02 września 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:18:45
W kościele na środku nawy stoi bar, a dookoła fotele i stoliki. Na galeryjce są organy i restauracja. A w piwnicy klub. Na ścianach dalej widnieje 10 przykazań, witraże na oknach nieodmiennie wyświetlają kolejne wersety z Pisma, a w karcie fish&chips i Guinness.



Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 21:50:01
Na kamienistej plaży w Killiney przypomniał mi się rysunek Minkiewiczów, gdzie to Albert pierwszy raz zobaczył morze, a morze pierwszy raz zobaczyło Alberta. Nie było muszelek, ale były różowe, zielone, szare i pasiaste kamienie.
A poza tym dolce far niente (przerywane koniecznością wyjęcia małoletniej kamieni z paszczy).

Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 00:17:22
Sam Trinity College jest archetypowym marzeniem TŻ-a o kampusie - stare budynki, trawa, na której można leżeć i leniwie jeść sandwicza nad skryptem, biegać, jak kto musi, a wieczorem wyjść za mury i iść do najbliższej knajpy, których w okolicy nie brak. Na wizytę w starej bibliotece się spóźniłam, ale nie szkodzi, wrócę (a i przyznam, że nie chciało mi się stać w tłumie). Przejrzałam się za to w złotej kuli.

Wyświetl wpis
01 września 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:05:40
Nie mam ciśnienia, żeby z przygotowanej wcześniej listy pieczołowicie odkreślać kolejne punkty na mapie, bo bardziej chyba lubię te listy przygotowywać niż z nich korzystać potem. Spacery po Dublinie wyszły bałaganiarsko, redundantnie, spóźnialsko (nie zdążyłam do pięknego sklepu z serami na Anne Street ani do Long Library w Trinity College, a obok pięknego budynku poczty głównej przeszłam nie rejestrując, że to miejsce, do którego chciałam wejść, bo zdjęcie oczywiście zrobiłam), ale jest w tym sporo leniwego, dublińskiego uroku.
Zwykle oglądam miasto patrząc od pierwszego piętra w górę, bo dół jest zwykle brzydki, szary, przaśny, stoją samochody, a na chodniku leżą śmieci. Tutaj nie. Na dole są kolorowe irlandzkie puby, obowiązkowo obwieszone koszami kwiatów, wszystkie podobne, ale każdy jest inny i równie ładny.


Na dole są drzwi. W monumentalnych rzędach szarych albo ceglanych zdobionych gzymsami kamienic, obudowanych trawniczkami i podobnymi płotkami, są wszystkie możliwe kolory drzwi - jaskrawo czerwone, w kolorze fuksji, różu, jadowitej żółci, ciemnej szmaragdowej zieleni, eleganckiego brązu i nasyconego granatu. Zastanawiam się, czy właściciele szukają koloru najmniej podobnego do tego, jakim sąsiad swoje drzwi pomalował.


Na dole są bezdomni i ludzie zarabiający na ulicy. Nie wszyscy siedzą i patrzą w ziemię, dziękując dźwiękowi monet wpadających do kubka. Pani pod Uniwersytetem grała na harfie. Spotkany na skrzyżowaniu zamyślony Murzyn, w skupieniu notujący coś w notesie, oceniony przez TŻ jako kaznodzieja, okazał się być saksofonistą, grającym pod sklepem Laury Ashley. A pieczołowicie cyzelowane kredą na chodniku życzenia do losu i przechodniów są ujmujące.

Lubię ulice Dublina.
Wyświetl wpis
31 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:47:23
W wersji big - kiełbaski, jajko sadzone, bekon, fasola w pomidorach, black pudding (sucha kaszanka), white pudding (taki salcesonik), smażone grzyby i czymś tam miziane pomidory. W wersji small - kiełbaska, jajko i smażony bekon (pomidora się skrzętnie pozbyłam). Dodatkowo grzanki i słone masło. Naiwnie zawinszowałam sobie jeszcze scone (monstrualną kruchą bułę z rodzynkami), do którego dostałam dżem, śmietanę i masło (nie wiem, czy słone), ale zapomniałam dodatkowego żołądka i z żalem większą część zostawiłam.

Promenada w Bray - osom. Taka archetypowa uliczka przy morzu, którą powinny przejeżdżać zabytkowe automobile, spacerować panie z parasolkami i w krynolinach, a w zimnej wodzie kąpać się panowie w pasiastych kombinezonach do kostek.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:32:02
Kiedy czytałam "Zaczarowany zamek" Edith Nesbit, na podstawie ilustracji Szancera i tego, co mi po lekturze zostało w głowie, wymyśliłam sobie dwór w Powerscourt. Masywna bryła, szary kamień, wieżyczki, okna, tajemnicze drzwi z kołatką, a dookoła ogromny park z rzeźbami[1], które u Nesbit ożywały w świetle księżyca i ogrody takie, że nie starczyło mi karty w aparacie, więc sami rozumiecie. Więcej zdjęć będzie, ale za czas jakiś.



Specjalnie dla Hanki nieco upośledzone (u Valwita niepewne) lewki (miałam straszną wizję, jak ten doniczkowy budzi się, próbuje zaryczeć, orientuje się, że w paszczy ktoś mu zamontował kółko, robi przeraźliwie zdziwioną minę, wypluwa i zaczyna wylizywać łapę, żeby zaakcentować, że tak miało być:

Ogrody skomentowało przechodzące przez rozarium dziewczę, słowami "It's like roses, so what". Mnie w każdym razie smakowało. Podobnie jak śniadanie w sali z kryształowymi żyrandolami (można na tarasie, ale wiało jak to w Irlandii). Wzruszył mnie cmentarz dla zwierząt - nie tylko psów, bo i rasowe krowy miały swoje gustowne nagrobki.

