Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Budapeszt - miasto śmierdzące mułem

Wyjedzie człowiek na raptem tydzień, a tu się okazuje, że psia kupa jest symbolem narodowym i nie można w nią wtykać flag, bo to obraza symboli. Jak mi aresztują Raczkowskiego, to się chyba sama oflaguję (nie w sensie wtykania flagi).

Budapeszt zaiste śmierdzi stęchlizną i zgnilizną na każdym kroku, zwłaszcza w bardziej zabytkowych dzielnicach. Szczęśliwie większość czasu był upał i mało było czuć, ale po burzy i wieczorami bywało intensywnie. A burza była i to niezła, specjalnie dla nas. 20 sierpnia na bulwarach naddunajskich było ponad milion ludzi (albo kilkaset tysięcy, nie liczyłam), bo upał, święto narodowe, konkurs lotów Red Bulla, parada statków i różne takie. O 21 miał się zacząć pokaz sztucznych ogni. Chwilę przed zaczęło błyskać - wbrew moim domysłom nie była to próba generalna fajerwerków ("Kupiłam pudełko zapałek, dobre, w sklepie paliły się wszystkie"), a błyskawice. I w ciągu 10 minut zeszła z budańskich wzgórz potworna nawałnica, która łamała drzewa, powiewała telebimami i zrywała linie wysokiego napięcia. Fajerwerki strzelały, słychać było vangelisopodobną muzykę (do czasu aż szlag zasilania nie trafił), a ludzie jak lemingi szli w deszcz w kierunku światła. Padał potworny deszcz, po 5 minutach ściekała ze wszystkiego woda. Przemoczyłam nowe buty, szczęśliwie przeżyły (paszport, portfel i mapy też, aparat ocalał ;-)), eloy po burzy wycisnął z koszulki ładne parę litrów wody. W samym środku nie było strasznie, tylko trochę dech zapierało. Dotrwaliśmy do końca fajerwerków, których tak na oko nie dało się zatrzymać, jak już ktoś wcisnął czerwony guziczek. Oczywiście zima zaskoczyła drogowców, miasto sparaliżowało (stanęły tramwaje, zamknięte były dwa czy trzy mosty, wszędzie korki), słychać było tylko karetki, ludzie poowijani tak na oko w obrusy (zakładam, że nie były to kaftany bezpieczeństwa). Sądząc z węgierskiej TV, w związku ze zbliżającymi się wyborami wszyscy mieli pretensje do wszystkich o tę burzę.

W Budapeszcie się przede wszystkim chodzi (i je, ale o tym za chwilę). Ciężko natomiast jest z samochodem - nie dość, że wszędzie jest strefa, a panowie parkingowi nie dość, że nie kumają słowa po ludzku (a i po węgiersku chyba też nie bardzo), to jeszcze średnio czytają i potrafią wpieprzyć o 17:05 mandat za brak kwitka parkingowego, gdy wspomniany kwitek leży w samochodzie i widnieje na nim godzina 11:30 dnia następnego. Szczęśliwie odkryliśmy, że w okolicy parku Varosliget (przy restauracji Platan) nie ma strefy, można dojechać metrem, więc tam zostawiliśmy samochód (i potem tylko się zastanawialiśmy, czy go znajdziemy następnego dnia...). Dodatkowo ktoś usiadł, pomyślał i zakazał w zasadzie większości skrętów w lewo na skrzyżowaniach, co ma swoje zalety (w miarę płynny ruch), ale jest dość upierdliwe w sytuacji, kiedy trzeba w to lewo skręcić. W efekcie jeździliśmy ruchem wężowym, czasem pokonując Dunaj i trzy razy, bo większość ulic jest jednokierunkowa. Generalnie na czas budapesztowy warto odstawić samochód w jakieś miejsce, a po mieście jeździć genialną komunikacją miejską - metrem, tramwajami, autobusami, kolejką zębatą czy podmiejską (karta na tydzień kosztuje jedyne 3400 HUF).

Trochę marudzę, że Budapeszt wszystko rekompensuje pięknem. Stare kamienice, mosty, pomniki, katedry, aleje. Na co drugim rogu knajpki (wychodzi, że mimo łażenia po ulicach, schodach i wzgórzach przywiozłam dokładnie tyle kilo obywatela, co wywiozłam). Jak człowiek zgłodnieje, może kupić langosza - placek smażony w głębokim oleju, boski z czosnkiem, kwaśną śmietaną i żółtym serem. Zachwycające też był kanapeczki z Duran Sandwiches - mnóstwo i tanie, a wszystkie fantastycznie dobre. "Węgierskie" jedzenie knajpowe głównie dla turystów, najlepsze są zupy (rybna halaszle, gulasz czy pikatne ragout).

