powieścią dla nastolatek, bo to jeden z lepszych rodzinnych seriali komediowych, jakie widziałam. Twórca "My Name is Earl" nie robi rzeczy słabych, to dwa. Dodatkowo bardzo lubi swoich bohaterów i mimo że robią rzeczy idiotyczne, mają wady i postępują - powiedzmy eufemistycznie - nieco debilnie, to jednak są to bardzo mili ludzie. Greg Garcia umie z uczuciem opowiadać o white trash.

Jimmy jest fajtłapą, ale dość gładkim i ma branie, ląduje więc z pewną uroczą blondynką na tylnym siedzeniu auta. I wszystko byłoby jak zwykle, ale niebawem dowiaduje się, że blondynka jest seryjną morderczynią, blondynka za sprawą patelni ląduje w więzieniu, a stamtąd po jakimś czasie na elektrycznym krześle. Trochę to trwa i chwilę przed puszczeniem prądu Jimmy dowiaduje się, że ma półroczną córkę. Mimo oporu rodziców, którzy - sami doświadczeni w kwestii wpadki ponad 20 lat temu - nie chcą kłopotu, Hope (dawniej Princess Beyonce) zostaje w dziwnym domu. Seniorka rodu, 85-letnia Maw-Maw[1] z Alzheimerem biega topless albo na wrotkach, a w rzadkich chwilach przebłysków świadomości ("Dibs next time Maw-Maw is lucid!") potrafi naprawić lampę czy samochód. Virginia[2], wnuczka Maw-Maw i matka Jimmy'ego, pracuje w firmie sprzątającej domy, a Burt - ojciec Jimmy'ego - prowadzi firmę utrzymującą w porządku ogrody i baseny. I jak Virginia jest kobietą inteligentną, tak Burt jest przystojny.

Do tego cały bogaty drugi plan - epizodycznie pojawiają się chyba wszyscy bohaterowie "My Name is Earl" - Earl, Randy, Crabman i Joy. Dużo aluzji do innych filmów i seriali (świetny pastisz Fight Clubu), mały sklep, w którym pracuje Jimmy i Sabrina (w której Jimmy się podkochuje, nie wiedząc, że...) przypomina mi nieco sklepik z "Clerks".

Więc nawet jeśli się nie ma w domu świeżo podrastającej latorośli, to warto. Od pierwszego odcinka (aż do ostatniego, który pokazuje, jak w ogóle do całego, pun intended, zajścia doszło). Na razie jest pierwszy sezon, na dniach zacznie się drugi. Ponieważ serial znalazł TŻ, to wspominam, bo mu się należy.

[1] Smaczek, którego ja nie doceniam - gra ją wielokrotnie nagradzana Emmy Cloris Leachman (o której wcześniej nie słyszałam), ale zgaduję, że kiedy biega bez bielizny, strzela do ichneumonów czy rozmawia z młynkiem do pieprzu, to budzi tak straszną radość jak u nas powiedzmy Beata Tyszkiewicz w takiej roli.

[2] Martha Plimpton, wyszczekana prawniczka w ciąży, a potem z dzieckiem z The Good Wife. Fantastyczna to mało powiedziane. I nie umie mieć tajemnic.

22 sierpnia 2011

Diagnoza zbrodni (Final Analysis)

Poziom: 1 * Oglądam * Z głowy, czyli z niczego / 21:35:58

Richard Gere chciał sobie zrobić Hitchcocka, ale niespecjalnie wyszło. Do terapeuty (Gere) przychodzi śliczne acz straumatyzowane blond dziewczę (Uma Thurman) i opowiada mu o swoich przerażających snach i o kiepskim dzieciństwie, którego sny i ogólny brak komfortu psychicznego są wynikiem. Terapeuta leczy, po czym przypadkiem wpada na siostrę pacjentki, również śliczną blondynkę (tym razem Basinger), w której się nagle zakochuje, mimo że tamta ma problem alkoholowy i męża-mafiozo (fantastycznie ogolony i opalony Eric Roberts). I kiedy piękna Heather zostaje aresztowana pod zarzutem stuknięcia męża czymś ciężkim w głowę, terapeuta znajduje kolegów, którzy ją bronią. I wychodzi cała na biało, bez wyroku, tylko na krótką obserwację w zakładzie zamkniętym. Po czym okazuje się, że nie wszystko jest tak, jak się terapeucie wydawało.

Może i parę lat temu to był niezły film, ale jednak twisty w nim są tak widoczne, że równie dobrze mogłyby być oznaczone czerwoną strzałką: nagle pojawiająca się siostra, zainteresowana terapią drugiej siostry, problematyczne małżeństwo i nagłe uczucie do terapeuty, upodabnianie się jednej siostry do drugiej, a na samym końcu melodramatyczna scena w deszczu w rozpadającej się latarence morskiej.