[1] I chyba nieodłączne pola golfowe, bo jakoś trzeba zameczek utrzymać. Nie przeszkadza mi to ani to, że we wnętrzach zamku są sklepy z mydłem, powidłem czy na przykład meblami, gdzie znalazłam dla siebie fotel, który chciałabym NAOW.
Wyświetl wpis
29 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 23:31:47
Po raz trzeci zmierzyłam się z konceptem WP, że na świat z samolotu patrzy się oczami Boga. Za pierwszym razem cynicznie wyśmiałam, za drugim ostatecznie i z blazą zgodziłam się, że w biznes klasie całkiem całkiem, ale dziś - wstyd się przyznać - mózg mi zalał #budyń i było transcendentalno-mistycznie. Na moim ramieniu usypiała błogo wypełniona mlekiem[1] i ściskająca pluszową żyrafkę bezpieczeństwa córka, za oknem świat stawał się coraz mniejszy i coraz bardziej odległy, a ja ze łzami w oczach[2] myślałam, że to najlepsza rzecz na świecie tak po raz pierwszy wznosić się w niebo z małym Majem, który wprawdzie nie partycypował w cloud-spottingu i patrzeniu na miniaturowe domki i drogi, ale BYŁ, posapywał i ciumkał sobie leniwie zatyczkę od czasu do czasu. Zdjęć nie ma, bo - jak już kiedyś wspomniałam - nie mam trzeciej ręki, a i możliwości manewru walizkowego w Ryanair dość słabe. Zarejestrowałam plantację wiatraków chyba na kanale la Manche, a mały Maj obudził się nad Manchesterem. Mimo moich obaw lot był przyjemny, zwłaszcza że Maj nie brał przykładu z pozostałych wyjców na pokładzie i protestował tylko przeciwko pasom bezpieczeństwa. I, oraz niepomiernie rozbroiły mnie fanfary po wylądowaniu. Osom.
Gdzieś nad Wielką Brytanią pojawiła się tęcza, tam na dole. Specjalnie dla nas.
Leniwie po aktywnym poranku poleżeliśmy na trawie w Howth. Mewy, foki, targ, seafood chowder, smażone kalmary w cieście, frytony[3] i co chwila rozlegający się dźwięk rozmów po polsku. Bo okolice Dublina to takie jeszcze jedno województwo.




[1] Wymyśliliśmy sprytnie, że na start, żeby dziecku uszy nie odpadły i mózg nie wybuchł, dziecko dostanie flaszkę. Pomysł okazał się przedni, w każdym razie. TŻ przygotowuje, nagle zza fotela odzywa się młody człowiek z uprzejmym pytaniem, czy to Nutramigen, bo poznał po zapachu. Nie jest to dziwne, bo tego zapachu nie da się zapomnieć.
[2] Ostatnio taki przypływ mega wzrusza miałam na widok samochodu SFFD.
[3] Taka subtelna fryteczka z ćwiartki dużego ziemniora.
Wyświetl wpis
18 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 12:43:45
Na stronie www można przeczytać tylko enigmatyczną informację, że to XIX-wieczny eklektyczny pałacyk. Babcia wspomniała, że "kiedyś" należał do rodziny Bojańczyków, ale czy tych od przemysłu i browaru czy innych - nie wiem. W każdym razie dziś to miłe, ładnie i klimatycznie, choć nieco pretensjonalnie odnowione miejsce (ale jakoś niespecjalnie mnie rażą w pałacyku sielankowe ogrody malowane na ścianach, złocenia, mięsiste zasłony i finezyjnie wyginane wyściełane meble). Lepiej tak niż jak w Owińskach, gdzie zamiast weselnej muzyki, fontanny, wygodnych łóżek i ekspresu do kawy o poranku są okna zabite deskami.
Kiedy wieczorem spacerowałam dookoła, wietrząc głowę po całym dniu, kojarzył mi się z domem Muminków w Dolinie. Ze swoimi wieżyczkami, ciepło oświetloną werandą, wycinanymi laubzegą (nigdy mi się nie chciało poszukać i dopiero od kilku dni wiem, że to piłka włosowa) drewnianymi ozdobami przy dachu i poręczach, ogrodem z hortensji, kalin i późnych azalii. Na werandzie stał śniadaniowy bufet, a wieczorem można było usiąść z kieliszkiem wina i słuchać pociągów, przejeżdżających w miękkiej nocy z jednej strony świata na drugą.
Więcej zdjęć.
Wyświetl wpis
17 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 00:01:36
Zupełnie przypadkiem, zaraz za płotem eklektycznego pałacyku[1], w którym spędziłam weekend, znalazłam kilka samochodów, pokrytych wiekowymi osadami kurzu zaimpregnowanego kolejnymi deszczami i śniegami. Kabina syrenki wyglądała jakby była zatopiona i wyjęta z wodą i wodorostami ciągle w środku. Gdzieś dalej furgonetka i duchy innych, pozostawionych bez żalu lata temu samochodów, obrosłych krzakami, chwastami i innymi samosiejkami. Ogród nie był zamknięty, należał do posesji obok, zamieszkałej (nie tylko przez koty, chyba że umiały wieczorem zapalać światło). Nowa era ozdób trawnikowych?