Tak jak przeglądałam przewodnik w drodze powrotnej, wyszło, że przeszliśmy przez większość lokalnych atrakcji (kolega nawet odkreślał na planie wycieczki, co było zaliczone):

  • kąpiel w hotelu Gellerta: zabytkowy, XIX-wieczny zespół basenów - ze sztucznymi falami, z wodą w temperaturze 8-26-36-38 stopni i zespół łaźni - parowych, wodnych, saun, wszystko w pięknych kompozycjach kafelków, marmurów i - w przeciwieństwie do takiego Ciechocinka - czyste,
  • Wyspa Małgorzaty: długi na 2,5 km park, położony na środku Dunaju między mostami Arpada i Margit - park, fontanny, ruiny klasztorów, widokowa wieża ciśnień, ogród japoński, kilka pływalni, piękne miejsce do nic-nie-robienia, poniewczasie dowiedziałam się, że za wchodzenie w głąb fontanny można dostać bilecik na okrągłą kwotę 80k forintów, bo podobno "water electric kaput!"
  • Wzgórze Zamkowe: można się wskrobać na górę piechotą, można wjechać kolejką wagonikową lub autobusem, całość jest zachowana prześlicznie, czysta i przygotowana pod tabuny turystów, których było mnóstwo, bo było święto narodowe i festiwal folkowy (cepeliada, przeważnie). Pod Zamkiem są lochy, nie mają młodych, ale jest labirynt z oryginalnymi kopiami malunków prehistorycznych i innych takich,
  • Wzgórza Budańskie: można wjechać kolejkami (zębatą - jeździ na trzeciej szynie pośrodku, na której są zęby, bo przecież na gładkich szynach pociąg by się ślizgał, dziecięcą - otwarty pociąg, obsługiwany przez dzieci, a zjechać na wyciągu krzesełkowym). W praktyce wyszło, że kolejka dziecięca nie jeździ w poniedziałki i trzeba iść jak czarny człowiek lasem pod górę. Kiedy już odpadły mi nogi i miałam wizję, że nasze ciała za dwa tygodnie odkryją lokalne sępy, okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie jeździ w co drugi poniedziałek, a ten był trzeci i szczęśliwie jeździł. W przeciwieństwie do kolejki zębatej, która trzeszczy i hałasuje (a przejeżdża zaraz koło domów), wyciąg jest cichy i przepływa nad ogródkami dzielnicy willowej - na tarasach siedzą ludzie i piją herbatę, leżą leniwe psy, wszyscy patrzą, czy czasem ktoś nie spadnie z krzesełka...
  • Varosliget: park miejski, zielono i dużo zabytków różnego autoramentu, ładnie, jest też basen ze zjeżdżalnią,
  • Tropicarium: taka nasza poznańska Palmiarnia, tylko nowa, w centrum handlowym i z większym rozmachem. Płaszczki są najlepsze! Są też rekiny, piranie, Nemo & Dory, dwa leniwe krokodyle czy inne iguany w zasymulowanym środowisku naturalnym (m. in. z burzą w dżungli amazońskiej).

Poza tym w Budapeszcie, jak już wspomniałam, się chodzi. W górę, w dół, w alejach, od knajpy do knajpy.

Skoczyliśmy też na chwilę do Egeru - 120 km od Budapesztu, śliczne zabytkowe miasteczko (na węgierskie standardy - 17 największe miasto, 50 tys. mieszkańców) z kościołami, zamkiem, turystami, minaretem i jaskiniami z winem. Minaret zabijał - metr średnicy w środku, 97 stopni, na których ledwo mieściła się stopa, 34 metry od ziemi i ażurowy taras widokowy o szerokości 35 cm. Mój mały lęk wysokości nagle urósł i nie bardzo chciałam się odlepić od ściany, żeby spojrzeć w dół ("23 sierpnia w Egerze zawalił się zabytkowy minaret, na górze byli turyści z Polski", aaaargh). Obok miasta są jaskinie, w których wykute jest mnóstwo piwniczek z winem - bardzo turystyczne, mnóstwo Polaków i Rosjan przyjeżdża próbować kilkuset rodzajów egerskich win, po czym toczą się do pobliskich knajpek i napychają gulaszem bądź halaszle. Kawałek dalej za miastem jest spokojniej, a wino ciut tańsze (i "barzzo dobre, wytrawne").

