02 lutego 2012
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:16:48
W Trójce była dyskusja o tym, kiedy jest "złota godzina", z najlepszym światłem, że godzinę po wschodzie słońca i godzinę przed zachodem. Dla mnie w mieście każde światło jest dobre. Byle by było.

Odbudowuję kawałki dzieciństwa. Do dziś pamiętam, jakie książki miałam. Pamiętam te, które rozsypywały się z zaczytania i były sklejone taśmą, która po latach ciągnęła się cieniutkimi nitkami kleju przy odrywaniu. I jakoś przytłacza mnie wybór książek współczesnych. Nie chcę wchodzić w kilometrowe serie, w zeszyty z naklejkami, w brandy - w Miffy, strażaka Sama i świnkę Peppę. Szukam książek starych, niekoniecznie pierwszych wydań, ale takich, które zapadają w głowę. Których ilustracje się zapamiętuje. Wiem, kupuję teraz książki dla siebie, ale czuję się jak dziecko, kiedy otwieram nieznane mi wcześniej tomy Saska czy znaleziony w antykwariacie[1] tomik Winklowej "Śmiesznie makaron rośnie" z ilustracjami Wandy Orlińskiej. Mam naiwne przekonanie, że wykreuję córce w jej życiu miejsce na te książki. I inne.
[1] Wydawało mi się, że już wyczerpał się urok antykwariatów, że wygodniej wyklikać. Ale jednak. W zimowy dzień, kiedy już można założyć z powrotem zaparowane okulary i zdjąć rękawiczki, fajnie pobyć w antykwariacie. Mogliby jeszcze kawę dawać. Chociaż oczywiście zawsze można pójść gdzie indziej na herbatę z cytryną i syropem malinowym. To był dobry dzień i dobra herbata.
Wyświetl wpis
29 stycznia 2012
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 21:41:34
Dawno, dawno temu Otfried Preussler napisał uroczą książeczkę o tym, że pewna 127-letnia czarownica miała w rok zostać Dobrą Czarownicą. A w Teatrze Animacji w Zamku można było o tej czarownicy obejrzeć przedstawienie. Pierwszym założeniem, jakie zrobiłam, było "w każdej chwili możemy wyjść". I tu niespodzianka - pół widowni zajmowały dzieci, a ćwierć - zupełne maluchy. Można było biegać dookoła widowni w czasie przerwy, kiedy świecą jampki, mama, ziejone, niebieskie, cierwone i ziójte, a kiedy zgasło światło i zagrała muzyka, można było wydawać radosne okrzyki, klaskać, śmiać się i tańczyć. Rozsądny kruk tłumaczył czarownicy, jak ma postępować, czarownica tańczyła i skakała, ale uczyła się powoli, że miło być dobrym. Minimalna scenografia w ogóle nie przeszkadzała dziecku, przecież wiadomo, że miotła może być drzewem, a aktorka niosąca lalkę jest złą ciotką Rrum-Brum-Trrach. Sama mam mieszane uczucia co do spektakli teatralnych - nie umiem poczuć, oglądam technikę i scenografię; tymczasem pierwszy raz z dzieckiem jest świetny, świeży i głęboki. Maj wierzy w historię, powtarza: udało się, mama, ciarownici i abjakadabja! i nie zastanawia się, jak aktorzy dają radę nie roześmiać się po którymś dziecięcym komentarzu z widowni.
Dawno nie byłam w Zamku w dzień. A warto. Bo wieczorem i nocą to ponure korytarze, ciemne sale i odgłos kroków w oddali. W pełnym słońcu jest ciepłe drewno, rzeźby i schody pod sam dach.



