06 sierpnia 2009

Food and Travel 48 hrs European Cities Collection

Poziom: 1 * Czytam * Listy spod róży * Z fotkami / 11:12:47

Przyznam, że trochę rozczarowanie, bo myślałam, że za niecałe 8 funtów (z przesyłką) dostanę biblię turysty kulinarnego na najbliższe kilka wakacji. Niestety. Jak czasopismo zawiera mnóstwo dobrych artykułów, zgrabnie napisane relacje z wyjazdów, adresy i przepisy, tak przewodnik jest przeraźliwie powierzchowny. Już nawet nie będę marudzić, że Polska składa się z Warszawy (specjalności: kawior (sic!) i Pałac Kultury, dowcipnie nazwany "a gift from Stalin") i Krakowa, ale pół strony opisu "gdzie jeść i co zwiedzać" to żałośnie mało. Do każdego kraju krótka metryczka (jaka waluta, jak dolecieć, gdzie informacja turystyczna), ale nie są to rzeczy, których średnio inteligentna ameba nie wyklika sobie w Wiki Travel. Zaletą są piękne zdjęcia i chociażby z tego względu nie żałuję (jak również jest to jakiś plan na zaznaczenie na mapie kolejnych odwiedzonych europejskich miast). Zaryzykowałam prenumeratę "Food and Travel", mam nadzieję, że jednak naród pocztowy sucholeski nie czytuje w lengłidżu.

20 lipca 2009

Nie rośnie mi

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 22:43:54

Nie mam ręki. Zasuszam, jak wymagają wody. Zalewam, jak wody nie wymagają. Niewyrośnięte cebulki "Queen of the Night" ewaporowały z ziemi, zostawiając jakieś nędzne spleśniawco-zgniłki. Co roku jesienią zasuszam kolejną porcję lawendy, paprotek czy innych przedstawicieli doniczkowej flory za niewielkie pieniądze. Cały czas mam jednak silne przekonanie, że do leniwego życia trzeba mieć miejsce, gdzie o poranku można wyjść bosą stopą (i wliźć w wiadomo co, po czym wydać okrzyk "o żesz..."), zerwać świeże naręcze kwiatów do wazonu, koszyczek okolicznościowych owoców, po czym siąść z książką na fotelu, ze stopami w trawie i nie mieć nic więcej do zrobienia tego dnia. Oczywiście, do takiego ogrodu trzeba kogoś, kto będzie się nim zajmował, bo ja - jak wspomniałam - zasuszę, przeleję i zachwaszczę. Dlatego lubię cudze ogrody. Zwłaszcza jak mi pasują do spódnicy.

06 czerwca 2009

Czterej muzykanci z Bremy

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 18:18:17

Smutna prawda jest taka, że żeby gdzieś pojechać, to trzeba mieć jakikolwiek punkt zaczepienia. A to zabawną nazwę (jak w przypadku Huya), a to coś do jedzenia (jak Morbier, Dijon czy innej Goudy), a to – jak tutaj – jakiekolwiek skojarzenie. Jakby nie to, to bym Bremę ominęła, a szkoda, bo bardzo stara i ma kawał wartej zawieszenia wzroku starówki. Już nawet nie gotyckie strzelistości, a romańskie łuki. Lubię zestawienie pociemniałego piaskowca z jaskrawozieloną patyną, konsekwentnie pojawiające się na bremeńskiej starówce. Pod katedrą Notre Dame targ kwiatów z Holandii.

Tak jak w Poznaniu, na Rynku oprócz staroci, są też współczesne budynki. Mimo że nie wyglądają dużo piękniej od poznańskiego Arsenału, jakoś mniej gryzą w szeroko pojętą estetykę. Ba, da się nawet wstawić oszklone centrum handlowe z wielkim parkingiem w wąskie uliczki.

W Starbucksie kubeczki tylko ogólno niemieckie, z napisem „Germany”; fakt, że ładniejsze niż berliński z czerwonym niedźwiedziem, ale już mam, a bremeńskiego nie. Dobre ciasto cytrynowe mieli, kawę jak to kawę - średnią.

Więcej zdjęć.

04 czerwca 2009

O czym szumią wierzby w Holandii

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:23:07

Rotterdam

Duże, brzydkie i smutne miasto portowe. Bardzo przypominało mi Kaohsiung mimo kilku tysięcy kilometrów, dzielących oba miasta. Może to podobieństwo wynikało stąd, że Rotterdam oglądałam z góry, z wieży widokowej? Znowu dopadła mnie fobia, pojawiająca się okazjonalnie – nie mam lęku wysokości, a po raz drugi w życiu bałam się wejść na ażurowe schodki 80 metrów nad ziemią (poprzedni raz miałam atak paniki na górze minaretu w Egerze, gdzie przez ażurowy balkonik widziałam ziemię 30 metrów niżej; jak nie widać ziemi, to się nie boję). Za to windą lubię, dodatkowo obśmialiśmy się jak norki, bo w górę winda ruszyła z akompaniamentem „Knockin’ on the Heaven’s Door” (Axl przeraźliwie nie umie śpiewać), a w dół zjeżdżała z „Lucy In the Sky with Diamonds”.

Hotel na wodzie okazał się być dość zwyczajnym hotelem, umieszczonym i owszem, na wodzie, ale na solidnej betonowej platformie. Turysta narzekający na booking.com, że kołysało i rzucało, musiał jednakowoż nadużyć napojów wyskokowych, albowiem żeby ruszyć beton, na którym stoi budynek z restauracją, wielkim sklepem z azjatycką spożywką i kilkudziesięcioma pokojami hotelowymi, to by jednak trzeba było czegoś na kształt tornada.

Poza tym było zimno, wiało i popadywało, a z 15-minutowego (uwierz tu, człowieku, googlemapsom, że do bankomatu z hotelu jest kilkanaście minut) spaceru zrobił się półtoragodzinny maraton, od którego odpadły nam tyłki.

Gouda

Mimo że czwartkowe festiwale serów zaczynają w trzeciej dekadzie czerwca, ryneczek był. Nie muszę chyba znowu pisać, że lubię ryneczki i mogłabym sobie przy takim zamieszkać na stałe. Turek na stoisku z oliwkami nabierał wielką łychą z misek i dawał spróbować przechodzącym paniom[1], a to ziołowych, a to z ostrą pastą paprykową, z fetą czy innymi serami. Gouda to taki miniaturowy Amsterdam, z kanałami, kamienicami, ogródkami i kawiarniami na każdym kroku. Ładne i miłe.

Oudewater

Nie wpuścili nas do Muzeum Czarownic i mam żal. Najpierw kwitliśmy pod tabliczką, że proszę poczekać 15 minut, po godzinie przyszła pani, weszła do środka i bez słowa zamknęła drzwi przed nosem. Ja się tam prosić nie będę, szarlotka w kawiarni naprzeciwko była dobra. I rudy kot w makowcowy wzorek też.

Zrobili jakieś wykopki, więc z Oudewater wyjechaliśmy boczną drogą, która okazała się jedną z piękniejszych, jakie widziałam – wąziutka, zaraz obok kanału porośniętego wierzbami , po obu stronach piękne domy z jeszcze ładniejszymi ogródkami, pełnymi żywopłotów, kwiatów i pasących się za domami na polderach owiec, krówek, kóz i śmiesznych miniaturowych koników. Jakby Kenneth Graham był Holendrem, to tam by umieścił dwór Ropucha. Czy ja tam mogę prosić o letni domek?


View Czerwiec 2009 in a larger map

Utrecht

Już tak bardziej dla sportu, bo z Goudy wywiozłam dwie wielkie siaty jedzenia, z czego jedną ze strupwaflami, ciastkami i innymi uroczymi drobiazgami z Alberta Heijna (no, przypadkiem wyszło, że dokonaliśmy pierwszego zakupu, konsekwentnie w jasnej zieleni, dla M.). Centrum w Utrechcie urocze, holenderskie i bardzo sympatycznie zatłoczone jak na czwartkowe popołudnie. Szybki mały obiad nad kanałem w greckiej restauracji; sos do grillowanego halumi w boczku smakował, jakby był zrobiony z miodu i soku pomarańczowego. Między stolikami kłębił się duży biało-czarny kot, bardziej towarzysko niż merkantylnie. Postawę roszczeniową miały za to kaczki, które pływały od restauracji do restauracji i kłapały dziobami, że winszują sobie zostać nakarmione pieczywem i ciastkami.

[1] Pewnie to nic dziwnego, że na rynkach są zwykle kobiety i turyści? Tutaj o tyle egzotycznie, że co najmniej połowa pań była pochodzenia arabskiego.