W przyszłym roku chyba pojadę gdzie indziej, na razie mam mały przesyt.

GALERIA ZDJĘĆ tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 26, 2006

Link permanentny - Tagi: Węgry, Eger, Budapeszt - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 1


Masterlink rzondzi

W związku z wydarzeniami w Londynie kumplowi odmówili pozwolenia na wniesienie aparatu i obiektywów w bagażu ręcznym do samolotu. Jako że my jedziemy samochodem i zlewamy przepisy lotnicze, aparat ze statywem miał trafić z Warszawy do Poznania. Plan był taki, że ok. 12 Masterlink dzwoni do mnie i informuje, że o 13 dostarczy przesyłkę. Nie zadzwonił. Siedzę grzecznie w domu. Przesyłki do 15:30 nie dostarczył. Kumpel dzwoni, pani na infolinii twierdzi, że kurier był i zostawił awizo, bo nikogo nie zastał. TŻ dwa razy się przespacerował na klatkę i z powrotem, śladu awiza brak. Pani z Masterlinka twierdzi, że nasze słowo przeciw słowu kuriera. Kurier ma przyjechać do 18. Lalalala. Ciekawam, gdzie pan kurier zostawił to awizo. I na jaki telefon zadzwonił. Ostatecznie paczka przyjechała o 18:05. Pan uprzejmie przeprosił, że widać zadzwonił pod inny numer o tej 10:30. Dziękuję masterlinkowi za 8 godzin kiblowania w domu i nerwowego zerkania co chwila za okno, czy może nie przyjechali...

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 17, 2006

Link permanentny - Kategoria: Żaden - Skomentuj


Kosmowska - Teren prywatny

Kosmowska pisze świetnym językiem i opisuje doskonale ludzi. Niestety, to za mało na dobrą książkę; "Niebieski autobus" był znacznie lepszy - tutaj zabrakło fabuły. Niby jest, ale grocholowa - grubą 40-latkę, kuratora sądowego, z dwoma córkami zostawia mąż - na początku załamanie, niska samoocena, potem studia podyplomowe, prawo jazdy, odbudowa domu po babci i nowa miłość. Sukces i nowe, szczęśliwe życie. Schemat goni schemat. Matka, oszukiwana przez facetów, wreszcie trafia na statecznego starszego pana (i jest szczęśliwa). Jedna koleżanka zachodzi w ciążę i rodzi dziecko (i jest szczęśliwa). Drugiej po 30 latach życia wreszcie udaje się stracić dziewictwo (i jest szczęśliwa). Jedna córka dorasta, druga już dorosła (i są szczęśliwe). W tej nieustającej paradzie happy endów na szczęście są postaci drugoplanowe. Warto książkę przeczytać dla pana Rolanda, mistrza ciętej riposty, który mieszka z konkubiną Eugenką, razem pędzą bimber (do czasu aż niewierna konkubina wraz z bimbrem odejdzie do nowego mistrza ciętej riposty).

Inne książki tej autorki tu.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 17, 2006

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Komentarzy: 1


Jan Purzycki - Wielki Szu

Słabiutkie. Ani to beletryzacja scenariusza, ani to powieść. Niestety, również nie kryminał - wypuszczony z więzienia szuler, mimo że miał z graniem zerwać, jeździ po Polsce i ot, tak sobie tu kogoś skubnie, tam puści z torbami, tu zachwyci naiwnego małomiasteczkowego taksówkarza, który też chce być wielkim karciarzem. Pewnie clou książki miały być opisy światowego życia - lokali nocnych z lekko prowadzącymi się paniami, pachnącymi peweksowską perfumą bądź walizek z dolarami. Nie wyszło, czuć smrodek lat osiemdziesiątych, nic więcej. Film się bronił, ale to za sprawą świetnych aktorów, książka nie daje nic dodatkowo.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 17, 2006

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Reisefeber

Nie cierpię się pakować. Wprawdzie kupiliśmy śliczną i wielką walizkę na kółeczkach do samochodu, ale i tak, jak pomyślę, że muszę zdecydować, co wziąć ze sobą na osiem dni, to zaczynają mi rączki latać. Ok, nie jadę w dzicz, zapomniane kosmetyki czy brakującą parę gatek mogę kupić na miejscu, ale mimo to chętnie całe pakowanie zwaliłabym na kogoś innego.