Wyświetl wpis
26 stycznia 2012
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 22:58:58
Zaparowana szyba, zamknięty przejazd kolejowy, słońce i poranna mgła. Wystarczy kilkanaście sekund, żeby mieć poczucie bycia tu i teraz.
Stacje kolejowe mają coś w sobie, zwłaszcza jak się patrzy od strony zaplecza.
Wyświetl wpis
16 stycznia 2012
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:49:53
Ostatnio wszędzie je widzę.
Wyświetl wpis
14 stycznia 2012
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 00:06:18
Mówią wyraźnie, umieją świetnie opowiadać, robią co 45 minut przerwę, podczas której puszczają filmy (dziś zawiesiłam się po raz nie wiem który na bohaterze tragicznym - wiewiórze z "Ice Age"), o 15 wyjmują czekoladki i oznajmiają, że tego nam wszystkim potrzeba. Za oknem słońce przeplatane deszczem, a kto nie nosi aparatu, ten głuptas.
Wyświetl wpis
09 stycznia 2012
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto / 21:21:26
Się buduje. Tymczasem ciekawa jestem, czy ktoś wpadnie na pomysł zagospodarowania fantastycznego, urokliwego dojścia z ulicy 23 Lutego (skądinąd, podoba mi się idea mówienia "idę z 23 Lutego na 27 Grudnia", możliwe chyba tylko w Poznaniu) do nowopowstałego zamku. Od kiedy pamiętam, za brzydkim płotem były krzaki i drzewa i ścieżka, obiecująco prowadząca "gdzieś w górę". Może więc, drogie miasto?
Maj wszedł w świat dialogu z pluszakami. Podpuszczamy go nieco, włączając w samochodzie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Lady Pank i powodując liczne pytania z tylnej kanapy: "Ciemu nas tam nie ma, mamo? Bo zia daleko?". Wczoraj odbiłam pytanie: "No właśnie, czemu nas tam nie ma, Maju?" i usłyszałam: "Wewióko, ciemu nas tam nie ma?".
Poza tym TŻ mnie po raz trzeci ograł w Memory, a ryba w Palmiarni ochlapała.
Wyświetl wpis
30 grudnia 2011
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 23:55:50
Jest ciemno. Wszystko jedno, czy 7 rano, 9 czy 13. Zapominam aparatu, mimo że idę na lancz na Kwiatową; nie szkodzi, bo i tak jest szaro. Najfajniejsze w tym jest, że jednak dzień się robi coraz dłuższy i już za jedyne 4 miesiące będzie normalniej.
Wypełzliśmy do Cafe Bebe. O jakości lokalu może mówić to, że młodzież nie chciała go opuścić i wyrażała czynny sprzeciw, mimo że w domu czekały balony ("proszę posłuchać, wkładam do balona trochę specjalnego żelu, żeby był dłużej trwały, nie jest toksyczny, ale jeśli pani chce wdychać hel, jak klientki przed chwilą, to nie będę żelu wkładać") i galaretka z truskawkami. Zagroda dla maluchów, sala dla starszych (kredki, tunel, samochodziki, pluszaki i piłki), dla rodziców kawa i ciasto (a porcja jak dla mamuta, więc). Na ścianach hipnotyzująca żaba, róż i biel, zupełnie inaczej niż dookoła. Bo dookoła mrocznie i gotycko, Strzelecka, Rybaki, ciemne bramy, ostre wieżyczki i wspomnienia po studenckich czasach, kiedy z wtedy jeszcze nie-TŻ, ale już coś na rzeczy było, wspinaliśmy się na pewien strych i w całkowitej ciemności słuchaliśmy "Disintegration" The Cure. Do rana.
Wyświetl wpis
21 grudnia 2011
Poziom: 1 * Czytam * Moje miasto / 22:18:58
1988, Jarocin. Państwo pozwala młodzieży na wentyl bezpieczeństwa w postaci festiwalu "darcia papy", ale oczywiście pod czujnym okiem. Szkoła w Szczytnie wysyła ekipę młodych chłopaków na okoliczność, mają wtopić się[1] w tłum i udawać żądną punkowej muzyki młodzież. Kapral Mariusz Błaszkowski okazuje się być więc właściwym człowiekiem we właściwym czasie i na właściwym miejscu, bo nagle trafia na zbrodnię. W namiocie zostaje znaleziona martwa dziewczyna z głową rozbitą młotkiem i tylko dzięki tupetowi Błaszkowskiego udaje się miejsce ochronić przed dziwnie zachowującymi się esbekami, którzy chcą szybko sprawę zatuszować. Tymczasem w Poznaniu jeden z pracowników starego kumpla Mirka Brodziaka, Grubego Rycha, zostaje napadnięty i okradziony z dziennego utargu waluty uzbieranej od cinkciarzy. Gruby Rychu nie próżnuje, bierze sprawę we własne ręce, do potencjalnego złodzieja wysyła swojego goryla, niestety w efekcie na śmietniku jednej z menelskich kamienic w centrum zostaje znaleziony kolejny trup z dziurą po młotku w głowie.
Teofil Olkiewicz, były funkcjonariusz SB, oddelegowany na stałe do milicji, znawca poznańskich piwiarni, chciałby tylko się spokojnie napić wódki (i żeby żona nie goniła go na działkę do pracy). A tu wloką go do Jarocina, gdzie w śmierdzącej knajpianej toalecie trafia na hippisa, który chce młotkiem stuknąć narkomana, a potem opierdzielają, bo hippisa wypuścił, tylko młotek mu zabrał. Co gorsze, zamiast wracać ze zwłokami dziewczyny, robią na miejscu śledztwo i każą mu na pełnym dziwaków polu szukać narkomana. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się kapitan Galaś z SB i nagle zaczyna od Teosia wymagać zapomnianego już obowiązku raportowania, Olkiewicz się irytuje i leje go w pysk, co ma potem spore konsekwencje i dla śledztwa i dla Olkiewicza.
To historia o narastającym podziale i w społeczeństwie, które nie boi się powiedzieć, że nie szanuje milicji (a poderwane przez Błaszkowskiego i Zawadę na Półwiejskiej "mele", kiedy dowiadują się o tym, że chłopcy mają legitymacje, wychodzą bez zastanowienia), i w samych służbach. Tu podział jest na tych "dobrych", którzy prowadzą zgodne z prawem śledztwa, szanują podejrzanych i przesłuchiwanych, może i mają wady, może i czasem wchodzą w szarą strefę, ale jednak pozostają w świetle ideałów i zapisów prawa, i na tych bardzo złych, którzy nie zawahają się zatrudnić ćpuna, żeby zabił kogoś znanego, a do przesłuchań podchodzą z pałką.
Trochę historii jarocińskiego festiwalu, szczegółowa mapa poznańskich piwiarni i malowniczych okolic ulicy Rybaki, przegląd asortymentu na poznańskich rynkach, rzut oka w biznes dolarowy i samochody sprowadzane z Niemiec. I soczysta, poznańska gwara - wszystko, za co lubię Ćwirleja.
Ładną recenzję znalazłam tutaj.
[1] Co jest trochę trudne, bo wszyscy zostali wyekwipowani w takie same namioty, plecaki i śpiwory z logo MSW.
Cały cykl:
#78
Wyświetl wpis
18 grudnia 2011
Poziom: 1 * Czytam * Moje miasto * Z fotkami / 12:56:24
Mam dużo zastrzeżeń co do szumnie zapowiadanej wystawy w Muzeum Narodowym, ale cieszę się, że w ogóle się odbywa. Z kuluarowych opowiadań wiem, że z zapasów muzeum dałoby się zrobić taką wystawę na kilka sal (a nie na jedną) i niekoniecznie w większości z artykułami wyprodukowanymi współcześnie. Miałam poczucie, że równie dobrze mogę przejść przez sklep Rosenthala z katalogiem. Nie zmienia to faktu, że bardzo bliska są mi wzornicze idee szkoły Bauhausu i nieustająco mnie bawi i cieszy, że modele stworzone w latach 20. okazały się tak ponadczasowe, że są do dziś produkowane i nie wyglądają archaicznie. To dla mnie kwintesencja mariażu użyteczności z estetyką. Ze wszystkimi zastrzeżeniami, i tak warto wydać te skromne 3 zł, żeby rzucić okiem na - niestety ciemną - salę wystawową.