Więcej zdjęć.
[1] O pałacyku też mogę, jak będzie zapotrzebowanie społeczne.
Wyświetl wpis
15 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:42:31
Włocławek się prawie nie zmienił. Prawie, bo ma nowe restauracje, hotele, modne sklepy, klimatyczne centrum handlowe w odremontowanych budynkach chyba pofabrycznych. Nie zmienił, bo dalej na placu Wolności stoi ten sam zakamuflowany pomnik z radzieckim żołnierzem i kołchoźnicą, z którego za pomocą sprytnej okładziny powstał pomnik bardziej neutralny. Dalej na 3 Maja siaduje lokalna śmietanka spod znaku piwa i tańszego wina, tyle że teraz ma ustawione ładne ławeczki, a na ulicy jest świeży bruk i ścieżka rowerowa. Dalej nekrologi wiszą na rogu Piekarskiej, a leciwe panie wymieniają komentarze na miarę tych na naszej-klasie czy facebooku.
Zmieniło się to, że wróciłam po kilkunastu latach[1] jako turystka z aparatem, bogatsza w kilkadziesiąt obejrzanych miast i kilkadziesiąt tysięcy zrobionych zdjęć, nie wspominając o masie obejrzanych i zapamiętanych gdzieś z tyłu głowy. Pamiętałam układ ulic, mniej więcej kojarzyłam, gdzie się coś zmieniło, gdzie wyremontowali ruinkę, którędy do katedry i gdzie siedziałam podczas pleneru w 1989 albo 1990 roku i malowałam basztę przy wylocie mostu. Nie pamiętałam samego miasta (trochę oszukuję, oglądam przecież ładny blog ze zdjęciami Włocławka) i zobaczyłam miasto z niebanalną i ładną starówką. Zaniedbane, biedne, miejscami tragicznie zniszczone (a śmiałam się, że w Łodzi i dzisiaj dałoby się kręcić filmy wojenne; otóż nie tylko), ale takie, gdzie warto patrzeć na szczyty kamienic, zaglądać w bramy, wchodzić do kościołów, przejść się bulwarami i odświeżonym mostem. Dużo brakuje. Chodników, farby, remontów, kawiarni i chyba poczucia sensu, żeby się o to wszystko starać. Chociaż po coś powstała ceglana Wzorcownia.
Kiedy przygotowywałam się do matury z angielskiego, jednym z tematów była niedługa wypowiedź, czemu warto odwiedzić moje miasto. Wtedy jak wszyscy klepałam formułki o tym, że katedra, fabryka celulozy i fajansu, elektrownia wodna, parki i Wisła. Teraz bym pewnie powiedziała, że warto, żeby zobaczyć kawałek historii i potencjału do stworzenia europejskiego miasta, do którego warto na weekend.
Więcej zdjęć.
[1] Bo bywałam częściej. Ale dawno nie miałam okazji przejść się ulicami.
[2] (nie, nie ma nigdzie [2] powyżej, ale mi się dygresyjnie skojarzyło) Jest taka reklama Axe z Szycem, który klika za każdym razem, jak ogląda się za nim panna. Kiedy TŻ idzie z Majem w chuście, zalicza porównywalnie tyle, jak nie więcej, spojrzeń. Różnica między Poznaniem a Włocławkiem jest taka, że w Poznaniu to zwykle uśmiech i potakiwanie, we Włocławku wielkie a widoczne #wtf.
Wyświetl wpis
02 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 12:44:01
Pałacyk w Sapowicach nie ma tak imponującej legendy jak będlewski (żadnych wiarołomnych a pięknych żon, żadnego zirytowanego tym faktem męża, broniącego honoru rodziny i w efekcie brak legendy o czarnej damie). Bo i mniejszy jest, i podobno w środku zupełnie zwyczajny. Ale z ładnym parkiem, dostępem do czystego jeziora, w sam raz na piknik w złotych promieniach popołudniowego, sierpniowego słońca. Piknik w pięknych okolicznościach przyrody to jedno z takich archetypowych marzeń z okresu dziewczęcego - falbaniaste białe suknie, słomkowe kapelusze, koce, koszyki piknikowe, a w koszykach biała porcelana i różne dobrości. O, tak jak na tych miękko oświetlonych zdjęciach na Sunday Suppers. Niestety, przez tajfun Maja, który z upodobaniem zajmował się destrukcją muffinków, zdjęć stricte piknikowych nie będzie (a szkoda, szkoda). Następnym razem.

Więcej zdjęć
Aktualnie w pałacu mieści się filia Biblioteki Raczyńskich i Dom Pracy Twórczej (oraz można organizować tam imprezy). Ciekawa jestem, jaka historia kryje się za ogródkiem Niny...
Wyświetl wpis
01 sierpnia 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:54:35
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze raczkowała w Fabryce idea wyjazdów rekreacyjnych w ulubionej[1] formule niespodzianki, zostaliśmy zabrani do hotelu w, excuse le mot, Dymaczewie. W ramach atrakcji[2] odbył się rajd zabytkowymi garbusami[3]; uczestnicy dostali skrótowy opis trasy z piktogramami, listę punktów kontrolnych i zostali wypuszczeni w szeroki świat podstęszewskich wsi. Czasy były to zamierzchłe, mało kto mógł mieć ewentualnie takie cudo jak nawigację w telefonie, ba - chyba nawet nie było google-maps. [4] Wpuściliśmy z kolegą B. naszego kierowcę w szczere pole i tak kilka razy, nie ze złej woli, ale z mylenia lewej z prawą (ja) bądź przeskoczenia jakiegoś punktu instrukcji (kolega B.). Long story short, kiedy dziś podjechaliśmy pod bramę pałacu w Będlewie, okazało się, że był to koniec pierwszego etapu tego rajdu sprzed lat. Wtedy stał tam punkt foto z fotografem, robiącym nam zdjęcia w idiotycznej czapeczce automobilowej i goglach z epoki[5], dziś fotografem byłam ja, na szczęście bez idiotycznej skórzanej czapeczki.