Fields of the Nephilim, które miały zagrać w Warszawie 31.10, nie zagrają, bo nie. Ot, odwołali sobie trasę. Bu.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 16, 2006

Link permanentny - Kategoria: Żaden - Komentarzy: 6


Gene Brewer K-PAX

Film pewnie wszyscy widzieli, a jak nie - to koniecznie. Do instytutu psychiatrycznego trafia mężczyzna, który twierdzi, że jest mieszkańcem utopijnie sielankowej planety K-PAX. Jego urojenia są bardzo "namacalne" - umie określić, z jakiej planety pochodzi, jak wygląda niebo nad nią z punktu widzenia mieszkańca, umie rozmawiać ze zwierzętami, a pacjentom instytutu stawia lepsze diagnozy niż psychiatra z dyplomem. Podobny temat pojawiał się i w Don Juanie de Marco, i w Jabłkach Adama - czy warto za wszelką cenę wyleczyć szczęśliwego pacjenta, żeby zniknęła iluzja życia na planecie K-PAX, a pokazała się szara, brudna rzeczywistość? Książka jest nieco dosadniejsza od filmu - bardziej pokazuje, że żyjemy w dość niefajnym świecie i czasem lepiej być nieco stukniętym, żeby dać sobie z tym radę...

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 16, 2006

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Kiss Kiss Bang Bang

Bardzo zgrabna komedia kryminalna z ciekawym montażem. Do świata filmu trafia drobny złodziejaszek Harry, który ma zagrać rolę drobnego złodziejaszka. Żeby dodać realizmu, do roli przygotowuje go prywatny detektyw, prywatnie gej. Na przyjęciu u producenta poznaje początkującą aktorkę, która mu wpada w oko na tyle, że obrywa od faceta, który się do niej przylepia. A potem trup ściele się gęsto, całują się w różnych konfiguracjach, a strzały padają. Przyjemnie zakręcona intryga.

Poza tym zaczęłam oglądać Invasion. Creepy.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 15, 2006

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj


Hanna Kowalewska - Tego lata, w Zawrociu

Dziwna. Powieść w formie listów Matyldy do zmarłej babki, która niespodziewanie zostawiła jej domek z ogrodem w Zawrociu. Matylda jest po 30., ma za sobą Życiowe Doświadczenia, parę związków, a babkę widziała ostatnio, gdy miała 5 lat, bo potem babka jej matkę wyklęła i wypisała z rodziny. Czyta się świetnie, aczkolwiek nie ma co się nastawiać na jakąś straszną tajemnicę - ot, kilka historii damsko-męskich z przeszłości, podanych w bardzo nastrojowym sosie. Zachwyt sielskością prowincji, ładne i zgrabne opisy, trochę seksu. Ogólnie jestem na tak, pewnie poszukam następnych części, ale to chyba nie jest mój ulubiony typ książki (inna rzecz, czy ja mam ulubiony typ książki?).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 15, 2006

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Natalia Rolleczek - Rufin z przeceny

Gorzkawa powieść o dorastaniu sieroty w małym miasteczku. Do miasteczka pod Zawierciem przyjeżdża nauczyciel, który uważa, że zmieni małomiasteczkowość - szynkę (towar deficytowy) w bukiecie kwiatów dla dyrektora, lepsze stopnie dla bogatszych i załatwianie układzikami. Rządzi położna i lokalna ostoja moralności, stara panna. Dość moralizatorskie, największą radością kobiety jest macierzyństwo, trzeba dbać o starszych, uczyć się i nie zważać na zaczepki lokalnych donżuanów.

Inne tej autorki tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 15, 2006

Link permanentny - Kategoria: Czytam - Skomentuj


Nicotina

Takie połączenie Pulp Fiction, Snatcha ("Przekręt") i Amores Perros. Młody hacker w przerwach w podglądaniu seksownej sąsiadki, hackuje emacsem przez sendmaila szwajcarskie banki. Z płytą CD, na której teoretycznie nagrał dane klientów banku, trafia w sam środek wielkiego interesu, przerwanego znienacka przez pewnego karalucha. Teoretycznie jest to komedia (zwłaszcza początek, dla informatyków), ale bardzo krwista.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 13, 2006

Link permanentny - Kategoria: Oglądam - Skomentuj