W Antykwariacie Naukowy na Paderewskiego znalazłam od dawna poszukiwane tomiszcze Danuty Książkiewicz-Bartkowiak i Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak "Bony dzwony betony. Poznań w latach 70. XX wieku". Za piękną, pasiastą okładką znalazło się 350 zdjęć z życia codziennego Poznania, z bogatym komentarzem dotyczącym tła tego, co widać na zdjęciach, ze wstępem m. in. Zenona Laskowika. Smutna historia celowo zaniedbanych i wyburzonych kamienic w okolicy Okrąglaka i Teatru Polskiego przeplata się z przyznawaniem kolejnych orderów przodownikom pracy i skrzywionym po wypiciu szklaneczki napoju Edwardem Gierkiem. Święty Marcin jest bardziej kolorowy niż dziś dzięki neonom i PRL-owskim ozdobom ulicznym. Jest jeszcze nadzieja, że plany zabudowy obu tarasów Rataj i Winograd okażą się projektem, który zachwyci nie tylko mieszkańców, ale i całą Polskę. Front robót, towary deficytowe, przejście z porcelanowych korków na butelki kapslowane, spodnie dzwony od znanego krawca Muzolffa i decydenci; słodko-gorzki świat udawania, że jest dobrze. Świetny album dla tych, co wolą oglądać niż czytać. Teraz szukam poprzedniego - "Ortaliony, neony, syfony", bo trzeba mieć jakąś długofalową misję.
Wpadłam też na szatański plan zakończenia wszystkich porozpoczynanych książek, a jest ich mnóstwo, ale nie wiem, czy mi się chce.
Wyświetl wpis
13 grudnia 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z głowy, czyli z niczego / 19:36:18
Tegoroczny Festiwal Rzeźb Lodowych poza tym, że było ciepło i cykl życia rzeźby nie był specjalnie imponujący, upłynął za to pod znakiem narzekania na werdykt. Twórcy poszli w populizm i poza zwyczajowymi aniołkami, bałwankami, damami (i huzarami) była nadprodukcja elementów związanych z piłką nożną i nośnym hasłem "Euro 2012". Przy prawie każdej rzeźbie (a zwłaszcza tych medalowych) stał ktoś niezadowolony i narzekał, że czemu piłka nożna, za moich czasów święta to były święta. I sędzia kalosz. A na choince miasto, które know how*.
Nie przedzierałam się przez stragany, chociaż zapach grzanego wina czuć było wszędzie, ani nie wciskałam się w tłum, w którym skąpo ubrani młodzieńcy żonglowali ogniem. I, wstyd powiedzieć, wszystko, co mogłam, napisałam rok i dwa lata temu.
Więcej zdjęć:
z 2011, a tu archiwalia z 2010 i 2009.
Wyświetl wpis
12 grudnia 2011
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 18:44:39
Lubię ludzi z pasją. Ludzi, którzy są na tyle zafascynowani tym, co robią, że czekają na ciebie, witają cię w drzwiach i od razu anonsują, że dziś jest fantastyczny sos z prawdziwków i domowy rosół. I tak jest w restauracji Paderewski, jak sama nazwa wskazuje na ul. Paderewskiego z widokiem na Rynek i, niestety, na wiecznie obitą deskami ruinę dawnego 5-10-15 na rogu.
Domowy makaron (w świecie znany jako fresh pasta), świeże warzywa, dania dnia (żeby się klientom nie znudziło menu) i czasem domowe ciasta (pytać, bo szybko schodzą). Z głośników podczas pierwszej wizyty usłyszałam soundtrack z "Apartamentu", a to dla mnie taki znak od świata, że będzie dobrze (tak, wystarczy, że w sklepie usłyszę ulubioną piosenkę i karta sama mi drży w portfelu). Jest regał z książkami, również kucharskimi, nie ma natomiast kącika dla dzieci, ale myślę, że da się o to lobbować. Wadą też są strome schody (podobna lokalizacja architektoniczna jak w Ptasim Radiu), bo restauracja jest na piętrze i nie ma alternatywy.