Pałac w Będlewie stanowi część ośrodka konferencyjnego PAN-u, czego serdecznie PAN-owi zazdroszczę. Bo w przeciwieństwie do innych pałaców, w środku udało się utrzymać oryginalne drewniane stropy, schody, zdobienia, okna i stolarkę okienną (nie wiem, czy założeniem był kolor turkusowy, ale mnie uwiódł, zwłaszcza kontrast między farbą a drewnem pod spodem).
Oprócz tego park z ławkami, cienistymi zakątkami, wysepką na stawie i miękką trawą, po której aż się chce chodzić boso (tylko trzeba uważać, żeby nie wdepnąć w kretowiska). Trochę turystów, trochę fotografów (z pozdrowieniami dla pana w kapeluszu, który z poświęceniem pracował nad sesją pałacowego lwa), hotel zarówno w przybudówce jak i z apartamentami w samym pałacu. Pewnie też restauracja, ale nastawialiśmy się na kawę w pałacu von Treskow w Strykowie[6] i nie sprawdziliśmy. Za to samorzutnie utworzone jury jednogłośnie wybrało bohaterem dnia pana po 50-tce, w pięknych spodenkach z łatek, który biegł przez park z entuzjazmem młodego konika, wierzgając i potrząsając rękami.
Więcej zdjęć.
[1] NOT. Jedyną akceptowalną formą niespodzianki jest dla mnie duże łóżko z czystą pościelą, talerz pełen pyszności w pięknych okolicznościach przyrody i ewentualnie pokaz fajerwerków, po uroczym zachodzie słońca. Tamten wyjazd miał sporo plusów z powyższej listy, szczęśliwie.
[2] Dla wielu atrakcją była możliwość przebrania się w stroje z lat 70. ^eloy skonstatował dziś, że to zabawne, co dla kogo oznaczała ta epoka.
[3] Ślicznymi, kolorowymi, wychuchanymi i wyglansowanymi jedwabnymi chusteczkami. Jakże żal mi było, kiedy... [4]
[5] To też było sprzed epoki facebooka, blipa i naszej-klasy, więc jedyne egzemplarze papierowych odbitek zdjęć bezpiecznie spoczywają w mojej szafce w pracy. Mahr har har.
[6] Ale niestety, niestety. Pałac zamknięty, bo impreza. Smuteczek.
Wyświetl wpis
19 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 00:11:15
Skwapliwie wykorzystałam nagły spadek temperatury (jednak 37 stopni Celsjusza nie nadaje się do opuszczania miejsca zakwaterowania), żeby ponownie pojechać do Rogalina. To taki lokalny turystyczny pewniak. Dwa lata temu pałac był jeszcze w remoncie; mimo upału wtedy głównie krążyliśmy w okolicy kaplicy Marcelina, po parku pałacowym i wśród dębów.
Pałac jest spory - dwie kondygnacje, dwa skrzydła dla służby - ale przeważnie pusty. Trochę szkoda, bo takie miejsce powinno żyć. Kilka pokoi w skrzydle do oglądania, trochę obrazów, mebli i pamiątek po Edwardzie Raczyńskim. Ładnie i zgrabnie, ale do bólu turystycznie. Przed pałacem i za (przed ogrodem) sporo gołej ziemi; pozostałość po remoncie czy tak ma już być docelowo? Ubogo, zwłaszcza w zestawieniu z elegancją i rozmachem pałacu.
Co ciekawe, wszędzie gdzie indziej zieleń zadbana prawie że pod linijkę.
Zachwyciła mnie galeria malarstwa w oszklonym pawilonie w ogrodzie. Odnowionego Matejkę można w zasadzie w ciemno rozpoznać po rozmachu. Sporo psychodelicznego Malczewskiego. Piękny bokeh u Pankiewicza. Uroczy kotek na pierwszym planie "Zuzanny i starców". Maj nie był obrazami specjalnie zachwycony, więcej fajnych rzeczy było w Powozowni - bryczki, dorożki, pierwsze taksówki. Urocze, chociaż malutkie i niskie.
Duży punkt za restaurację "Dwa pokoje z kuchnią" - wprawdzie menu bardzo staropolsko-turystyczne (czernina i naleśniki), ale jest gdzie usiąść, zasilić energią ze słoiczka małego człowieka i wypić affogato (nie żeby było w karcie, ale byli chętni do zaeksperymentowania na żywym organizmie klienta; klient pozostał zachwycony).
Lubię Rogalin za rozmach i uporządkowanie. Za zaakcentowanie turystyki, czasem tłumy kręcące się w tę i nazad po alejkach, ale i miejsca, gdzie można przez parę minut popatrzeć samemu w niebo.
Następnym razem wrócimy już z mobilnym Majem na odkrywanie świata łąk i dębów. Za dwa-trzy lata.
Bardzo zgrabna i z ładnymi zdjęciami strona pałacu. Zdjęcia z 2010 i z 2008.
Dla Szkotów i Poznaniaków: 16 zł za dwa normalne bilety + 12 zł za używanie aparatu innego niż idiotenkamera.
Wyświetl wpis
13 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 21:16:45
A Gdańsk tędy.
Wyświetl wpis
11 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży / 23:31:31
Mhnaste urodziny TŻ-a. Do knajpianego ogródka wchodzi sprzedawca róż; S. (on) krzyczy: "TŻ, chcesz różyczkę?". TŻ bez namysłu: "Nie, nie chcę różyczki, zwłaszcza od Ciebie". Widownia: "Uuuu". Chwilę potem sto lat po polsku, potem po angielsku, potem po niemiecku, po włosku, po cichu po szwedzku, bo V. się wstydziła i na sam koniec po chińsku (i dla krotochwili ktoś zaintonował po kanadyjsku). Wszystkie poza polskim i szwedzkim miały tę samą melodię, również chińskie. A na koniec padł toast dla jubilata treści "Bella ragazza!".
Pan sprzedający bilety w Bazylice Mariackiej zapytał, czy malutkiemu nie jest zimno w bose stopki. 34 stopnie Celsjusza.
Monciak w Sopocie. Sushi, lody, sushi, sushi, pizza. Zwykłą smażalnię ryb znaleźliśmy przed samym wejściem na molo. Za to była doskonała - papierowa tacka, plastikowe sztućce, świetny dorsz i surówka z kapkisz.
Również Sopot. Przyjacielski rudo-biało-czarny kot. Pogłaskany zamiauczał i przyprowadził drugiego, szylkreta. Też na pogłaskanie.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 00:01:57
Winę za decyzje zrzucam na upał. Bo ja sobie daję radę (chociażby za pomocą zwiedzania kawiarni i sączenia zimnych napojów), ale młodzież niespecjalnie. Zaczęłam od rzeczywiście ślicznej ulicy Mariackiej, pełnej kamiennych tarasików, na które wchodzi się po małych kamiennych schodkach, z poręczami, rzeźbami, kulami i kwiatami; do bólu komercyjnej (wiadomo, gdzieś ten bursztyn trzeba upłynniać), ale dającej pożywkę do myślenia o małym miejskim zaciszu.