03 czerwca 2009

A w środę targ w Huy

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 21:00:16

Huy

Po smutnych doświadczeniach z Vaduz trochę się wahałam, czy skręcić z szerokiej autostrady w wiejskie dróżki do miejscowości o dźwięcznej nazwie Huy. Niesłusznie, bo to jedna z piękniejszych miejscowości, jakie widziałam. Kamienno-ceglane wsie dookoła, dojazd do doliny strasznie stromą i malowniczą drogą, a w miasteczku targ owocowo-serowo-kwiatowy, dookoła ratusza (z zegarem co kwadrans mozolnie wygrywającym jakiś szlagier typu „Oda do radości” na dzwonkach z ubogą skalą) kilkanaście mniejszych lub większych restauracji. I domy niedrogie, jakby kto winszował sobie mieć egzotyczny a ciekawy adres – mieszkanie w kamienicy można już mieć za mniej niż milion złotych. Na targu chciałam wytarzać się w stoisku z oliwkami, fetą i ziołami. Nie wiem, w jakiej zalewie są „pistou olives”, ale poproszę stałą dostawę. Przegapiłam 13:30, która oznajmiła zwijanie się straganów i rzutem na taśmę wyżebrałam już prawie z paki ciężarówki pudełko truskawek (przecież to nieludzkie jest, jak te truskawki pachną, mimo że chwilę wcześniej napakowałam się sałatką z koziego sera, miodu, orzechów i takiej śmiesznej strzępiastej sałaty z winegretem, co to nie wiedziałam nawet jak ją jeść, bo miała długie listki, więc jak prosię jadłam palcyma).

Wisienką na czubku tortu był kolejka wagonikowa wysoko nad miastem. Krótka wizyta okazała się zwiadowczą, zdecydowanie warto pojechać w Huy jeszcze raz.

Antwerpia

Wprawdzie jakiś sfrustrowany rowerzysta gniewnie nam coś przy wjeździe na parking tłumaczył, ale i tak nic nie zrozumiałam, a pod prąd nie jechaliśmy, więc. Dużo i ładnie. Kamieniczki (bardzo geometryczne, strzeliste i pełne detali). Kościoły (nierozsądnie jest wybrać się pod antwerpską katedrę z obiektywem 50 mm, albowiem dostaje się katedrę w małych kawałkach do samodzielnego złożenia). Restauracje i kawiarnie. Księgarenki i księgarnie (poproszę na wynos wielką księgarnię z czasopismami z całego świata). Tylko Starbuksa nie ma, więc nie mogłam się polansować, no jak tak można? W Cafe Pelikaan uczynny kelner odpytał nas, skąd (chyba jednak dalej wyglądamy egzotyczniej niż mieszkańcy Belgii), na jak długo i rozczarowany był, że tylko na kawę, bo Antwerpia wymiata i nie ma opcji, że nie wrócimy na dłużej. Ja się kłócić nie będę.

We wtorki targ w Dijon

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 20:54:34

Dijon

Średnio przepadam za autostradami, bo i owszem, jest szybko, ale też i nudno. Do Dijon pojechaliśmy przez Alpy (^havvah, nie czytaj). Wiem, że mnie się łatwo zachwycać, bo to TŻ siedzi za kółkiem i odwala całą ciężką pracę związaną z jazdą (a ja mam tę łatwiejszą część z entuzjazmowaniem i wydaniem dźwięków), ale fascynujące się górki, dolinki, serpentyny, kamienne mosty wyglądające jak romańskie akwedukty, zbocza na kilkadziesiąt metrów w górę i w dół i miasta w dolinie gdzieś tam zupełnie na dole, czasem za mgłą. Przy bardziej drastycznych zjazdach i podjazdach zaczynały odpadać uszy jak przy jeździe szybką windą (już można czytać). A przy tym co chwila mija się subtelne i ładnie ukwiecone małe miasteczka, z kamiennymi domkami, małymi kościółkami, bulodromami i starszymi panami siedzącymi na ławeczkach i zapewne dyskutującymi o tym, że młodzież dzielimy na obiecującą i ech, tą dzisiejszą. Po drodze przejechaliśmy przez Morbier, które niestety nie miało żadnego gustownego kramiku z lokalnym wyborem, koniecznie zapakowanym próżniowo, bo ser Morbier, mimo że bardzo sympatyczny w smaku, jednak trochę cuchnie jak zużyte skarpetki. Z wielkim żalem (albowiem się na lancz do Dijon spieszyliśmy, a lancz to rzecz święta) ominęłam Langres, zbudowane wewnątrz i dookoła kilkukilometrowych murów obronnych, z malutkim acz bardzo zabytkowym cmentarzykiem z kapliczkami i uliczkami zaraz obok. Zdecydowanie małe francuskie miasteczka zasługują na kilka dni poświęcone na wąchanie wiejskich kwiatów, robienie zdjęć krowom (mam nieskrywaną fascynację stadami krów, które leniwie leżą i żują; we Francji głównie beżowe i białe, czasem w szaro-czarne kropki, rzadko w biało-czarne plamy) i szukanie lokalnych wyrobów, ze szczególnym uwzględnieniem spożywczych.

Po to warto jechać do Dijon. Z dwóch z kilkudziesięciu sklepów (nie oszukujmy się, specjalnie dla turystów, bo lokalni pewnie żywią się hamburgerami i pizzą) wyszłam z wielkim trudem, bo weź tu się człowieku zdecyduj, jakie musztardy z kilkudziesięciu gatunków wybrać, czy wziąć większe opakowanie lokalnych pasztetów i czy ten ser, co się tak malowniczo rozkłada na desce, to dożyje do Polski. Zapałałam uczuciem do lokalnych pierników, czasem czystych, czasem nadziewanych orzechami, owocami i innymi cudami. Niestety rozsądek zwyciężył w kwestii kilku słoików z miodem, ale pluję sobie w brodę, że nie umiałam zdecydować między tymiankowym a lawendowym i ostatecznie wyszłam bez żadnego. Po co człowiekowi rozsądek, ja się pytam?

Rozsądek zapewne by mi się wyłączył w Les Halles, niestety w tym barbarzyńskim miejscu zamykają o jakiejś skandalicznej godzinie, więc nie miało mnie co w pięknej, biało-niebieskiej hali kusić (a sądząc po odcyfrowywanych francuskich napisach, było tam wszystko, zaczynając od kiełbasek, oliwek, serów, owoców i warzyw, na ciastach, rybach i pieczywie kończąc).

Samo Dijon ma bogate, dość skoncentrowane centrum z katedrami, pałacami i urokliwymi bramami. Jakbym była błyskotliwsza, to bym doczytała na mapce, że zielona trasa po starówce to bezpłatny autobus, który wozi leniwców z miejsca na miejsce. Na własnych nogach oczywiście też się da, ale w końcu mam wakacje i mam się lenić. Tylko coś mi nie wychodzi. W każdym razie – zdecydowanie trzeba wrócić po nauczeniu się czegokolwiek w nieludzkim języku, żeby chociaż z karty wybrać, co się lubi bardziej (sama wiedza, że fromage to ser jest cenna, ale niekoniecznie wystarcza).

Luxembourg

Napisy po +/- niemiecku, a większość mówi po francusku. Kelner w szaszłykowni tłumaczył długo i pokrętnie, czym się różni jedna wołowina od drugiej. Po czym przeszedł do pokazywania palcami i wyszło, że jedna porcja jest mniejsza, a druga większa. Zazdroszczę Luksemburczykom, bo miasto urody dużej. Z zameczkami, parkami, rezydencjami, restauracjami, chromowano-szklanymi biurowcami i zestawem ekskluzywnych sklepów (ja się pytam, czemuż akurat trafiłam na sklep Laury Ashley w jednym z droższych miejsc na świecie? Ja tu nie mam miejsca w szafie!). Z mostem, pod którym nie ma rzeki, tylko jest ogród. Czuć jaśmin, róże i zapach pieniędzy w powietrzu.

Zdjęcia z Dijon i z Luxembourga.

Dzień dziecka w Genewie

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 20:37:03

Jeśli 5-latek zawinszuje sobie aparatu cyfrowego, pierwszą rzeczą jest wyłączenie trybu zdjęć seryjnych (co i tak na wiele się nie zda, bo wystarczy odpowiednio mocno walić w przycisk, żeby tenże efekt uzyskać) oraz włączenie lampy (nawet jak jest jasno), bo zdjęcia bez lampy nie są ważne. Jak również warto zacząć od wyrabiania nawyku zakładania paska na szyję, bo jednak pięcioletnie rączki nie są zbyt stabilne (nie żeby pasek na szyi pomagał na utrzymanie pionu i poziomu na zdjęciu, ale przynajmniej aparat nie spada). Teraz czekam na gromy, jakie posypią się ze strony ^Anetek za sprowadzenie potomstwa na złą drogę (mniejszym kosztem zapewne będzie obsłużenie dwulatki w kwestii zamiłowania do świecidełek i notesików w kotki).