A w niedzielę dekorowałam z Majem pierniki. Wprawdzie moja córka była najmłodsza, ale nadrabiała mikry wiek rozmachem (ogromnie się cieszę, że to nie ja musiałam potem sprzątać te wiórki kokosowe i posypkę z dużej powierzchni) i inwencją twórczą. Groszki układałam ja.

A w następnym odcinku o Festiwalu Rzeźby Lodowej, jak będzie zapotrzebowanie społeczne. Będzie?
Wyświetl wpis
09 grudnia 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:54:05
Staram się specjalnie nie egzaltować, ale rzadko mi się zdarza, że po wejściu do przybytku kulinarnego wpadam w zachwyt, zwłaszcza w Poznaniu. Bywa ładnie, bywa spójnie, bywa ciekawie, ale raczej na pół gwizdka. Tymczasem w Manekinie, mieszczącym się w jednocześnie zaniedbanej i odnowionej pod linijkę okolicy Kwiatowa-Rybaki, gdzie obok siebie stoją odrapana i zabezpieczona siatką ruina oraz kremowa, bielejąca świeżymi drewnianymi szprosami okien świeża kamienica, jest jak we śnie projektanta wnętrz. Trzypoziomowy lokal (niewielka sala na parterze, za to bez schodów), antresola z barem nad białymi rurami nad kuchnią i kilka sal w piwnicy. Wszystko z motywem przewodnim (przy którymś manekinie zaczęło mi świtać, że to może mieć coś wspólnego z nazwą), z ażurami, drewnem, z umiejętnie wprowadzonym kolorem, tam gdzie trzeba. I, jak wspomniałam, miało być bez egzaltacji, ale odkrywając kolejne sale byłam coraz bardziej zachwycona.


Patentem dnia jest dla mnie manekin siedzący z kawą przy oknie. Też chętniej wchodzę do lokali, w których ktoś siedzi, zwabiona popularnością. Tutaj nie trzeba liczyć na stałą klientelę, plastikowa pani zawsze na posterunku.

W menu[1] przeważnie naleśniki, również z ciasta ziemniaczanego, aczkolwiek nazwanie ich naleśnikami jest pewnym nadużyciem semantycznym. To naleśniory, zajmujące duży talerz, mimo że dodatkowo są złożone w gustowny kwadrat. W środku może być wszystko - wege, z mięsem, wytrawne czy słodkie. Owszem, długo się czeka, ale warto. Nie wiem, czy są foteliki dla dziecka, podobno jest kącik z zabawkami, ale tak głęboko nie dotarłam. Ale wrócę, bo - jak w przypadku Pyrabaru - mam ochotę na sprawdzenie, czy wszystko w karcie jest tak dobre jak naleśniki z nadzieniem ruskim z podsmażonym boczkiem.
[1] Są też sałatki, zupy, desery - m.in. organiczne lody z syropem z agawy. TŻ ubolewa, że nie ma hamburgerów; mówi, że będzie lobbował.
Wyświetl wpis
27 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:31:33
Pełno ich w Starym Browarze.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 13:43:24
Zbierałam się prawie miesiąc do tej notki, bo mnie samej nie podobało się poczucie straty, jakie poczułam, kiedy zobaczyłam odnowiony Dworzec Letni. Kiedy go odkryłam w piękne letnie popołudnie, zachwyciło mnie piękno pod zniszczeniem, pod resztkami obłażącej farby, pod graffiti.
Teraz jest gładko, jak od linijki, świeża farba, zniknęły zarośla, butelki po śniadaniu pitym w bramie, szary budynek dostał nowy, łososiowy kolor. Tyle że przez to stał się zwykłym kawałkiem zabudowy dworcowej, nijakim i bez wyrazu. Nie wiem, czego się spodziewałam - może ta dzikość otoczenia, trawa, piach i krzaki jaśminu dodawały uroku, którego nie dodaje równa kostka? Ładnie, funkcjonalnie i czysto, ale nie ma duszy. Odchodzi osobowy do Kołobrzegu, ding dong.


Widzicie?