A potem, jako że się nieco zgrzałam, weszłam do Bazyliki Mariackiej. I złe mnie podkusiło. Mam taki gen, co to go mają te ślimaki, które z piskiem opon po każdym deszczu prują na chodnik, gdzie kończą płaskie pod ludzkimi butami. Gen każe mi za cenę strachu, zmęczenia i niewygody leźć wysoko, że popatrzeć, jak pięknie jest nisko. Lazłam więc (bo wchodzeniem bym tego nie nazwała) po tych chromolonych małych schodkach, a było ich 400, taka ich chromolona proweniencja, wymieniając uwagi w uniwersalnym sapiącym narzeczu z równie zasapaną turystką z Niemiec (ja niewiele rozumiałam z jej niemieckiego, ona zapewne tyle z mojego polskiego), że musiałyśmy na łeb upaść, żeby się na tę wieżę pchać. I jak już wlazłam, spocona i znękana, umierająca na widok każdej następnej partii schodów, które zdradziecko wynurzały się zza zakrętu, na sam czubek, okazało się, że nie było warto. Tarasiątko widokowe o powierzchni chyba czterech metrów kwadratowych, z dwóch stron obudowane ścianami na głucho, a z pozostałych osiatkowane powyżej moich ramion. And all I got was a lousy photo[1]. A dziecko moje jedyne to nie wiem, na kogo wyrośnie, bo przez całą drogę wznosiła entuzjastyczne okrzyki, w drodze powrotnej zaś, kiedy mozolnie wystękiwałam na przydechu, ile to jeszcze schodów zostało, usnęła sobie, zostawiając mnie z magią kolejnych malejących dziesiątek.
Złe też mnie podkusiło, żeby jechać do Akwarium w Gdyni. Poczułam na karku oddech zapyziałego PRL-u. W minut 10 przeszłam przez sale z akwariami i nagle się okazało, że to by było na tyle (nie licząc sklepiszcza z pamiątkami, namiotu, gdzie można było lody i frytki oraz szumnie zapowiadanej Sali Mokrej, gdzie dzieci mogą dotknąć ryby, która okazała się być (sala, nie ryba) pokoikiem z czterema korytkami z wodą, nielicznie zasiedloną przez bure ryby nieznanej proweniencji, bynajmniej nie zachęcające do moczenia rąk). I tak, o. Owszem, spędziłam z dzieckiem chwilę nie w upale, ale równie dobrze mogłam iść do supermarketu i popatrzeć na stoisko z asortymentem rybnym (przesadzam, ale mam poczucie nabicia w solidną butelkę).
Powypoczywałam, chcę do domu.
[1] A napisałam to po to, żeby - jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy wchodzić po jakichś schodach - natychmiast zaprzestać i usiąść.
Wyświetl wpis
09 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 19:17:43
Wyszłam z hotelu, otworzyłam z zachwytem usta i tak mi już zostało. Amsterdam! Kanały! Kamieniczki! Słońce! Upał! Pierzaste chmurki na niebie! A do tego mówią po polsku! (chociaż tu bym się mocno nie upierała, bo mam wrażenie, że 3/4 turystów pochodzi z Bawarii albo innego landu, co się nosi w krótkich spodenkach bądź zakłada obcisłe, bo to trzeba mieć styl). Szłyśmy sobie więc, niezbyt elegancko pokazując palcem, gdzie fajne (ja), spoglądając i wydając czasem głośne "o!" (obie) czy pytające "y?" (Maja) bądź wygłaszając kolejny monolog o Konieczności Noszenia Ślicznej Czapeczki, bo słońce bardzo mocno świeci, a nie da się włosów posmarować kremem[1], ja też bym nosiła, ale nie mam takiej ładnej i w ogóle wszyscy chodzą w czapeczkach i wcale nie zrzucają ich co 10 metrów na ziemię, prawda?
Poczta nr 50 w Gdańsku mogłaby z małą tylko charakteryzacją grać budynek poczty w Ankh Morpork. Złocenia, witraże, pod sufitem unoszą się rzeźby gołębi, a za marmurowymi blatami pocztę[2] do wysłania przyjmują urzędnicy w schludnych uniformach (golemy raczej pracują na zapleczu przy sortowaniu listów).
Poza tym cegła wszędzie. W ścianach, strzelistych zwieńczeniach, wykończeniach okien, bramach i zaułkach.
Poza tym trochę odczułam przesyt. Jest pięknie, hanzeatycko, kamieniczkowo i po sfotografowaniu piętnastej kamienicy odczułam pewne estetyczne znużenie. I zaczęłam szukać czegoś, co przełamywało elegancję mieszczańską.
[1] Można, ale jakby nie taka jest pointa tej zabawnej anegdotki.
[2] Czyli opłatę za abonament telewizyjny, lokaty banku pocztowego i zestaw kąpielowych kaczuszek.
Wyświetl wpis
08 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Maja * Z fotkami / 23:27:42
Można wsiąść do pociągu byle jakiego i znaleźć się w zupełnie innym miejscu (aczkolwiek opcji z niedbaniem o bagaż ogólnie bym nie polecała, bo jednak warto chociaż mieć czym zapłacić). Można też wysiąść dla odmiany z samochodu i zupełnym przypadkiem trafić na parking, przy którym znajduje się małe zoo. Całego nie widziałam, bo utknęłam przy zagrodzie owiec, kózek i lam, które można było karmić zielonym suchym glutem, wysypywanym za całe 2 zł porcja na tacki za pomocą sprytnego automatu. Dobrze, że miałam tylko dwie dwuzłotówki, bo niechybnie bym przepuściła tam całą pensję. Najbardziej bezczelna była brązowa lama z dredami, bo odganiała wszystkie i potrafiła jak odkurzacz jednym ruchem chwytnej paszczy wymieść wszystkie chrupki z tacki. Oczywiście do zwierzątek podeszliśmy, żeby dziecko sobie obejrzało (i proszę nie pytać, kogo trzeba było odciągać).
Poza tym bez przygód (poza zmęczoną i marudzącą Mają, która mimo zmęczenia padła o 22:30 po pierwszej kąpieli w wannie i wyjątkowo długim bobrowaniu na dużym łóżku i w łóżeczku). Hotel został zaprojektowany tak, żeby można było z niego robić zdjęcia urokliwych zachodów słońca, jak się człowiek uprze (trzeba wejść na oparcie fotela, żeby trzymając się parapetu otworzyć okno i wpuścić wraz ze świeżym powietrzem znad Motławy hałas drogi szybkiego ruchu opodal), ale nie zapewnia lodówek ani czajnika. Szczęśliwie zostaliśmy przeszkoleni półlegalnie z obsługi ekspresu, żeby pobierać sobie wrzątek nawet w nocy. Dobrze, że w kranie woda ciepła i zimna osobnymi kurkami.
Wyświetl wpis