Lubię miasta nad wodą. W centrum Genewy jest jezioro i jest to bardzo przyjemne miejsce, żeby posiedzieć, poleżeć albo ponicnierobić. Ponicnierobić można też w jednej z okolicznych kawiarenek, gdzie jednak ciut dziwi mnie już, że ciągle jeszcze trzeba płacić w szwajcarskich frankach, a nie w euro (dość zabawne jest to, że od ładnych paru lat spłacam co miesiąc okrągłą kwotę w tejże walucie, a w zasadzie nie miałam w ręku jakoś bardziej świadomie banknotu[1]). Mniej dziwi, że restauracja zamyka się po porze lanczu i serwuje jedynie napoje, bo to jednak oznacza, że jest gdzie ten lanczyk zjeść.

[1] A ładne są, kolorowe – różowe, niebieskie i dość umowne, mniej jak typowa waluta, a bardziej jak kolorowe kwitki.

Więcej zdjęć.

01 czerwca 2009

Dlaczego niekoniecznie warto jechać do Vaduz

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 01:39:59

GPS, zwany mniej lub bardziej pieszczotliwie Katarzyną, zgrzał się nieco i poza ustawicznym gubieniem trasy oznajmił, że szlag mu również trafił zasilanie, więc się wyłączy i tak będzie leżał. Jako że na kaprysy zebrało mu się na takim kawałku mapy Europy, na którym skala była nieco za mała jak na nasze potrzeby (granica trzech państw, do tego miast i miasteczek naćkane jak psich kup na ulicy Pamiątkowej w Poznaniu), zaczęliśmy nieco oszczędzać te 5-10% baterii, które metodą przyciskania kabelka udało nam się z samochodowego prądu uzyskać.

Przejechaliśmy Vaduz, o czym za chwilę, wjechaliśmy na niesamowitej urody szwajcarskie autostrady[1], Katarzynie się poprawiło, po czym dotarliśmy do Zurychu, gdzie utknęliśmy w prześlicznej urody korku. Zdążyłam się zdrzemnąć, wkurzyć kilkanaście razy, przejrzeć zdjęcia i częściowo wyciągnąć z nich tyle, na ile brak myszki pozwalał[3], pooglądać mijające nas samochody[4] i takie tam, po czym NIE zostałam rozśmieszona żartem TŻ, który wyłączył Katarzynę. Zapytałam się, czy wie, jak jechać, jak wyjedziemy z korka. „Katarzyna zeznała, że jeszcze 1,5km prosto, więc mogę ją ze spokojem włączyć za godzinę, bo tyle nam to 1,5km zajmie”. Nie śmieszne. Naprawdę.

Wracając do Vaduz, powinnam się była poczuć ostrzeżona faktem, że w zasadzie żadne turystyczne źródła nie informowały o tym, co w Vaduz jest do obejrzenia (ba, nie informowały o niczym turystycznym w Liechtensteinie). Po malowniczej trasie wzdłuż brzegu jeziora Bodeńskiego, gdzie wszystko krzyczało „zatrzymaj się, wypożycz rower, zrób rundkę dookoła, a potem zjedz coś smacznego w jednej z okolicznych restauracyjek” i przebojach z Katarzyną wjechaliśmy wreszcie do Vaduz, gdzie okazało się, że po pierwsze z upalnych 25 stopni i pełnego słońca wylądowaliśmy w przeraźliwym deszczu i burych tumanach unoszącej się wody, po drugie Vaduz zdecydowanie przysługuje zaszczytne miało dziury nad dziurami[5], a po trzecie – niedziela (jak również i sobota) to jednak nie jest najlepsza pora na stolicę Liechtensteinu, albowiem zamknięte są nawet hotele, o restauracjach nie wspominając. W tumanach deszczu, chwilami łagodniejących do zimnej, 13-stopniowej mżawki, zrobiliśmy krótką rundkę po okolicy (daleko nie było), obejrzeliśmy Wszystko Co Można (winniczkę przy bardzo obiecującej, acz – haha – zamkniętej restauracji, ratusz, kościół, w którym obudziliśmy chyba sympatycznego pana w garniturze, bo aż wyszedł bocznym wejściem z mocno pytającym „hello?” i okoliczne górki, na których pewnie można się było wspiąć w celu obejrzenia domków, zameczków i innych cudów na kiju) i to by było na tyle. Mam nadzieję, że jednak taki Luxembourg to jednak ma trochę więcej dla szarego turysty, bo jak nie to trochę będę rozczarowana.



Wiecej zdjec

[1] Górki, górzyska, beżowe krówki[2], owieczki i szalety. Co jakiś czas oszałamiająco szafirowe jezioro, przy którym – jakby nie rzucająca się co chwila przeraźliwa ulewa – można było stawać co 50 metrów i robić zjawiskowy, acz zapewne kiczowaty pejzażyk.

[2] A mówili, że to fioletowe krowy dają czekoladę Milka. Kłamali.

[3] Normalnie wpiszę sobie do cv, że umiem obsługiwać Picasę za pomocą touchpada.

[4] No ależ oczywiście, że pas, na którym stoimy, jedzie najwolniej, zwłaszcza w okolicy nieznanej, gdzie za bardzo nie wiadomo, czy warto kombinować ze zmianą pasa.

[5] Nie wiem, czy rozdają nagrody za miejsca, w których całkowicie nic nie ma, ale to mój typ.

30 maja 2009

Norymberska sobota

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:26:11

Na poboczu niemieckich autostrad kwitnie fioletowy łubin.

Nie przeszkadza mi zupełnie, że prawie całe stare miasto w Norymberdze zostało postawione od nowa po wojnie, bo nie wygląda na beton i cegłę dziurawkę. Przeszkadza mi trochę, że 80% restauracji to włoskie z obowiązkową pizzą. Znalezienie porządnej niemieckiej restauracji, żeby był sznycel i sery okazało się całkiem niezłym wyzwaniem. Znaleźliśmy (kluczem jest wchodzenie w boczne uliczki) i nie żałuję ciężkiej pracy i kilometrów w podeszwach, bo bardzo przyzwoita. Moja nauczycielka niemieckiego z liceum byłaby dumna, bo umiem się dogadać z kelnerką i nawet zadawać trudniejsze pytania typu "które piwo lepsze" (nie że dużo więcej, ale i tak jak na sześć lat nauki to nieźle).

Wiem, marudna jestem, ale tak mógłby wyglądać Poznań, gdyby nie dziesiąt lat rządów ludzi, którzy kazali zbudować Estkowskiego, a teraz twierdzą, że zależy im na gościach biznesowych, a nie jakichśtam turystach. Z całego serca moje serdeczne życzenia, żeby Was obesrało.

Więcej zdjęć

Praski piątek

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 22:50:36

Ja to jednak do Pragi mam pecha. A to kostkę skręcę, a to w listopadzie nagle wysypuje śnieg i przeraźliwe zimno. Teraz mimo wyboru ładnych okoliczności kalendarza było albo buro, albo padało, a do tego – co jest abominacją pod koniec maja – było poniżej 10 celsjuszów (tylko gradobicia brakowało). Grzecznościowo zabrane skarpetki na okoliczność, że sobie ahystokhatyczne stopy obetrę, okazały się być towarem pierwszej potrzeby, żeby mi paluszki z zimna nie odpadły.

Doceniłam jednak Pragę w listopadzie – dopiero dziś zrozumiałam, co to znaczy „tłum turystów”. Kolejka do katedry św. Wita miała kilkaset osób. W Złotej uliczce było widać dachy, resztę zasłaniał kłębiący się tłum płci obojga, gęsto przetykany paniami w wieku mocnopostbalzakowskim, które są chyba najokropniejszymi turystkami, bo idą jak stado baranów, przepychając się rogłokciami, byle dojść do celu i zrobić sobie zdjęcie idiotenkamerą, trzymaną pieczołowicie na sznurku owiniętym dookoła nadgarstka (bo kradną).

Praga za to urocza, mimo że Cepelia. Poczułam się już jak u siebie, bo trafiłam do ściany Lennona już za pierwszym razem, a wieczorna rundka po Starym Mieście była przemiła, nawet mimo nieudanego oczekiwania na maszerujących świętych przy zegarze, którzy chyba poszli wcześniej spać, bo o 22 nie raczyli (za to ta wspólnota rozczarowanego tłumu, który chrumkał i chrząkał do siebie z dezaprobatą - unikalna).