Wyświetl wpis
19 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto / 13:55:11
Good Wife to jeden z moich ulubionych seriali, m. in. o tym, że przypadkowo wykonana czynność może się odbijać w najmniej oczekiwanym momencie w życiu, a rola spin doctora nie jest specjalnie łatwa i wdzięczna. W jednym z ostatnich odcinków jeden z kandydatów do senatu miał na FB kompromitujące zdjęcie, na którym zaspokajał oralnie figurę karykaturalnie wyszczerzonego Świętego Mikołaja i trudną pracą było określenie, jak podać ten efekt zabawy z czasów studenckich w taki sposób, żeby spowodować najmniej strat (i uniknąć przydomka "Santa is coming!" bądź "Santa's Little Helper").
Rzutem na taśmę przejeżdżaliśmy chwilę przez zamknięciem ulicy Niepodległości, ponieważ całe centrum uzbroiło się na pokojowy Marsz Równości. Pod budynkiem Akademii Ekonomicznej siedzą na fotelach posągi pana Zakrzewskiego i Taylora. W korku posuwamy się (pun intended) wolno, mijamy kolejne grupki szykujące się na manifestację, robiące sobie zdjęcia. Dojeżdżając do pomnika Taylora widzę kręcących się przy nim dwóch szeroko uśmiechniętych młodzianków, jeden z aparatem. Czy muszę precyzować, w jakiej pozie akurat był drugi? (Tyle że profesor Taylor nie wykazywał zainteresowania potencjalnym fellatio, w przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej Mikołaja).
Wyświetl wpis
11 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:22:56
Unikając zadrażnień międzyregionalnych, oględnie powiem tylko, że według mnie o wiele lepiej czuć się niepodległym, kiedy się ma paradę z jeżami, panią sprzątaczką, brązowymi konikami, wszędzie są balony, dzieci na barana na ramionach rodziców (czemuż, ach czemuż moich, skoro tatuś wyższy i silniejszy od mamusi?) i unosi się zapach rogali[1]. Jedyne akcenty militarne to panowie w zabytkowych mundurach, zielonoszary sprzęt, karabiny, z którymi niedorostki robią sobie zdjęcia, bo to zabawa, a nie wojna. I słój kiszonych obok kuchni polowej. Na zdjęciach widać, że ulica Święty Marcin powinna być deptakiem, że powinny zniknąć z niej banki, bo ludzie chcą wychodzić i się spotykać, nawet jak jest zimno[2].





[1] Wszyscy pisali o rogalach, więc posłużę się pięknym - zarówno graficznie, jak i treściowo - rogalowym i poznańskim do samego nadzienia wpisem Komarki; kim był Święty Marcin, czemu z białym makiem i ile ważą. I tak - te od Koperskiego są jednymi z lepszych.
[2] Ale jest słońce. Słońce jest ważne.
Wyświetl wpis
09 listopada 2011
Poziom: 1 * Czytam * Moje miasto * Z fotkami / 23:14:29
Ostatnio tylko siedzę. Nawet staram się nie myśleć, bo wtedy robi mi się przykro. Wyrostek robaczkowy, koło zapasowe w bagażniku w nie wiadomo jakim stanie, któryś tam migdał i te wszystkie inne rzeczy, które mogą być, póki się nie zepsują. Za oknem mgły i listopad, czasem pachnie lukrecją. Skończyłam po raz któryś "Dolinę Muminków w listopadzie" i nawet jeśli Homek rzeczywiście wyszedł na pomost, żeby przywiązać świecącą sztormówką łódkę do pala (a umówmy się, że jednak wszyscy inni wrócili do domów, bo jakoś nauczyli się lepiej sobie układać życie i do tego tylko on widział Nummulita Radiolarnię), to i tak tylko można wierzyć, że to rodzina wróciła do domu z wieżyczką.
Ponieważ jest mi smutno, to w nagrodę dam sobie #70. I za dzielność.
Zdjęcie wiadomo gdzie.
Wyświetl wpis
08 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:18:13
Idę stąd dotąd. Jadę tam, potem z powrotem. Nie zatrzymuję się, chyba że na światłach. Ale czasem muszę mieć 10 minut dla siebie, bez względu na wszystko. Tak jak tu:



Wyświetl wpis
07 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 19:08:52
Czasem jest tak, że jest jakieś miłe miejsce, ale z różnych przyczyn jest zawsze second choice, mimo że samo w sobie ma wszystko, co trzeba. I tak mam z Filigrando w Starym Browarze - przegrywało najpierw z włoską restauracją w starej części, gdzie dają najlepszą sałatkę z tuńczykiem, a potem z Taste Barcelona, dopóki było. Tymczasem to doskonała kawiarnia Gruszeckiego, z opcją na śniadanie czy lekki lancz. Bagietki na ciepło, jajecznica, śniadania tradycyjne (do wyboru z kiełbaskami, muesli i twarożkiem), doskonała kawa. Lubię też zestawienie prowansalsko-pastelowych ścian w pasy (te dekoracje z pudełek na jajka!) z niepokojącą, prawie lynchowską podłogą w czarno-białą kratę.
I to całkiem fajne miejsce na ukradkową randkę z TŻ w całym środku miasta, zaraz przed kupowaniem szarych mikrorękawiczek z różową aksamitną kokardą i podobnego dresiku w rozmiarze 98 cm.