04 lipca 2010
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:35:08
Kilka słów wstępu. W tym roku nie planuję typowego urlopu wyjazdowego z przyczyn oczywistych. Mogłabym oczywiście zapakować małego człowieka z całym oprzyrządowaniem, pojechać bądź polecieć, ale i tak byłaby to całodzienna praca, kończąca się chlupoczącą kąpielą i obowiązkowym posiedzeniem we względnej ciszy nad łóżeczkiem nieletniej. Mam trochę inną wizję wypoczynku (znajdują się w niej spacery letnią nocą i kolacje w miejscach publicznych niekoniecznie o godzinie 18), więc bez większego napinania się poczekam, aż mały człowiek dorośnie do tej opcji. Dlatego w tym roku zainaugurowałam serię wyjazdów w okolice bliższe. Wielkopolska jest piękna, ma sporo urokliwych zakątków i grzechem byłoby twierdzić, że latem można się tu nudzić. A są i tacy, niestety ;-)
Owińska to wieś leżąca 8 km od Poznania. Mają dość paskudną historię (szkoła dla SS-manów, masowe morderstwa, obóz koncentracyjny) i trochę pecha w okresie powojennym. Pojechałam obejrzeć piękny pałac von Treskowów, licząc w głębi duszy, że ktoś zaczął coś z nim robić. Niestety. Po wojnie mieściła się tam szkoła, a potem ktoś sprzedał budynek wesołemu nabywcy, który wymontował ze środka wszystko, co było można, zostawiając niszczejący szkielet budynku. Po szkolnej przeszłości zostały dość edukacyjne malowidła na płytach zastępujących okna. Po bogatej historii szlacheckiej dwie bramy (w jednej mieści się zamknięty w niedzielę punkt informacji turystycznej, w drugiej straż gminna) prowadzące do pałacu i piękny choć zaniedbany park za pałacem. I informacja, że od 2002 roku pałac jest własnością gminy. Wszystko krzyczy, żeby pałac odremontować, wyposażyć i zamienić na ekskluzywny hotel z bogato zaopatrzoną piwniczką. Zanim zapadnie się dach, a kasztanowce w parku zeżre kasztanówcowiaczek jakiś tam.
Owińska leżą na szlaku cysterskim; zabudowania klasztorne zachowały się bardzo przyzwoicie. Aktualnie mieści się tam ośrodek szkolno-wychowawczy dla dzieci niewidomych. Kawał historii w pigułce, ale nieletnia się najbardziej ucieszyła z huśtawki na placu zabaw opodal.
Największy apetyt miałam na zrujnowany budynek dawnego szpitala psychiatrycznego, niestety - jest ogrodzony i zamknięty. Jeśli ktoś wie, gdzie można znaleźć klucz do bramy, chętnie skorzystam. Na zdjęciach, jakie widziałam w sieci, robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza kiedy idzie się tam ze świadomością historii.
Więcej zdjęć.
Czy jestem rozczarowana? Nie do końca - spędziliśmy miłe popołudnie, przemykając się od cienia do cienia w upalny dzień. Ale trochę smutno, bo to mała wieś z dużym potencjałem turystycznym, tylko słabo wykorzystanym. Nie udało mi się znaleźć pałacyku, w którym dwa lata temu koleżanka z pracy brała ślub, a który - miałam wrażenie - znajdował się w Owińskach (ale mogę się mylić[1], bo podczas pilotowania K. z kartką w ręku głównie zajmowałam się pracą psychologiczną, bo na ślub się spóźnialiśmy, a K. bardzo nie chciał się spóźnić[2]). Znajdę następnym razem.
[1] Omyliłam się. Wojnowo, nie Owińska. A taka podobna nazwa...
[2] Ja zasłonię ci zegar, mamy jeszcze bardzo dużo czasu. Na pewno poczekają. Ten korek całkiem szybko się przesuwa. Oddychaj. Oddychaj.
Wyświetl wpis
06 sierpnia 2009
Poziom: 1 * Czytam * Listy spod róży * Z fotkami / 11:12:47
Przyznam, że trochę rozczarowanie, bo myślałam, że za niecałe 8 funtów (z przesyłką) dostanę biblię turysty kulinarnego na najbliższe kilka wakacji. Niestety. Jak czasopismo zawiera mnóstwo dobrych artykułów, zgrabnie napisane relacje z wyjazdów, adresy i przepisy, tak przewodnik jest przeraźliwie powierzchowny. Już nawet nie będę marudzić, że Polska składa się z Warszawy (specjalności: kawior (sic!) i Pałac Kultury, dowcipnie nazwany "a gift from Stalin") i Krakowa, ale pół strony opisu "gdzie jeść i co zwiedzać" to żałośnie mało. Do każdego kraju krótka metryczka (jaka waluta, jak dolecieć, gdzie informacja turystyczna), ale nie są to rzeczy, których średnio inteligentna ameba nie wyklika sobie w Wiki Travel. Zaletą są piękne zdjęcia i chociażby z tego względu nie żałuję (jak również jest to jakiś plan na zaznaczenie na mapie kolejnych odwiedzonych europejskich miast). Zaryzykowałam prenumeratę "Food and Travel", mam nadzieję, że jednak naród pocztowy sucholeski nie czytuje w lengłidżu.
Wyświetl wpis
20 lipca 2009
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 22:43:54
Nie mam ręki. Zasuszam, jak wymagają wody. Zalewam, jak wody nie wymagają. Niewyrośnięte cebulki "Queen of the Night" ewaporowały z ziemi, zostawiając jakieś nędzne spleśniawco-zgniłki. Co roku jesienią zasuszam kolejną porcję lawendy, paprotek czy innych przedstawicieli doniczkowej flory za niewielkie pieniądze. Cały czas mam jednak silne przekonanie, że do leniwego życia trzeba mieć miejsce, gdzie o poranku można wyjść bosą stopą (i wliźć w wiadomo co, po czym wydać okrzyk "o żesz..."), zerwać świeże naręcze kwiatów do wazonu, koszyczek okolicznościowych owoców, po czym siąść z książką na fotelu, ze stopami w trawie i nie mieć nic więcej do zrobienia tego dnia. Oczywiście, do takiego ogrodu trzeba kogoś, kto będzie się nim zajmował, bo ja - jak wspomniałam - zasuszę, przeleję i zachwaszczę. Dlatego lubię cudze ogrody. Zwłaszcza jak mi pasują do spódnicy.
Wyświetl wpis
06 czerwca 2009
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 18:18:17