Lubię praskie restauracje za obsługę – mile uśmiechnięci kelnerzy, którzy wyjmują spod ręki pustą szklankę minutę pod tym, jak się wypiło ostatni łyk. Zupa gulaszowa w Starometskiej Restaurace warta grzechu. Wróciłam do małej włoskiej knajpki na Nerudovej na małą porcję szparagów z serem; nic się nie zmieniło od listopada (no, nie było śniegu na tych schodach, na których uprawialiśmy zaawansowaną bitwę na śnieżki).

Wezbrała mi namiętność do starych samochodów. Jak na współczesnych samochodach zwykle nie wyznaję się nawet na tyle, żeby powiedzieć, że mi się podobają, tak w przypadku takich Felicji czy innych Prag...



Mam natomiast szczerą nadzieję, że niechętna baba na stacji benzynowej Shella dostanie co najmniej sraczki. Podjechaliśmy, przy dystrybutorze stał niespikający starszy pan,, który na macanego objaśnił, że karty nie halo. Ale że cash, korony bądź euro. Odpytałam, czy mają bankomat. Podobno mają. Nieufna jestem, poszłam zobaczyć. Oczywiście nie było, ale uczynny pan rozpoczął nalewanie. I tak zostaliśmy jak wazony przy kasie z nędzną resztką koron i drobiazgami w euro, złotówkami i całym setem kart wszelkiego autoramentu i wszystkowdupiemającą udzielną panią na kasie, która również nie władała ani angielskim, ani niemieckim (odpadła moja uprzejma sugestia, że w takiej sytuacji to możemy te 6 litrów benzyny odessać i oddać, skoro jesteśmy niewypłacalni). Long story short, po posiorbaniu w mankiet młodemu człowiekowi na stoisku spożywczym, okazało się, że babol ma żelazko do kart i może zautoryzować visę offline, oczywiście dodatkowo telefonując do centrum autoryzacji, podając kompletny numer mojej karty na całą stację (pozdrawiam współklientów i jednak mam nadzieję, że nie notowali ;-)). Zrobiła to jednak tak niechętnie, że miałam szczerą chęć zasugerować jej, gdzie sobie może pokwitowanie wetknąć. Obiecuję, że wszyję sobie na takie okazje do stanika banknot kilkudziesięciueurowy, słowo.

Więcej zdjęć

24 maja 2009

Lubię Google Maps

Poziom: 1 * Listy spod róży / 11:43:24

Kiedyś lubiłam oglądać mapy i planować palcem po papierze, brakowało mi jednak tego, żeby pozaznaczać na mapie to, co mnie interesuje (no przecież nie będę mazać długopisem!), brakowało mi zwykle miejsca, żeby taką mapę solidnej wielkości rozłożyć, nie wspominając o tym, że trzeba ją mieć i musi być na tyle mocna, żeby atak zmasowany kocich łap jej nie zmógł, nie wspominając o tym, że wyznaczanie odległości i ocena czasu to jednak nie była precyzja. GM robi wszystko, co chcę, dlatego zrobienie kolejnej wersji mapki wyjazdu to kwestia trzech minut. Czyż to nie urocze?

30 kwietnia 2009

Opowiedz o swoich planach

Poziom: 1 * Listy spod róży / 21:48:05

... a Bogini Cię wyśmieje. Liczę jednak, że czuwa nad moją kartą kredytową pewna dobra siła sprawcza, jak również że liczba dobrych uczynków, jakie codziennie popełniam, ratując świat, więc nie rozsypie mi się misterny plan na urlop, który sobie właśnie uknułam i na jego konto dokonałam zestawu rezerwacji. I tak, o:

  • 29.05, piątek - Poznań - Praga (591 km – około 6 godz. 45 min) [Hotel Residence Mala Strana]
  • 30.05, sobota - Praga - Norymberga (288 km – około 2 godz. 43 min) [Hotel Motel One Nürnberg-City]
  • 31.05, niedziela - Norymberga - Neuschwansteinn - Vaduz - Saint-Genis-Pouilly (284 km – około 3 godz. 28 min + 208 km – około 2 godz. 22 min + 388 km – około 3 godz. 49 min)
  • 1.06, poniedziałek - Saint-Genis-Pouilly - Genewa
  • 2.06, wtorek- Saint-Genis-Pouilly - St. Eloy - Dijon - Ahuy - Luxembourg (117 km – około 1 godz. 33 min + 213 km – około 2 godz. 4 min + 5,5 km – około 11 min + 319 km – około 3 godz. 11 min) [Hotel Piemont]
  • 3.06, środa - Luxembourg - Antwerpen - Rotterdam (259 km – około 2 godz. 19 min + 101 km – około 1 godz. 13 min) [New Ocean Paradise]
  • 4.06, czwartek - Rotterdam - Gouda - Oudewater - Brema (28,1 km – około 29 min + 13,9 km – około 19 min + 359 km – około 3 godz. 21 min) [Hotel Blaue Villa]
  • 5.06, piątek - Brema - Berlin - Poznań (395 km – około 3 godz. 36 min + 296 km – około 3 godz. 33 min)

Tadam. Oczywiście może zapaść epidemia świńskiej grypy, popsuć się samochód, pochorować któreś z nas lub spać seria innych nieszczęść, ale naprawdę liczę, że jednak nie. Z góry dziękuję za pozytywne ustosunkowanie się do mojej prośby.

EDIT: It's my lucky day. The Cheese market - Every Thursday morning during the summer. Taste the real Gouda Cheese.. Mr.

EDIT2: No, nie taki lucky, bo summer zaczyna się 23 czerwca. Pity.

05 kwietnia 2009

Po co pojechałam do Berlina

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 22:48:39

No przecież nie służbowo na statek, to TŻ. Ja sobie pojechałam towarzysko załatwić kilka nie cierpiących zwłoki biznesów.

Przede wszystkim po to, żeby zwiedzić kulinarnie kilka nowych miejsc. Nie wstydzę się napisać, że uprawiam turystykę kulinarną i na wyjeździe wszystkie zdobyte kalorie liczą się połowicznie. Turek (na Am Köllnischen Park) smakuje uczciwie po turecku, nie skąpiąc warzywek, dolmadakii czy innych marynowanych papryczek. Niemiecki śniadaniowy zakątek na Akazienstrasse 28 oprócz miękkich kanap w niedziele[1] daje szwedzki[2] stół ze wszelakimi dobrymi goodies i książki w bookcrossingu (przeważnie niemieckie, ale da się coś po angielsku znaleźć).

Poza tym pojechałam po wiosnę. W zasadzie zamiast wiosny było takie trochę lato[3], ale nie będę narzekać. Wszystko kwitnie, pachnie, ptaszęta śpiewają, zwierzyna w zoo[4] co krok ma młode - a to słonię, to wydrzę czy inne pawianię, nie wspominając o małych alpaczkach czy innych ptaszętach.

I po miasto. Berlin jest dla mnie kwintesencją miejskości. Z pięknymi zakątkami, doskonale rozwiniętym metrem, którym jeździ się doskonale (aczkolwiek nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem ideę biletu 2-godzinnego "w jedną stronę"[5]), z sympatycznymi i kolorowymi ludźmi, których brakuje mi w Polsce. Z malowniczymi ryneczkami. Z pięknie odnowionymi kamienicami, połączonymi z nowoczesnymi domami, z niesamowicie zagospodarowanymi podwóreczkami. Powtarzam się, ale jakby nie ten język (moja niemczyzna jest przeraźliwie słaba i po dwóch słowach przełącza się automatycznie na angielski), to bym pojechała do Berlina mieszkać. Teraz już. W każdym razie każda wizyta w Berlinie to nowy miły zakątek, lista rzeczy, które chciałabym obejrzeć, rośnie.

Pojechałam też na zakupy, ale jakoś nie udało mi się ogarnąć faktu, że jakoś tak się składało, iż powroty z Berlina organizowaliśmy zwykle w sobotę bądź w poniedziałek. I dostałam na twarz pozamykane sklepy, co zapewne było w trosce o mnie, bo nie udało mi się wydać prawie żadnych pieniędzy. A chciałam! Naprawdę! Nie to nie.

[1] Bo w tygodniu dają śniadania z karty. Od 9 do 23. Uwielbiam miejsca, gdzie można bułeczkę z serkiem, tosta z marmoladą czy jajecznicę o dowolnej porze.

[2] J. (Holender) objaśnił mi, że bohater Muppetów, u nas i wśród reszty świata nazywany jest Swedish Chef, w Szwecji jest nazywany Polskim Kucharzem. Ke?

[3] No jakoś nie umiałam mentalnie przeskoczyć faktu, że półtora tygodnia temu sypał sążnisty śnieg i nie wzięłam ze sobą sandałków. Nierozważnie. W każdym razie w aptekach mówią po angielsku, a zmasakrowane paluszki da się obkleić plastrem dla dzieci. W zwierzątka.