Wiem, wiem, wpisuję się w kanon odświeżanych kotletów sprzed tygodnia, trudno.
Technikalia:
- Schody: nie ma, do SB można wjechać pochylniami i windami, tylko czasem trzeba jechać dookoła. W środku dość wąsko.
- Krzesełka dla dzieci: są, zabawek i kredek nie ma.
Wyświetl wpis
01 listopada 2011
Poziom: 1 * Moje miasto / 23:24:47
Jest takie miejsce na Wildzie, które przypomina Genewę - małe, szare, brukowane uliczki, kamienice, droga w górę, droga w dół, podwórka, przez które się przechodzi na place, gdzieś z tyłu za światem i frontem domu. Niestety, tu się kończą podobieństwa, bo na Wildzie uliczka obok mini-skwerku między dwiema ukośnie postawionymi kamienicami prowadzi tylko na pół dziki, ale płatny i czynny 24h parking, na którym z budki wybiega wściekły szary człowiek i zaczyna opieprzać nas za wjazd na parking. Że państwo bez pytania, że sami sobie wybrali, gdzie stanąć, no patrzcie, no. Że potrącili słupek, którego nie było zza maski widać, bo wjazd pod górkę. Że co sobie pan w ogóle wyobraża, że tak wjeżdża. Kłóci mi się to nieco z ideą parkingu i frontem do klienta, ale może dlatego, że rzadko na Wildzie bywam.
Skończyło się tak, że pan się obraził i nie chciał od nas pieniędzy za 15 minut parkowania, jakich potrzebowaliśmy, żeby kupić mielone w "Prosiaczku". Nie rozumiem, prawda?
Wyświetl wpis
30 października 2011
Poziom: 1 * Koty * Moje miasto * Z fotkami / 17:29:57
Najlepsze koty to - poza moimi - oczywiście dachowe, zwane krótkowłosymi europejskimi. Ale jak już do Poznania zjechał mi z całego świata tłum ludzi z tłumem miękkich, puszystych, kolorowych i pięknych kotów, to - mimo dotychczasowej niechęci - poszłam pokazać dziecku kotki (a przynajmniej tak to się oficjalnie nazywa, bo młodzież się znudziła po godzinie, a ja wróciłam następnego dnia). Niechęć trochę mi wystawa przełamała, bo koty wyglądały na znudzone i senne, ale nie zestresowane i w złej formie. Za kratami, ale to kraty dla ich komfortu.
Co fajne: że w Poznaniu. Że niektórzy hodowcy pozwalali głaskać puchate ślicznotki. Że były kocięta, bo zaprawdę kociak bengalski to widok wart wszystkich pieniędzy. Że było dużo ludzi i większość z dziećmi (miasto, zobacz - ludzie chcą wychodzić, zwłaszcza jesienią i zimą!). Że mnóstwo okołokocich gadżetów i karm lepszych niż te na w i k.
Co mniej: cena - przeboleję 20 zł za bilet dla dorosłego, ale trochę nie fair ściągać 15 zł za bilet nawet od kilkumiesięcznego pędraka na ręku. Zepsuty jedyny bankomat przed wejściem, a w środku wszystko za gotówkę; przypadek, ale słabe. Brak szatni - jest koniec października, kurtki i płaszcze, a w środku bardzo ciepło. Brak programu i chociaż orientacyjnej mapy stoisk w ramach biletu (nie domagałabym się wymienienia na mapie każdego kota, ale chociaż krajów i ras).
I pomiędzy: rozumiem chęć zapewnienia kotom bezpiecznego i chociaż nieco wyciszonego schronienia, ale owijanie klatki grubą, półmatową folią słabo się sprawdza, jeśli gawiedź chce kota sfotografować. Siatka, kraty - tak, z tym da się coś optyką zrobić. I flesze. Pierwszym obowiązkowym punktem w instrukcji każdego najmarniejszego telefonu, automatu i aparatu powinna być umiejętność wyłączenia lampy błyskowej. Tak, wiem, wtedy by się okazało, że w słabych warunkach oświetleniowych nie da się zrobić dobrych (czytaj: ostrych i kolorowych) zdjęć czymś mniej wyrafinowanym zrobić w ogóle. Nie, nie podoba mi się zachowanie pani, która błyska w oczy kotu i z chichotem wyjaśnia, że wie, że bez flesza, ale - hihi - nie umie wyłączyć. Pani pokazałam, ale wszystkim nie pokażę.