Smutna prawda jest taka, że żeby gdzieś pojechać, to trzeba mieć jakikolwiek punkt zaczepienia. A to zabawną nazwę (jak w przypadku Huya), a to coś do jedzenia (jak Morbier, Dijon czy innej Goudy), a to – jak tutaj – jakiekolwiek skojarzenie. Jakby nie to, to bym Bremę ominęła, a szkoda, bo bardzo stara i ma kawał wartej zawieszenia wzroku starówki. Już nawet nie gotyckie strzelistości, a romańskie łuki. Lubię zestawienie pociemniałego piaskowca z jaskrawozieloną patyną, konsekwentnie pojawiające się na bremeńskiej starówce. Pod katedrą Notre Dame targ kwiatów z Holandii.
Tak jak w Poznaniu, na Rynku oprócz staroci, są też współczesne budynki. Mimo że nie wyglądają dużo piękniej od poznańskiego Arsenału, jakoś mniej gryzą w szeroko pojętą estetykę. Ba, da się nawet wstawić oszklone centrum handlowe z wielkim parkingiem w wąskie uliczki.
W Starbucksie kubeczki tylko ogólno niemieckie, z napisem „Germany”; fakt, że ładniejsze niż berliński z czerwonym niedźwiedziem, ale już mam, a bremeńskiego nie. Dobre ciasto cytrynowe mieli, kawę jak to kawę - średnią.
Więcej zdjęć.
Wyświetl wpis
04 czerwca 2009
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:23:07
Rotterdam
Duże, brzydkie i smutne miasto portowe. Bardzo przypominało mi Kaohsiung mimo kilku tysięcy kilometrów, dzielących oba miasta. Może to podobieństwo wynikało stąd, że Rotterdam oglądałam z góry, z wieży widokowej? Znowu dopadła mnie fobia, pojawiająca się okazjonalnie – nie mam lęku wysokości, a po raz drugi w życiu bałam się wejść na ażurowe schodki 80 metrów nad ziemią (poprzedni raz miałam atak paniki na górze minaretu w Egerze, gdzie przez ażurowy balkonik widziałam ziemię 30 metrów niżej; jak nie widać ziemi, to się nie boję). Za to windą lubię, dodatkowo obśmialiśmy się jak norki, bo w górę winda ruszyła z akompaniamentem „Knockin’ on the Heaven’s Door” (Axl przeraźliwie nie umie śpiewać), a w dół zjeżdżała z „Lucy In the Sky with Diamonds”.
Hotel na wodzie okazał się być dość zwyczajnym hotelem, umieszczonym i owszem, na wodzie, ale na solidnej betonowej platformie. Turysta narzekający na booking.com, że kołysało i rzucało, musiał jednakowoż nadużyć napojów wyskokowych, albowiem żeby ruszyć beton, na którym stoi budynek z restauracją, wielkim sklepem z azjatycką spożywką i kilkudziesięcioma pokojami hotelowymi, to by jednak trzeba było czegoś na kształt tornada.
Poza tym było zimno, wiało i popadywało, a z 15-minutowego (uwierz tu, człowieku, googlemapsom, że do bankomatu z hotelu jest kilkanaście minut) spaceru zrobił się półtoragodzinny maraton, od którego odpadły nam tyłki.
Gouda
Mimo że czwartkowe festiwale serów zaczynają w trzeciej dekadzie czerwca, ryneczek był. Nie muszę chyba znowu pisać, że lubię ryneczki i mogłabym sobie przy takim zamieszkać na stałe. Turek na stoisku z oliwkami nabierał wielką łychą z misek i dawał spróbować przechodzącym paniom[1], a to ziołowych, a to z ostrą pastą paprykową, z fetą czy innymi serami. Gouda to taki miniaturowy Amsterdam, z kanałami, kamienicami, ogródkami i kawiarniami na każdym kroku. Ładne i miłe.
Oudewater
Nie wpuścili nas do Muzeum Czarownic i mam żal. Najpierw kwitliśmy pod tabliczką, że proszę poczekać 15 minut, po godzinie przyszła pani, weszła do środka i bez słowa zamknęła drzwi przed nosem. Ja się tam prosić nie będę, szarlotka w kawiarni naprzeciwko była dobra. I rudy kot w makowcowy wzorek też.
Zrobili jakieś wykopki, więc z Oudewater wyjechaliśmy boczną drogą, która okazała się jedną z piękniejszych, jakie widziałam – wąziutka, zaraz obok kanału porośniętego wierzbami , po obu stronach piękne domy z jeszcze ładniejszymi ogródkami, pełnymi żywopłotów, kwiatów i pasących się za domami na polderach owiec, krówek, kóz i śmiesznych miniaturowych koników. Jakby Kenneth Graham był Holendrem, to tam by umieścił dwór Ropucha. Czy ja tam mogę prosić o letni domek?
View Czerwiec 2009 in a larger map
Utrecht
Już tak bardziej dla sportu, bo z Goudy wywiozłam dwie wielkie siaty jedzenia, z czego jedną ze strupwaflami, ciastkami i innymi uroczymi drobiazgami z Alberta Heijna (no, przypadkiem wyszło, że dokonaliśmy pierwszego zakupu, konsekwentnie w jasnej zieleni, dla M.). Centrum w Utrechcie urocze, holenderskie i bardzo sympatycznie zatłoczone jak na czwartkowe popołudnie. Szybki mały obiad nad kanałem w greckiej restauracji; sos do grillowanego halumi w boczku smakował, jakby był zrobiony z miodu i soku pomarańczowego. Między stolikami kłębił się duży biało-czarny kot, bardziej towarzysko niż merkantylnie. Postawę roszczeniową miały za to kaczki, które pływały od restauracji do restauracji i kłapały dziobami, że winszują sobie zostać nakarmione pieczywem i ciastkami.
[1] Pewnie to nic dziwnego, że na rynkach są zwykle kobiety i turyści? Tutaj o tyle egzotycznie, że co najmniej połowa pań była pochodzenia arabskiego.
Wyświetl wpis
03 czerwca 2009
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 21:00:16
Huy
Po smutnych doświadczeniach z Vaduz trochę się wahałam, czy skręcić z szerokiej autostrady w wiejskie dróżki do miejscowości o dźwięcznej nazwie Huy. Niesłusznie, bo to jedna z piękniejszych miejscowości, jakie widziałam. Kamienno-ceglane wsie dookoła, dojazd do doliny strasznie stromą i malowniczą drogą, a w miasteczku targ owocowo-serowo-kwiatowy, dookoła ratusza (z zegarem co kwadrans mozolnie wygrywającym jakiś szlagier typu „Oda do radości” na dzwonkach z ubogą skalą) kilkanaście mniejszych lub większych restauracji. I domy niedrogie, jakby kto winszował sobie mieć egzotyczny a ciekawy adres – mieszkanie w kamienicy można już mieć za mniej niż milion złotych.