[4] Zoo w Berlinie jest zoem wyczynowym, wielkim i rozległym. Po przejściu 2/3 mimo kilku przerw kondycyjnych, polegających na malowniczym zaleganiu na okolicznych ławeczkach, odpadła mi dupa i zwiedzanie akwarium i części zagródek odłożyłam na później.

[5] Zakładam, że dopóki zmieniam linie i nie wracam żadną, którą już jechałam, to jestem w prawie.

EDIT: Więcej zdjęć z Zoo i Berlina.

21 marca 2009

Przykazanie 13

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:14:53

Będziesz wyprowadzać swojego Nikona na spacer, zwłaszcza jeśli jest słońce. Grzeczna jestem, to wyprowadzam, zwłaszcza że dziś pierwszy dzień wiosny.

Będąc młodą bloggerką, dawno, dawno temu pojechałam na wakacje do Budapesztu. Po jednej stronie Dunaju miasto, po drugiej górki. Znajomy, z którym jechaliśmy, zawinszował sobie, żebyśmy wybrali się przejść we wspomniane miejsce. Dodatkowo mieliśmy pojeździć różnego autoramentu komunikacją - metrem, autobusem i kolejką zębatą, co mi się okrutnie spodobało. Pojechaliśmy, wyszliśmy na takie fajne in the middle of nowhere, idziemy szlakiem turystycznym, po czym tak po 5 minutach (kiedy już mi się zaczęło pchać na usta delikatne "Papo Smerfie, daleko jeszcze") doszliśmy do tablicy z trasą. Na widok kilometrażu oflagowałam się i odmówiłam uprawiania dalszych wojaży, albowiem jestem przeraźliwie leniwa i wizja snucia się w górę i w dół mnie nie kręciła za bardzo. Znajomy jednak nalegał, zanęcając mnie wizją jeszcze jednej kolejki, która jeszcze bardziej mi się spodoba. Wlekłam się więc, narzekając i jojcząc wniebogłosy, bardziej dla przyzwoitości, bo to było jednak parę kilo temu, lato, piękne okoliczności przyrody i w zasadzie nie miałam lepszych planów na ten dzień. Dowlekliśmy się wreszcie do wspomnianej kolejki, okazała się być genialna, po czym dopiero w tym miejscu znajomy wyznał, że kolejka jeździ w co drugi poniedziałek i aż do zobaczenia rozkładu jazdy na końcu trasy nie był pewien, czy nie będziemy schodzić piechotą, a wolał mnie wcześniej nie irytować[1].

Bogata w takie doświadczenia nie poszłam analizować mapy w Śnieżycowym Jarze (a na kierunkowskazach przezornie nie było podane, ile ma rundka przez rezerwat), tylko twardo poszliśmy z TŻ oglądać wielkopolską roślinność. Jak na pierwszy dzień wiosny wiało przeraźliwie i odmarzały uszka, po kilometrze miałam dość, po drugim było lepiej, a potem było naprawdę w cholerę kwiatków (najpierw kilka, potem kilkadziesiąt, a jak się popatrzyło w dal - miljony[3]).

Zima jest przerażająca, pozbawia energii życiowej. Przeszliśmy raptem kilka kilometrów (część pod górkę, pod górkę jest bardzo źle); więcej i bez takiego zmęczenia przeszłam w Buenos, ale w temperaturze przyjaźniejszej i w zdecydowanie lepszej przyodziewie (poproszę o zimową kurtkę ważącą tak do 20 deka, NAOW). Jakby nie poranna Weranda[2], padłabym w połowie drogi i to by było na tyle. A tak - napchana twarożkiem, ogóreczkiem i tuńczykiem - nie musiałam być ciągnięta za nóżkę jak Kubuś Puchatek. Śnieżycowy Jar - bdb, z podziękowaniami dla Wonderwoman.

[1] W zasadzie to lubię budzić strach. I niepewność. Tak, bardzo lubię.

[2] Zdecydowanie śniadanie w Werandzie jest bardzo dobrym pomysłem, bo mimo kilometrów głodna się zaczęłam robić dopiero koło 20. Acz szlachetne zakończenie nóg dalej mnie boli.

[3] I całe stado Straży Leśnej, dbającej, żeby turyści nie tratowali, nie zrywali i nie żarli.

19 marca 2009

Asertywność 10, zrozumienie 0, sanity -5

Poziom: 1 * Listy spod róży / 22:44:31

W karcie stoi, że sałatka Mississipi zawiera sałatę, oliwki, ser feta i sos aioli. Nauczona smutnym a wieloletnim doświadczeniem, że pomidora można wetknąć do potrawy zawsze i wszędzie (sprawdzić, czy nie ma w deserze), pytam grzecznie, *co jeszcze* znajduje się w sałatce. Kelnerka patrzy jak na wodorost i objaśnia, że to, co jest w karcie. Winszuję sobie więc.

W przyniesionej sałatce oprócz "tego, co w karcie", znajdują się: kiełki, zwiórkowana marchewka, papryka, rzodkiewka i... tadam, mnóstwo pomidora. Zirytowałam się i zapytałam, wtf. Pani mi objaśniła, że kucharz mi sałatkę trochę wzbogacił i że jak *wzdech* sobie życzę, to zabierze do kuchni i mi tego pomidora powyciągają. Zdusiłam w sobie sugestię, skąd mogliby powyciągać. Kelnerka jednak zauważyła, że coś jest nie tak, poszła się naradzić do kuchni i wróciła z propozycją darmowej kawy bądź herbaty.

Okoliczności przyrody pominę. Kurtynę też. Szczęśliwie sałatka była (po wyjęciu sterty pomidorów) jadalna.

31 stycznia 2009

Z powrotem w śnieg

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:21:39

Mały ciepły kot na zmianę leży mi na kolanach albo pod biurkiem. Wszystkie trzy sępią o żarcie. TŻ blisko. Domowa herbata. W kolejności dowolnej. I nie ma tego hałasu, który miałam w uszach przez ostatnie ponad 20 godzin. Wprawdzie na rozkładanym do poziomu siedzeniu da się wyspać, a jedzenie w biznesie Lufthansy jest naprawdę bardzo przyzwoite (i z menu! a w menu sery, suszone owoce, dżemik, wędliny, rybka w sosie cytrynowym i inne dobra), ale w samolotowej łazience nie da się umyć i człowiek na kolejne lotnisko wychodzi nieco cuchnący i połamany (nie wspominając o stratach moralnych, spowodowanych przebywaniem w bliskiej okolicy ponad setki dziewcząt w wieku lat nastu, odzianych w identyczne koszulki i plastikowe uszka Myszek Miki, drące się i śpiewające ożywcze pieśni po hiszpańsku, nagradzające każdą piosenkę brawami i okrzykami). Frankfurt tym razem mnie zirytował, bo nie dość że bramki przylotowe były umieszczone na różnych poziomach przeciwległych krańców lotniska, to jeszcze po kontroli paszportowej przepuścili mnie przed bramki, na których uprzejmy pan celnik zatrzymał mi kilogramowe opakowanie Dulce du Leche, albowiem "jest trochę płynne". Germańscy oprawcy. Wybuchnę kremem krówkowo-mlecznym samolot, jasne. Z drugiej strony... Trochę żal mi słońca, żal mi tego, czego nie zobaczyłam, tego, czego nie kupiłam (przekazuję tu serdeczne pozdrowienia Citibankowi) i czego nie byłam w stanie zjeść z powodu posiadania tylko jednego żołądka. Ja wiem, że wrócę, chociaż pewnie nie za prędko. Dbajcie tam o te koty w Jardín Botánico Carlos Thays de la Ciudad Autónoma de Buenos Aires, nie?

Będzie jeszcze trochę zdjęć z Puerto Madero, ale to jak się odgruzuję.

PS Też macie takie natręctwo, że Wam się różne słowa kojarzą z piosenkami? Zobaczyłam na mapie koło Buenos Ensenadę i "Detonation Boulevard" chodził za mną kilka dni. A w międzyczasie w Sheratonie gra Doctor Jeep.