(Powstrzymam się od opinii na temat hodowli kotów jako takiej).
Więcej zdjęć.
Wyświetl wpis
29 października 2011
Poziom: 1 * Moje miasto / 10:45:35
Czemu? Po wizycie w maju umieściłam na blogu notkę (o treści aktualnie wykreślonej). Na początku lipca w serwisie citeam.pl ze sporym zdziwieniem odkryłam moje zdjęcia skopiowane z notki bez pytania. Zdjęcia zostały nadesłane do serwisu z komentarzem, że są "pobrane z internetu, bo na mocy [bliżej nieokreślonego] prawa unijnego można brać wszystko, co nie jest podpisane". Dotarłam do pracownika restauracji, pana FB, który emailowo sprawę zaczął wyjaśniać:
Przepraszam za zaistniałą sytuację. Zdjęcia osobiście znalazłem w internecie na stonie z blogiem. Z doświadczenia wiem, że Goście zarówno restauracji jak i pałacu w Popowie bardzo entuzjastycznie reagują na umieszczanie ich zdjęć zarówno na stronie internetowej jak i inne publikacje. Oczywiście jeżeli w tym przypadku jest innaczej zdjęcia jeszcze dzis znikną. Przykro mi, że musiała Pani w tej sprawie interweniować.
Jeszcze raz przepraszam i rozumiem Pani reakcję. Jeżeli zgadza się Pani na pozostawienie zdjęć(świetnych zdjęć!), proszę o przesłanie egzemplarzy podpisanych, niezwłocznie wymienimy. Kwestię dotyczącą rekompensaty jeszcze dziś przedyskutuję z właścicielem, który już został powiadomiony o całej sprawie.
Wyjaśniliśmy sobie kwestię entuzjazmu bez wiedzy, zdjęcia zostały podmienione (bo - uwaga - jestem człowiekiem z maksimum dobrej woli) i na tym sprawa - mimo mojego przypomnienia po tygodniu milczenia - się zakończyła. Nie lubię załatwiania spraw metodą zamiatania pod dywan, dlatego na początku października zmodyfikowałam notkę do stanu dzisiejszego, bo jakoś nie widziałam powodu robienia reklamy osobie, która na mnie i na moich umiejętnościach żeruje. I już po ponad 3 (słownie: trzech) miesiącach pracownik bądź właściciel restauracji (nie zapamiętałam nazwiska) nawiązał ze mną kontakt telefoniczny, w którym w tonie agresywnym oznajmił, że umieściłam w internecie treści obelżywe oraz że NIE MIAŁAM PRAWA robić zdjęć w PRYWATNYM MIESZKANIU i publikować ich na swoim blogu (i nie, nie było zakazu fotografowania, restauracja nie jest prywatnym mieszkaniem, a podczas robienia zdjęć był na sali kelner, który nie poinformował mnie, że zdjęć nie wolno robić; zresztą - jakoś trzy miesiące wcześniej wymowa e-maili była nieco inna). Na tym rozmowę zakończyłam, bo jakoś nie lubię wysłuchiwać pretensji, zwłaszcza od osoby, która łamie prawo. Kolejnych rozmów nie będzie.
I tak, szanowny pracowniku/właścicielu restauracji Pałacowa Spiżarnia Pałacu Popowo w Poznaniu, mogłeś nieprzyjemną sprawę kradzieży zdjęć załatwić szybko, pokojowo i małym kosztem, płacąc mi niewygórowaną kwotę za zdjęcia bądź zapraszając na kawę, proponując współpracę, cokolwiek. Moje zdjęcia zarabiały na restaurację w serwisie kuponowym, a ja w nagrodę dostałam telefon z pogróżkami. Świetny pokaz antyreklamy w działaniu, zwłaszcza w epoce fanpage'ów na facebooku, serwisów społecznościowych i wiary w polecanie.
Nie zamierzam usuwać ani poprzedniej notki, ani zdjęć. Cała sprawa jednocześnie budzi moje niesamowite zdziwienie tupetem i bezczelnością, budzi niesmak i każe mi powątpiewać w kondycję ludzkości. Miłego dnia, panie pracowniku/właścicielu restauracji Pałacowa Spiżarnia, jest pan z siebie zadowolony?
Pisałam już o tym w końcówce tej notki, ale jeszcze raz powtórzę: wierzę w dialog, w pozytywną reklamę, w polecanie miłych miejsc; da się ze mną rozmawiać.
Wyświetl wpis
19 października 2011
Poziom: 1 * Listy spod róży * Moje miasto * Z fotkami / 16:59:05
Świeży, tegoroczny, pachnący farbą, must have dla każdego mieszkańca Poznania i okolic. 10 tras po znanych (Rogalin, Kórnik, Szreniawa, Gniezno) i mniej znanych (Puszczykowo, Zaniemyśl, Kalisz) miejscach w okolicy; trasy są ciekawe, do każdej dołączona mapka i lista miejsc, które warto zobaczyć. Kilka smacznie się zapowiadających się namiarów na restauracje, kilka podpowiedzi, które znacznie poprawią możliwości zwiedzania - ot, nie wiedziałam, że w ramach biletu do skansenu w Szreniawie jest wstęp na wieżę widokową, skąd widać panoramę Poznania (a w kasie nikt nie wspomniał). Niezłe zdjęcia, sporo adresów i telefonów, zaznaczone miejsca z dostępnością dla niepełnosprawnych i przyjazne dzieciom.
Wada - nie rozumiem kryteriów wyboru miejsc, a jakieś musiało być, bo spacerownik pomija sporo z nich, które według mnie są warte obejrzenia - ot, Będlewo, Owińska (i cały szlak cysterski), Czerniejewo, Iwno czy Krześlice. Ba, nie ma słowa o Rydzynie czy Gołuchowie, do którego łatwiej dojechać niż do Lichenia i mają więcej walorów poznawczych niż sanktuarium. Niespecjalnie narzekam, bo nie znam lepszego wydawnictwa niż to, ale chętnie bym kupiła dwa razy grubsze i bardziej kompletne. Czy Agora mnie słyszy?
I rodzynek (normalnie Breaking Bad Pyrlandia Edition):
Wyświetl wpis
15 października 2011
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 23:51:30
Pierwszy lakier na małym paznokietku nieco przereklamowany, albowiem ciężko wytłumaczyć dwulatce, że trzeba poczekać, aż wyschnie. Więc w efekcie jest lakier na paluszkach, na poduszce i na odzieży. Bez efektu wow.
Ale ja nie o tym. Nagła zmiana pogody przyniosła mi L4 i poczucie, że jestem marnym żuczkiem, którego przerasta wejście po schodach na pierwsze piętro. I nie dla mnie jesienne liście, mgły o poranku, słońce sugerujące +2 stopnie za oknem, tylko syrop, tabletki na drut kolczasty w gardle i aspiryna (i czosnek, dużo czosnku). I kiedy już przestałam widzieć w lustrze zapuchniętą strzygę, a zobaczyłam człowieka, poszłam zdrowieć w ciepłe. Do Palmiarni.