(A w sieci znalazłam cenzurę w akcji: Mglista intryga toczy się wokół psychiatry kreowanego przez Richarda Geera , który zako*censored*e sie w siostrze jednej ze swych pacjentek. )

10 sierpnia 2011

Fringe

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale * Z głowy, czyli z niczego / 19:38:43

Zaczyna się smacznie, bo takie bardziej współczesne X-files, tyle że zamiast kosmitów są szalone eksperymenty naukowe, geniusze wspomagani chemią, tajemnicza korporacja[1] ze swoimi demonicznymi wynalazkami, klony, mutanty wszczepiające ludziom pod skórę larwy czy łysi ludzie w garniturach i eleganckich kapeluszach, którzy chodzą z przedziwnymi aparacikami i chwilę potem coś się dzieje. Mnie się podobało od początku, a TŻ-u tak sobie i nawet emitował opinię, że najlepszym elementem tego serialu są unoszące się w powietrzu litery opisujące kolejne miejsca akcji, więc warto dać kredyt zaufania i nie przestać po odcinku pilotowym, bo dalej jest coraz lepiej. Trzeba tylko zawiesić niewiarę na kołku, bo mimo mojej wielkiej sympatii i do J. J. Abramsa (tego od "Lost"), i do założeń serialu, tak kupy to on się nie trzyma i to bardzo.

Potem pojawia się team: sympatyczna, sprawna i analityczna agentka Olivia, uśmiechnięty i konkretny agent Charlie, milczący i nieco oschły szef-agent Broyles i niespodziewany team - Walter - dawniej fantastyczny naukowiec, teraz (po kilkunastoletnim pobycie w szpitalu psychiatrycznym) wiecznie o czymś zapominający entuzjasta, eksperymentator i człowiek, który nie zawaha się przed zrobieniem sekcji, przegryzając jednocześnie pyszne ciasteczko oraz jego syn, Peter - młody człowiek o nieustalonej przeszłości, z wieloma zaletami i umiejętnością rozmowy ze swoim ojcem.

I sobie się tak serial toczy - tu Olivia współdzieli jaźń ze swoim nieżyjącym kolegą i ma jego wspomnienia, tu pojawia się człowiek widzący każdy wariant przyszłości i bawiący się w układanie klocków jak w Incredible Machines, tu włamywacze sprytną maszyną zamieniają stal w powietrze i okradają bezśladowo bank, a tam z kolei pojawia się okno do świata równoległego. I całkiem nagle okazuje się, że to wcale nie są ot, takie sobie tajemnicze i niepowiązane sprawy, tylko że obok jest prawie taki sam wszechświat jak nasz i zaczynają ze sobą kolidować.

Przede wszystkim serial jest dowcipny. Walter, ze swoją dzienną świeżością i naiwnością w postrzeganiu świata, wnosi sporo elementu rozrywkowego, nawet jeśli właśnie bada świeże zwłoki i sprawa ciut śmierdzi. Trochę pogoni, trochę malowniczych wybuchów, cała seria postaci negatywnych i takich, co to nie do końca wiadomo, czy będą sojusznikami. A całość wciąga - najpierw z zachwytem obserwowałam, jak bardzo absurdalne akcje się pojawią, potem - jak pieczołowicie zajęli się sprawą sąsiadujących ze sobą wszechświatów, przymykając oczywiście oko na słabe miejsca i niewiarygodność.

[1] Czy wszystkie "złe" korporacje muszą mieć w nazwie Dynamics? Tu jest Massive Dynamics, w "Better Off, Ted" było Veridian Dynamics, a w "Eurece" Global Dynamics?

29 czerwca 2011

Angel-A

Poziom: 1 * Oglądam * Z głowy, czyli z niczego / 18:50:16

Ten film to taka trochę stracona nadzieja, bo niby ma wszystko jak trzeba - piękny Paryż, czarno-białe zdjęcia, gdzieś tam pobrzmiewa przyjemnie muzyka, aktorzy dobrze dobrani, ale za dużo łopatologii. Zawiązuje się trochę magiczna sytuacja, ale nie bardzo już ładnie jest zrobiony jej finał. Angela jest świetna i konsekwentna, ale André płaski. Mam wrażenie, że Besson chciał zrobić coś na miarę "Immortela" Bilala, ale jednak wyszło bardziej Taxi.