29 stycznia 2009

Kierowcy autobusów są craaazy

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 01:18:52

Oni tu wszyscy niby jeżdżą zgodnie z kierunkiem jazdy, ale trąbią, nieledwie ocierają się o siebie, ruszają z piskiem przy zmianie świateł. Do autobusu trzeba machać, bo inaczej się nie zatrzyma, na przystankach nie ma rozkładów (tylko czasem jest podana trasa), bardzo pomaga zapytanie w hotelu w recepcji, jak dojechać tu i tam, bo metro nie wszędzie jeździ. Autobusy tanie, ale trzeba mieć monety (z podziękowaniami dla N.), których brakuje, bo wszyscy wydają resztę w banknotach 5 i 2-pesowych (przyznam, że najzabawniejsza myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to złupienie żebraka bądź w wersji humanitarnej wymiana jego monet na papierek). Dość zabawne jest, że wszyscy grzecznie po wejściu przednimi drzwiami wrzucają monety do automatu z tyłu za kierowcą, odbierają kwitek, a dopiero potem siadają, przy czym stojący w drzwiach tłumek się nie niecierpliwi, jak ktoś ciurka 5 i 10-centavosowymi monetami. Na zakrętach żołądek wychodzi i siada obok, nie wyobrażam sobie, jak można jechać takim autobusem bez trzymania (a byli tacy!). Ale mimo trąbienia i kawalerskiej jazdy, autobus dowozi, gdzie trzeba (a potem, jak wspominałam gdzie indziej, zajmuje się na przykład migdaleniem z bonita chica na pętli).

Autobusem dojechałam do La Boca - obrazkowo latynoskiej dzielnicy, pomalowanej tęczowo, z tańczącymi tango na ulicach, nachalnymi zapraszaczami do sklepów i do knajp (dopadł mnie jeden w koszulce chyba Dimmu Borghir(?) i na wejściu zapytał, czy aby nie jestem z Polski, bo tak właśnie wyglądam (omg! podobno widać po twarzy i włosach); wymieniliśmy parę uprzejmości, wyjaśniłam, że za "czecie piwo" dziękuję, bo nie pijam i nie, nie zostanę na kolacji[1]). Dzielnica biedna, brudna, pełna wałęsających się luzem psów i psich kup, ale kolorowa. Pułapka na turystów, ale z wdziękiem. Do tego wielki narodowy stadion La Boca Junior, drużyny w niebiesko-żółtych barwach rodem z IKEI.

[1] Może i nawet bym została, ale a) upatrzyliśmy sobie wczoraj knajpę na Paraguay[2], b) w La Boca przy porcie wali jak misiowi spod pachy i mimo chusteczki przy nosie miałam ochotę rozprowadzić zawartość żołądka po trotuarze. Miliony martwych ryb i ścieków nie mogą się mylić.

[2] Knajpka droga (nie wiem, może nie umiem trafić na tanie, ale nie udało nam się jeszcze wyjść z rachunkiem niższym niż 100 pesos ~= 100 zł na dwie słabe kobiety), ale bardzo miła, z polskim akcentem (wódka wyborowa w barze) i z dużym wyborem doskonałego jedzenia (steki na cały talerz!). Wiem, wstyd, zjadłam pizzę, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że lokalną (pizza a la piedra) - na cieniutkim, kruchym cieście, z serem i oliwkami.

28 stycznia 2009

Dzisiaj zużyłam 4 plastry

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 19:41:30

... w rybki, żeby zaplastrować nieco zdemolowane stopy, bo się chodzi. Oj, się chodzi. Chyba odróżniam się od populacji, bo odpytują mnie, where am I from (oraz sugerują, że powinnam schować aparat, bo tu kradną, no ależ ja was państwo proszę). Naród pomocny, nawet jeśli nie mówi inglese, braki językowe zastępuje mówieniem coraz głośniej i machaniem rękami. Poczta jest doskonale schowana, trzeba naprawdę pieczołowicie wypatrywać albo skrzynki pocztowej, zwykle stojącej pod urzędem, albo szukać mało widocznego słówka Correo (przewodnik zeznał, że listy dochodzą po długim czasie albo nie). Już bardziej widoczne jest metro, które tu się nazywa Subte i ma dość charakterystyczny znaczek.

Jutro kończy się rumakowanie (a zaczynają warsztaty), więc trochę odpocznę, bo w upale nawet 2-godzinny spacer to ciężka praca jest. Ogród botan^Wfelinologiczny, na mapie wyglądający niepozornie, dał mi straszliwie w kość, mimo że co kwadrans robiłyśmy z K. przerwy kondycyjne na wypicie wody. Podobnie ogród zoologiczny - powierzchnię ma mniejszą niż zoo w Poznaniu, ale upakowane są tam takie cuda, że po trzech godzinach człowiek się nagle orientuje, że zaraz mu coś odpadnie. Podobnie dziś Recoleta - buenoskie Powązki z zakurzonymi grobowcami, nieledwie piszczelami wystającymi z półotwartych trumien - miały być łagodnym spacerkiem na godzinę, a okazały się maratonem dookoła 4800 grobowców z przerwami na wodę oraz dłuższą na jabłuszko, spożyte niefrasobliwie na schodach do katakumby jakiegoś śp. chyba lekarza. Myślę, że się nie obraził, jabłuszka są zdrowe. Bardzo sobie chwalę, że można sobie 2 okolicy południa usiąść w kawiarence, wypić kawę ze śmietanką (taką maślano tłustą, że aż pływają oczka) i zjeść coś dobrego (wczoraj trafiłyśmy do knajpeczki z kuchnią argentyńską, serwującą m. in. pieczone pierożki z wołowiną, serem, tuńczykiem, kukurydzą czy dość hardcorowo z szynką, ricottą i z karmelem na wierzchu, dziś do kawiarenki na grzanki z tuńczykiem).

Myślę, że mogłabym żyć w ciepłych krajach. Oj, mogłabym.

Bueno, bueno

Poziom: 1 * Listy spod róży * Różne takie / 00:48:43

Brak notek jest sponsorowany przez CitiBank Handlowy, szlag by go trafił. Buenos fajne. Ciepło, bardzo nawet. Różnica czasowa 3h, a nie 4 (albowiem wyszło, że od roku wprowadzili zmianę czasu między styczniem a marcem). Zaszłością historyczną jest, że peso są oznaczane wszedzie znaczkiem dolara, mimo że kurs dolara wynosi 3 peso z ogonem. Metro kosztuje 1,1 peso (~1,1 zł) za dowolną trasę z dowolną liczbą przesiadek. Port malowniczy. Ogród botaniczny powinien nazywać się ogrodem felinologicznym , a w ogrodzie zoologicznym są rzeczywiście białe lwy (i nie tylko). Jedzenie boskie, acz niezbyt tanie. To, że na www napisali, że w hotelu jest free wifi, niekoniecznie jest prawdą. Śniadania w cenie są prawdą. Amerykański sposób ścielenia łóżka średni i upierdliwy w obsłudze (kilka warstw koców i prześcieradeł bez kołdry właściwej. Listy podobno nie dochodzą, bo poczta zawodna. Jutro chcę jechać do Boca, ale tam metro nie dochodzi i trochę jestem w kropce (ciut za daleko na spacer, zwłaszcza że mam już bąble na stopach. I jak mi przejdzie irytacja, to napiszę, czemu szlag mógłby trafić CitiBank Handlowy. Ale nie wcześniej.

26 stycznia 2009

Poznań - Monachium - Rzym - Buenos

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 10:37:37

Dwa lata temu wyzłośliwiłam się w kwestii tego, jak wygląda według WP (kto zna, ten wie) świat z samolotu. I złośliwość swoją podtrzymuję, albowiem lecąc w klasie biznes ma się zdecydowanie więcej powodów do radosnego zachwytu. Mimo że w małych samolotach b-klasa to te same siedzenia i miejsce, ale ma się nad głową stewardesę (a konkretnie turecko wyglądającego stewarta o bogatym owłosieniu, który co chwila coś proponuje - a to wodę, a to czasopismo, a to może torbę przełożyć, wina, czekoladkę czy co tam sobie pasażer winszuje). Dodatkowo zamiast plastikowych pojemników posiłek serwowany jest na porcelanie. Wzruszyło mnie bardzo zaangażowanie, z jakim są dobierane elementy brunczyku czy lanczyku: na trasie Poznań-Monachium serwowano przekąskę z kuchni heskiej, a między Monachium a Rzymem - cuda z winogron. Kuchnia heska mnie nie zachwyciła specjalnie, bo ani gruene soese, ani pasta z marynowanego sera (Schneegestoeber) za smaczna nie była, a przeraźliwie twarda bułeczka i średnia suszona szynka całości nie ratowała, najprzyzwoitszy był deser - Frankfurter Kranz (biszkopt z kremem maślanym, obsypany migdałami).

Przekąska winogronowa z kolei była przeurocza - pikantna sałatka z winogron, ziół, kaparów i czegoś ostrego ze stekami z tuńczyka (zanim nie przeczytałam w dołączanej do posiłku ulotce - czyż to, swoją drogą, nie słodkie? - co jem, byłam przekonana, że to jakiś lokalny analog wędzonej polędwicy), kozi i pleśniowy ser z winogronowym chutneyem (yummi!) i winogronową musztardą (yuck!) z wisienką na czubku w postaci galaretki winogronowej.