Za każdym razem zdumiewa mnie, że są inne kolory, że inaczej pachnie, że zauważam inne rzeczy niż poprzednio (ot, nigdy wcześniej nie widziałam szaro-burego pręgowańca, przemykającego pod ławeczkami), że teraz w "7 kontynentów" można dostać śniadania. Małe rzeczy. Chcę oranżerię, chyba kiedyś wspominałam.

Złapałam się też na tym, że przestałam myśleć. Podróżuję od-do, wykonuję, mam listę rzeczy, czasem nieprecyzyjną, ale boleśnie powtarzalną. Sprawdzam, wkładam, suszę, zamiatam, składam. I trudniejsze - przytulam, próbuję rozumieć, nie wpadam w irytację, znajduję radość z rzeczy nienadzwyczajnie porywających. Jeszcze się nie nauczyłam, że stracone okazje się powtórzą, że zachód słońca będzie tak malowniczy i za tydzień czy za dwa lata i wtedy może. Żarłocznie czytam cokolwiek, niestety zwykle tęskniąc za tekstem porywającym i wprowadzającym w ten stan, że muszę przewrócić kartkę, żeby zobaczyć, co dalej. Mało casu, kruca bomba. I nie, rozwiązaniem moich problemów nie jest nowy, lepszy depilator, płukanie zatok czy wyklikanie biletu. Wiosna - tak.
Więcej zdjęć.
Wyświetl wpis
05 października 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami / 21:45:59
Pisałam już o tym, że znowu mi się ulało. Płacę za parking i parkuję niekoniecznie aż pod samym miejscem docelowym, bo lubię chodzić, zwłaszcza w mieście. Nie boli mnie to, mogę. I nie rozumiem, czemu miejsc, które są ładne, zabytkowe, odwiedzane przez turystów, nie pozbawić wątpliwej ozdoby w postaci parkujących wszędzie samochodów. Dostawczaki mogą podjechać, wyładować i odjechać, mieszkańcy mogą mieć zniżkę na parking podziemny. Ale nie, przecież. Stałam dzisiaj kilka minut, patrząc na fantastyczne światło na ulicy Klasztornej i czekając, aż przejdzie pani, pan, przejedzie samochód, przejedzie kolejny... o, nie przejechał, stanął, zasłaniając część ulicy, kierowca wysiadł, zapiszczał zamkiem i poszedł. I tyle mojego czekania. Nie lubię, jestem zła i rozczarowana. Dlatego też kibicuję planom zrobienia z Wrocławskiej deptaka oraz budowie obleśnie w tej chwili wyglądającego parkingu obok pałacyku Anderschów. Bo potem może będzie ciut lepiej.


Dziś był dobry dzień. Wąchałam książki w księgarni Powszechnej i wyszłam z nowym Spacerownikiem Wielkopolskim (i małym drobiazgiem teoretycznie dla Maja, ale chyba jednak dla mnie). Dostałam michę pysznego cacika w nowej tureckiej restauracji na Wielkiej, a TŻ-u skubnęłam nieco doskonałego kebabu. Świeże warzywa, dobre gołąbki w liściach winogron, ajran i - trochę niestety - turecka muzyka. Ale i tak.
Wyświetl wpis