André ma pecha - na koncie kilka wyroków (wszystkie za niewinność), jest wszechstronnie zadłużony i nie bardzo wie, jak z tego wybrnąć, a wszyscy mu grozą, że uszy pourywają i będzie bez nich jeszcze żałośniejszy. Wybiera się honorowo skok do Sekwany, ale w ostatniej chwili ratuje skaczącą obok piękną blondynkę. Blondynka anonsuje, że jest aniołem i w zamian chce naprawić wszystkie problemy nieszczęsnego dłużnika. Pieniądze pozyskuje w sposób niestandardowy za pomocą nierządu albo spuszczania łomotu złym paryżanom. André nie umie cieszyć się chwilą, a mimo tego, że Angela prowadzi go jak na sznurku w kierunku sukcesu, marudzi i narzeka do momentu, kiedy się w Angeli nie zakocha. I raz wierzy, że Angela jest aniołem, a raz nie - do momentu, kiedy jej wyrastają skrzydła i oboje lądują ponownie w Sekwanie.

25 maja 2011

Północ w ogrodzie dobra i zła

Poziom: 1 * Oglądam / 21:55:48

Lubię po książce film, rzadko odwrotnie. A tu miłe zaskoczenie, bo film - mimo oczywistych skrótów - jest kompozycyjnie lepiej poskładany niż książka. Wszystkie elementy wprowadzają Johna Kelso, dziennikarza z Nowego Jorku, do kolorowego świata Savannah i nietypowego procesu o morderstwo. Jest trochę na siłę dołożony wątek miłosny, mocno przycięte historia Joe Odoma i walki Williamsa z Adlerem i w konsekwencji kulisy procesu związane z walką polityczną są dość ograniczone. Film ma do tego ładne obrazki i świetną, urealniającą całą historię rolę samej Chablis. Ale daleka jestem od tego, żeby pominąć książkę i zostać tylko przy filmie. Film jest statyczny, nudnawy, ni to dramat sądowy, ni to lekko ironiczna obyczajówka. Bez podstawy w postaci książki usnęłam kilka lat temu chyba po 20 minutach oglądania. A szkoda.

09 maja 2011

The Kids Are All Right / Wszystko w porządku

Poziom: 1 * Oglądam / 23:49:52

Dwie mamy - Nic i Jules i ich dwójka dzieci - 18-letnia Joni i 15-letni Laser, żyją sobie w miłym domeczku, spokojnie i bez większych tarć. Nic jest ambitną i wiecznie zajętą lekarką, Jules niespełnionym architektem i właśnie rozkręca firmę projektującą ogrody. Sielankę burzy Laser, który z pomocą siostry odnajduje dawcę spermy. Biologiczny ojciec - Paul, właściciel ekologicznej hodowli warzyw i restaurator - okazuje się sympatycznym i miłym człowiekiem, nieco nieuporządkowanym i nieustatkowanym, wita nagłe pojawienie się nowej rodziny entuzjazmem i odkrywa, że całkiem fajnie byłoby mieć całkiem dorosłe już dzieci i fajną mamę obok. I już uporządkowana rodzina zaczyna mieć o jednego rodzica za dużo.

Uroczy, troszeczkę sielankowy, leniwy film prawie że familijny (bo z golizną, z pościelowymi akcentami i z mocniejszymi słowami), ładnie uzupełniony muzyką. Typowy film na festiwal w Sundance, z ciekawą obsadą - ostrą, apodyktyczną Anette Benning, artystyczną i nieuporządkowaną Julianne Moore i dziecięco dojrzałą Mią Wasikowską.

02 maja 2011

Dom zły

Poziom: 1 * Oglądam / 18:49:36

Doskonały, mocny i ciężki kryminał milicyjny, pełny brutalności, przekleństw, gierek i wielowymiarowego uwikłania. Wizja lokalna w opuszczonym i częściowo spalonym gospodarstwie w mroźnych Bieszczadach, pijany prokurator oraz grupa chętnych do wypitki milicjantów wraz z oskarżonym usiłują odtworzyć morderstwo sprzed 4 lat, kiedy to deszczowej jesiennej nocy zginęły trzy osoby. Pozoranci grający ofiary ochoczo polewają alkohol, a jedyna trzeźwa osoba, bo z esperalem - oficer prowadzący, w trakcie wizji rozwiązuje jeszcze dwie sprawy - kolejnego morderstwa oraz poważnych nadużyć gospodarczych w lokalnym PGR-e oraz ulega licznym naciskom ze strony aparatu.

Świetni aktorzy - Bartłomiej Topa równie tragiczny i przekonujący jak w "Kuracji" (również Smarzowskiego), mocny język (a to mnie się wydawało, że umiem kląć), a całość zaskakująca. "Wesele" mi się specjalnie nie podobało, odrzucało mnie tematyką, tutaj - choć w zasadzie ani skład aktorski się specjalnie nie różni, ani język, ani sposób postrzegania świata - wszystko składało mi się znacznie bardziej.

Wcześniejsze wpisy