Ciekawa jestem, ile jeszcze regionów Lufthansa ma opracowanych (i czy w kuchni bawarskiej serwują takie tycie-tycie goloneczki?) i, oraz kiedy PLLot dorobią się czegoś tak uroczego?

Oczywiście że mnie kusiło, żeby skrzętnie zachomikować metalowe sztućce z logo Lufthansy, ale posiadam jednak na tyle przyzwoitości, żeby tego nie robić (tak, po części też dlatego, że nie wiedziałam, że do samego końca nie będę już przeczołgiwana przez bramki w celu obmacania mnie pod kątem posiadanych metali[1], a zwłaszcza elementów metalowych z ostrzem) - jak widać, dodatkowa kontrola już skontrolowanych pasażerów konieczna jest tylko w drodze do Krainy Wolności.

Zastanawiam się, czemu jeden z pierwszych zauważonych samolotów na rzymskim lotnisku miał oznaczenie D-ADHD. Przypadek? Nie wydaje mi się.

Poza tym zwiedziłam biegiem trzy lotniska, bo miałam raptem po 50 minut między samolotami. W Monachium bez zmian (szaro, śnieg, lód), w Rzymie mieli prześliczny wybór kolorowych skórzanych rękawiczek (mimo że tam wiosna, ciepło i zielono). Lot do Buenos w zasadzie przespałam z przerwami na forsowne karmienie, którego jednak unikałam. Uczę się na gwałt hiszpańskiego, bo "habla inglese" bardzo słabo, ale bardzo się starają i na pokazywanego też się da dogadać (naranja - pomarańcza, leche - mleko, gracias - wiadomo, muchos - bardzo wiadomo). Nad Brazylią trochę trzęsło (z Rzymu samolot leciał przez Majorkę, Madryt, Maderę, Kanary, Cayenne, Sao Paolo, a przed samym Buenos nad Porta Allegre[2]). Jak widać - dopłynęłam, idę spać i wstaję po sjeście. Zdjęcia będą, jak znajdę w bagażu myszkę, bo bez myszki jak bez ręki. Hola!

+ trochę zdjęć.

[1] Ależ oczywiście, że zapiszczałam na bramce mimo oddania mojej Gwiazdy Śmierci panu celnikowi do ręki, bo polar z na pierwszy rzut oka plastikowym suwakiem okazał się być źródłem generowania dźwięku, co wesoły celnik skwitował, że jakbym piszczała po zdjęciu polara, to wziąłby mnie na osobistą, bardzo zabawne.

[2] Zbieżność niezamierzona. TSD, czy Was też tak jak mnie bawi miejscowość San Hose con Majo? Święty Józefie na grzance (z majonezem). Fun!

EDIT: Dodałam zdjęcia.

.

24 stycznia 2009

Panic attack, jak zwykle

Poziom: 1 * Listy spod róży / 12:01:03

Horoskop na dziś:

Możesz pozwolić sobie na chwilę lenistwa. Odpoczywaj, ciesz się życiem.

Tak, bardzo lubię takie horoskopy dla ludzi, którzy jutro o 12 muszą zameldować się ze sprawnie spakowaną walizką (czy mam spakowaną? jasssne) na lotnisku w celu odbycia 20 godzinnego lotu w trzech kawałkach. Ja wiem, że wcale nie trzeba przed wyjazdem farbować włosów (no ale przecież nie polecę z odrostami), pozbywać się szczodrze rosnącego zimą owłosienia (5 dni z gołymi nogami, to do czegoś zobowiązuje) czy polakierować elegancko paznokcie (sandałki!), tylko wystarczy wrzucić do torby laptopa, aparat, dwie pary majtek, paszport i kartę Visa. Niestety, nie umiem. Może się nauczę, ale na razie mam pełne ręce roboty. To ciężka praca jest, taki wyjazd.

Jak kto wrażliwy i zmarznięty, to jednak proszę oszczędnie zaglądać w przyszłym tygodniu.

24 listopada 2008

Śnieg, golemy i czarne figury

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:58:15

Jechałam do Pragi z pewną taką niepewnością, bo google'owa prognoza pogody radośnie stwierdzała, że będzie tak zimno, że mi dupa odpadnie (z drugiej strony - czego się spodziewałam w listopadzie). I trochę mi odpadła. W okolicach Kudowy zaczął padać śnieg i tak już zostało. Sam śnieg nie był taki zły, ale to tego wiało i dmuchało, więc jakbym była jedną z trzech małych świnek, to bym się miała czego bać. A jak już przestało, sypać, wiać i dmuchać, to wyszło słońce i zaczęło topić to, co spadło. Na kunsztownie ułożonych praskich brukach trzeba było drobić jak gejsza, żeby się nie poślizgnąć. Przejmujące zimno ma też tę zaletę, że można iść w miasto bez potykania się o innych turystów - do tego celu doskonale też służy godzina 8. (tak, ósma, sama się sobie dziwię jeszcze) rano. Można też bez specjalnego obciachu pić grzane wino, które jest tak gorące, że najpierw się kaszle nad oparami, a potem już jest na tyle ciepło, że można zrobić kolejną rundkę po uliczkach. Z aparatem.

Najzabawniejszą rzeczą wyjazdu (poza półtoragodzinnym błądzeniem autokarem we Wrocławiu, a potem godzinną pielgrzymką z coraz bardziej zirytowanymi kierowcami po Pradze w poszukiwaniu parkingu blisko hotelu) okazał się fakt, że dwuosobowe pokoje zawierają prześliczne, wielkie, dwuosobowe łoża. Nie jestem specjalnie oporna w kwestii sypiania z inną kobietą, ale wyjechani panowie mieli z tym nie lada problem, mimo rzucanych tu i ówdzie gorszących sugestii, że męskie ciało nie gryzie. No jakże mi nie przykro.

Szłam przez Pragę głównie według wikipedii (adresy lepiej wziąć z google maps) i google'a, który jednakowoż czasem łże jak pies - MAC Cosmetics można znaleźć na Vaclavskiem Namesti zaraz koło stacji Metra Mustek, a Body Shopa w mallu Palladium.

Z półtora dnia w Pradze zostały mi pamięciowe odpowiedniki klatek komiksu.

*

Kupuję TŻ-owi koszulkę, uparcie chcę dostać rozmiar XXL, uprzejmy sprzedawca pokazuje mi przykładowe XXL i kiedy nie jestem zdziwiona, że ta koszulka jest "taka duża", stwierdza, że mój "husband must be a Conan or something".

*

Ściana Johnna Lennona została częściowo zamazana, z oryginalnej twarzy zostało tylko oko. Nie żeby w innych miejscach Pragi nie było graffiti, ale tutaj został poligon do crash-testów.

*

Dalej mam słabość do koralików z Jabloneksu.

*

Na Moście Karola roboty drogowe. Zdejmują nawierzchnię, część mostu zagrodzona. Za płotem krzyż, z radiomagnetofonu robotników płynie rzewne "All by myself" z OST do Bridget Jones.

*

Pod zegarem astronomicznym stoję z otwartymi ustami. Chcę chcę chcę! Chwilowo przestał sypać śnieg, młoda para wychodzi z kościoła, panna młoda i druhny marzną w cienkich sukienkach, przykrytych krótkimi futerkami. Gołębie czają się na potencjalny ryż (chociaż podobno im szkodzi), ale wracają rozczarowane pod jeden z zegarów, bo goście rzucają tylko płatkami kwiatów. O pełnej godzinie nad zegarem przesuwają się święci ("Oh, when the saints go marching in"), kościotrup dzwoni dzwoneczkiem, a po kilkunastu sekundach trwania spektaklu tłumy turystów wylewają się z placu.

*

Na prawie wszystkich budynkach stoją ciemne figury świętych. Eri opowiada, skąd się wzięły. Eri dużo wie, warto z nią chodzić (ma notesitko, w którym można coś zapisać).

*

Koło zębatego koła przy Velkoprevorskem Namesti ktoś zawiesza kłódeczki. Zgaduję, że to młode pary po ślubie przypieczętowują sobie uczucie - robią tak i we Włoszech, i w Rosji.

*

Hinduska knajpa Taj Mahal okazuje się mieścić jednocześnie pod dwoma adresami - na Rimskiej i na Skretovej, co budzi pewną konfuzję, ale jakoś do niej trafiamy. Chwilę po nas na podium montuje się szczuplutka siwa pani, ubrana w śliczne indyjskie granatowe ciuszki w srebrne ciapki i anonsuje, że będzie grała staroindyjskie pieśni. I gra je na sitarze przez cały wieczór, uśmiechając się uroczo do jedzących.