Na targu chciałam wytarzać się w stoisku z oliwkami, fetą i ziołami. Nie wiem, w jakiej zalewie są „pistou olives”, ale poproszę stałą dostawę. Przegapiłam 13:30, która oznajmiła zwijanie się straganów i rzutem na taśmę wyżebrałam już prawie z paki ciężarówki pudełko truskawek (przecież to nieludzkie jest, jak te truskawki pachną, mimo że chwilę wcześniej napakowałam się sałatką z koziego sera, miodu, orzechów i takiej śmiesznej strzępiastej sałaty z winegretem, co to nie wiedziałam nawet jak ją jeść, bo miała długie listki, więc jak prosię jadłam palcyma).
Wisienką na czubku tortu był kolejka wagonikowa wysoko nad miastem. Krótka wizyta okazała się zwiadowczą, zdecydowanie warto pojechać w Huy jeszcze raz.
Antwerpia
Wprawdzie jakiś sfrustrowany rowerzysta gniewnie nam coś przy wjeździe na parking tłumaczył, ale i tak nic nie zrozumiałam, a pod prąd nie jechaliśmy, więc. Dużo i ładnie. Kamieniczki (bardzo geometryczne, strzeliste i pełne detali). Kościoły (nierozsądnie jest wybrać się pod antwerpską katedrę z obiektywem 50 mm, albowiem dostaje się katedrę w małych kawałkach do samodzielnego złożenia). Restauracje i kawiarnie. Księgarenki i księgarnie (poproszę na wynos wielką księgarnię z czasopismami z całego świata). Tylko Starbuksa nie ma, więc nie mogłam się polansować, no jak tak można? W Cafe Pelikaan uczynny kelner odpytał nas, skąd (chyba jednak dalej wyglądamy egzotyczniej niż mieszkańcy Belgii), na jak długo i rozczarowany był, że tylko na kawę, bo Antwerpia wymiata i nie ma opcji, że nie wrócimy na dłużej. Ja się kłócić nie będę.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 20:54:34
Dijon
Średnio przepadam za autostradami, bo i owszem, jest szybko, ale też i nudno. Do Dijon pojechaliśmy przez Alpy (^havvah, nie czytaj). Wiem, że mnie się łatwo zachwycać, bo to TŻ siedzi za kółkiem i odwala całą ciężką pracę związaną z jazdą (a ja mam tę łatwiejszą część z entuzjazmowaniem i wydaniem dźwięków), ale fascynujące się górki, dolinki, serpentyny, kamienne mosty wyglądające jak romańskie akwedukty, zbocza na kilkadziesiąt metrów w górę i w dół i miasta w dolinie gdzieś tam zupełnie na dole, czasem za mgłą. Przy bardziej drastycznych zjazdach i podjazdach zaczynały odpadać uszy jak przy jeździe szybką windą (już można czytać). A przy tym co chwila mija się subtelne i ładnie ukwiecone małe miasteczka, z kamiennymi domkami, małymi kościółkami, bulodromami i starszymi panami siedzącymi na ławeczkach i zapewne dyskutującymi o tym, że młodzież dzielimy na obiecującą i ech, tą dzisiejszą. Po drodze przejechaliśmy przez Morbier, które niestety nie miało żadnego gustownego kramiku z lokalnym wyborem, koniecznie zapakowanym próżniowo, bo ser Morbier, mimo że bardzo sympatyczny w smaku, jednak trochę cuchnie jak zużyte skarpetki. Z wielkim żalem (albowiem się na lancz do Dijon spieszyliśmy, a lancz to rzecz święta) ominęłam Langres, zbudowane wewnątrz i dookoła kilkukilometrowych murów obronnych, z malutkim acz bardzo zabytkowym cmentarzykiem z kapliczkami i uliczkami zaraz obok. Zdecydowanie małe francuskie miasteczka zasługują na kilka dni poświęcone na wąchanie wiejskich kwiatów, robienie zdjęć krowom (mam nieskrywaną fascynację stadami krów, które leniwie leżą i żują; we Francji głównie beżowe i białe, czasem w szaro-czarne kropki, rzadko w biało-czarne plamy) i szukanie lokalnych wyrobów, ze szczególnym uwzględnieniem spożywczych.
Po to warto jechać do Dijon. Z dwóch z kilkudziesięciu sklepów (nie oszukujmy się, specjalnie dla turystów, bo lokalni pewnie żywią się hamburgerami i pizzą) wyszłam z wielkim trudem, bo weź tu się człowieku zdecyduj, jakie musztardy z kilkudziesięciu gatunków wybrać, czy wziąć większe opakowanie lokalnych pasztetów i czy ten ser, co się tak malowniczo rozkłada na desce, to dożyje do Polski. Zapałałam uczuciem do lokalnych pierników, czasem czystych, czasem nadziewanych orzechami, owocami i innymi cudami. Niestety rozsądek zwyciężył w kwestii kilku słoików z miodem, ale pluję sobie w brodę, że nie umiałam zdecydować między tymiankowym a lawendowym i ostatecznie wyszłam bez żadnego. Po co człowiekowi rozsądek, ja się pytam?
Rozsądek zapewne by mi się wyłączył w Les Halles, niestety w tym barbarzyńskim miejscu zamykają o jakiejś skandalicznej godzinie, więc nie miało mnie co w pięknej, biało-niebieskiej hali kusić (a sądząc po odcyfrowywanych francuskich napisach, było tam wszystko, zaczynając od kiełbasek, oliwek, serów, owoców i warzyw, na ciastach, rybach i pieczywie kończąc).
Samo Dijon ma bogate, dość skoncentrowane centrum z katedrami, pałacami i urokliwymi bramami. Jakbym była błyskotliwsza, to bym doczytała na mapce, że zielona trasa po starówce to bezpłatny autobus, który wozi leniwców z miejsca na miejsce. Na własnych nogach oczywiście też się da, ale w końcu mam wakacje i mam się lenić. Tylko coś mi nie wychodzi. W każdym razie – zdecydowanie trzeba wrócić po nauczeniu się czegokolwiek w nieludzkim języku, żeby chociaż z karty wybrać, co się lubi bardziej (sama wiedza, że fromage to ser jest cenna, ale niekoniecznie wystarcza).
Luxembourg
Napisy po +/- niemiecku, a większość mówi po francusku. Kelner w szaszłykowni tłumaczył długo i pokrętnie, czym się różni jedna wołowina od drugiej. Po czym przeszedł do pokazywania palcami i wyszło, że jedna porcja jest mniejsza, a druga większa.
Zazdroszczę Luksemburczykom, bo miasto urody dużej. Z zameczkami, parkami, rezydencjami, restauracjami, chromowano-szklanymi biurowcami i zestawem ekskluzywnych sklepów (ja się pytam, czemuż akurat trafiłam na sklep Laury Ashley w jednym z droższych miejsc na świecie? Ja tu nie mam miejsca w szafie!). Z mostem, pod którym nie ma rzeki, tylko jest ogród. Czuć jaśmin, róże i zapach pieniędzy w powietrzu.
Zdjęcia z Dijon i z Luxembourga.
Wyświetl wpis