*

Najbardziej zorganizowane podczas wycieczek w większych grupach są zawsze ucieczki w celu uniknięcia współtowarzyszy.

*

Każda stacja metra ma inny kolor ścian. Do zakupu biletów trzeba mieć monety albo gotówkę, jeśli w kasie jest żywy człowiek. Do dłuższego jeżdżenia warto kupować dzienne bilety za 100 koron, pojedynczy na kilka stacji kosztuje 18.

*

Pogłaskałam tablicę z psem na Moście Karola. Ale zapomniałam, w jakiej intencji.

*

Golemy na murach, golemy w sklepach z pamiątkami. I Ty możesz mieć swojego golema. Wiecie, że są ludzie, którzy nie czytali "Pana Samochodzika i tajemnicy tajemnic"?!

*

Czekolada studentska ma kilka nowych smaków - oprócz mlecznej i gorzkiej z arachidami, rodzinkami i żelkami jest wersja z suszonymi wiśniami i mango.

*

W przeciwieństwie do Poznania w Pradze są Starbucksy - jeden tuż obok hotelu na Małej Stranie, gdzie mieszkam. Czwarty kubeczek do kolekcji.

*

Wracając czytam "Zamieć" Stephensona. Bardzo mi się. Jedna z tych książek, które dają mi złudzenie, że zmieniają moje życie, kiedy je czytam.

*

Podobało mi się. Wrócę. Po więcej.

23 listopada 2008

Praga - checked

Poziom: 1 * Koty * Listy spod róży / 22:52:14

Wróciłam, ponad 500 zdjęć (z czego do wyrzucenia wszystkie z fisheye'a, bo był ustawiony na tryb manualny i nie ostrzył, a ja - głupia ciapa - nie zauważyłam), mam przeciążenie spowodowane przebywaniem w towarzystwie strasznego mnóstwa ludzi, którzy co chwila pytali "A gdzie byłaś" i nie dawali się zbyć wysyczaną odpowiedzią, że "w Pradze". Śnieg, Praga w śniegu ładna, ale przezajebiście zimna (poważnie rozważałam założenie drugiej pary majtek pod rajstopy i spodnie, nie wspominając o podwójnych skarpetach). Wrócę do tego jeszcze, jak odetchnę.

TŻ opiekował się kotyma. Szarsza już zdrowa, acz trochę podśmiarduje (ale nie mówmy o tym), bursza ma jeszcze porcję antybiotyku.

14 listopada 2008

Miasto z krasnalami

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 18:52:12

Kiedyś często bywałam we Wrocławiu, teraz to pierwsza wizyta po kilku latach. I trochę rozczar, bo po poprzednich razach miałam nieco idylliczny obraz archetypowo Fajnego Miasta. Może kwestia pory roku (w listopadzie to chyba tylko ciepłe kraje dostają punkty za sam udział), może tego, ze przez te ostatnie kilka lat znalazłam w Poznaniu dużo tego, co podobało mi się kiedyś we Wrocławiu, może to przychodzące z wiekiem znudzenie? Wrocław jest miastem starym, ale taką trochę zgrzybiałością emeryta, melancholijnym smuteczkiem rodem z Kabaretu Starszych Panów. Nie mogę się do końca przekonać, mimo że ma wszystko to, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia - niezłe restauracje[1], dużo ładnych kamienic i krasnale. O krasnal-spotting słyszałam już od znajomych i przyznaję, że wciąga - po krótkim spacerze Świdnicką znalazłam kilka, a pewnie jest dużo więcej.

Wprawdzie ubolewałam, że nikt nie świeci już neonem moralnego niepokoju, ostrzegającym przed złymi włamywaczami, czyhającymi na mienie niezadanych Wrocławian, którzy nie ubezpieczyli się w PZU, ale nadrobiło to "Przejście 1977 - 2005" Jerzego Kaliny[3].

U nas u wylotu Półwiejskiej jest Stary Marych ze swoim rowerem, a we Wrocławiu cały tłumek zwykłych ludzi - pani z siatką, z której wygląda butelka z mlekiem, pan z oponą do roweru, staruszka w swetrze z zakupami, młoda matka z wózkiem (tak, brakuje zażywnej jejmości z wianuszkiem papieru toaletowego). Lubię. Więcej zdjęć niebawem.



[1] Odkryłam Ragtime Cafe na Placu Solnym[2] metodą "będę szła, aż znajdę miejsce, które do mnie zagada". Zagadało. W środku wieczorami jazz na żywo, w menu zupy, śniadania, przekąski (boczek z suszonymi śliwkami bdb), dania (polędwica z kurkami podobno nader przyjazna) i drinki (wyjątkowo można chceć mojito i nie usłyszeć, że nie, bo nie ma świeżej mięty).

[2] Dwa Rynki obok siebie to bardzo fajny wynalazek. Na jednym ratusz, na drugim stragany z kwiatami i dwa razy więcej miejsca na knajpki, ławki i nastrojowe zakątki (oraz banki, bo każda reprezentacyjna okolica nie może się obyć bez banków przecież). Dla każdego coś miłego.

[3] Nieustająco ubolewam, że nie umiem generować takich uroczych podpisów pod zdjęciami jak autor trzaskprask blogu, bo te aż się proszą (o, na przykład - "Pani Zdzisława zastanawia się, czy podnieść gazetę, która spadła staruszce")...

Zdjęcia

08 listopada 2008

Jeść czy nie jeść? Zdecydowanie jeść - Kalifornia

Poziom: 1 * Listy spod róży / 21:11:30

Oczywiście, że przede wszystkim lansik, ale jakby kto potrzebował kilku adresów, gdzie można przyzwoicie zjeść, to proszę bardzo.

San Francisco:

  • Stinking Rose - 325 Columbus Avenue, polecał ją znajomy Czech, Vasek. Z perspektywy - do ciepłej bułeczki wystarczy pasta z czosnku i pietruszki, pieczony czosnek to już za dużo. Więcej.
  • Crab House - Pier 39, na pięterku. Oprócz krabów mają też dużo innych smacznych rzeczy, aczkolwiek dla mnie killer crab z bułeczką i masełkiem czosnkowym to obowiązkowy punkt wizyty. Pier 41 i 39 to ogólnie fajne turystyczne miejsca ze sklepami, a czekoladowy Ghirardelliego mają lepiej zaopatrzony niż w centrum.
  • Tad's Steak - 120 Powell Street, niedroga stekownia, dla mnie to kwintesencja kuchni amerykańskiej (w wersji domowej ekwiwalent makaronu z serem)
  • Lori's Diner - 149 Powell St, jedna z kilku dinersowych sieciówek, stylizowanych na lata 50., z szafami grającymi, połówkami samochodów na ścianie i klasycznie odzianymi kelnerami.
  • Pinecrest Diner - 401 Geary St, rasowy bar śniadaniowy 24h, z placuszkami, syropem klonowym, jajkami sunny side up, grzankami i słabą kawą z dolewkami.
  • Mel's Drive-In‎ - 801 Mission St - burgery, bardzo dobre chili con carne w filiżankach (w ogóle ideę zupki do wyboru w misce albo w filiżance uważam za bardzo zacny pomysł).
  • Pazzia Caffe Pizzeria‎ 337 3rd St - nieduża włoska restauracyjka z krótkim menu, dobre i dużo.

Okolice:

  • BarVino w Calistodze, 1457 Lincoln Ave. Głównie bar, można sobie popróbować różnych win, a oprócz tego zjeść coś niedużego. więcej
  • The Brigantine w Del Mar, 3263 Camino Del Mar. Doskonałe ryby, bardzo dobre margarity. Wyższa półka, ale warto było.
  • Marie Callender's - 1750 Travis Blvd., Fairfield (i inne, acz nie w SF). O ich chlebie kukurydzianym pisałam tu, oprócz chleba jako przystawki dania główne, smacznie wyglądający bar sałatkowy, doskonałe zupy i domowe ciasta.
  • Village Kabob - 4902 Newport Ave, San Diego, mała grecka restauracja.
  • Sand Bar - 514 State Street, Santa Barbara. Przyszliśmy na małą przekąskę i drinka, wyszliśmy objedzeni jak prosięta. Doskonałe meksykańskie specjały, a do tego DUŻO (kiedy dostałam moją chyba tostadę na dużym talerzu, pokrywała ją wersjawarstwa sera, sałaty, sosów i naczos).
  • Sitar India Cuisine‎ - 1133 Pacific Ave, Santa Cruz. Za $9.95 all-you-can-eat z kuchni indyjskiej, bardzo dobry kurczak tandoori, zupa z soczewicy i fantastyczna raita.

Wcześniejsze wpisy