Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla Listy spod róży

Zuza goes abroad (1)

Jak kto w wieku nieledwie chrystusowym upadnie na łeb i uzna, że jeszcze go za oceanem nie było, musi wykonać szereg operacji papierkowych w celu otrzymania wizy.

Dzisiaj szłam na rekord. Już za 6 (szóstym!) razem udało mi się wypisać i wydrukować formularz wizowy. A to niebłyskotliwie wpisałam, że TŻ to mój colleague, a nie husband. A to zapomniałam, że Usańcy nie obsługują pliterek i na wydruku wyglądają co najmniej nieatrakcyjnie. A to zawiesiłam się na pytaniu 38, podpunkt 3 formularza, gdy przeczytałam:

Czy ubiega się Pan/Pani o wjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zajmować się działalnością wywrotową, terrorystyczną lub naruszającą przepisy kontroli eksportu, bądź jakąkolwiek inną działalnością sprzeczną z prawem? Czy jest Pan/Pani członkiem lub przedstawicielem organizacji uznawanej obecnie przez Sekretarza Stanu USA za terrorystyczną? Czy kiedykolwiek uczestniczył/a Pan/Pani w prześladowaniach prowadzonych przez nazistowski rząd Niemiec; lub czy kiedykolwiek uczestniczył/a Pan/Pani w ludobójstwie?

Normalnie szacun. Zwłaszcza że zachęcają potencjalnych terrostystów do prawdomówności, bo: Odpowiedź twierdząca na którekolwiek z powyższych pytań nie oznacza automatycznej utraty prawa do wizy, ale prawdopodobnie spowoduje, że osoba, która się o nią ubiega, będzie musiała stawić się osobiście na rozmowę z konsulem. Albo odsiewają idiotów - bo jak ktoś się przyzna, to idiota, a idiotów nam przecież nie potrzeba. Ot, pełna uprzejmość. A nuż się trafi prawdomówny terrorysta, który lojalnie ostrzega, że chce przyjechać i knuć na 3/4 etatu.

Mnie też zaproszą, zwłaszcza jak zobaczą zdjęcie wykonane metodą "dzień dobry, wiem, że już po 18 i pada, ale na gwałt potrzebuję fotkę 5x5 cm, nie, nie ma sensu się czesać, a poza tym i tak nie mam grzebienia".

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek stycznia 11, 2007

Link permanentny - Tag: usa - Kategoria: Listy spod róży - Komentarzy: 5 - Poziom: 2



Budapeszt-Eger 2006

  • nocleg - czyste apartamenta na Szentkiralyi utca 5
  • nie dojechaliśmy na pchli targ - w praktyce okazało się, że wysiedliśmy za wcześnie, a Pchli Targ jest za siódmą górą i rzeką
  • Wyspa Małgorzaty (Margit Sziget) - fontanna z wodą plumkającą w rytm muzyki, langosze (480 HUF z czosnkiem, śmietaną i serem żółtym), ruinki, wieża widokowa (200 HUF wstęp), obywatele IV RP na wakacjach, ogród japoński i kotek
  • ulice Budapesztu, również nocą i kotek
  • Wzgórze Zamkowe - kolejka zębata na Górę Zamkową (700 HUF), wzgórze Zamkowe, widok na Budę i Peszt, pokazy samolotów
  • Wzgórza Budańskie - kolejka zębata na Wzgórza (w ramach sieciówki miejskiej), Wzgórza i wyciag krzesełkowy (500 HUF), nie jeździ w co drugi poniedziałek
  • Tropicarium - płaszczki i rekiny
  • Eger - kościół franciszkanów, minaret (200 HUF) i Dolina Pięknej Kobiety
  • Varosliget
  • Wzgórze Gellerta - 2500 HUF

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpnia 27, 2006

Link permanentny - Tagi: Budapeszt, Węgry, Eger - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj



Budapeszt - miasto śmierdzące mułem

Wyjedzie człowiek na raptem tydzień, a tu się okazuje, że psia kupa jest symbolem narodowym i nie można w nią wtykać flag, bo to obraza symboli. Jak mi aresztują Raczkowskiego, to się chyba sama oflaguję (nie w sensie wtykania flagi).

Budapeszt zaiste śmierdzi stęchlizną i zgnilizną na każdym kroku, zwłaszcza w bardziej zabytkowych dzielnicach. Szczęśliwie większość czasu był upał i mało było czuć, ale po burzy i wieczorami bywało intensywnie. A burza była i to niezła, specjalnie dla nas. 20 sierpnia na bulwarach naddunajskich było ponad milion ludzi (albo kilkaset tysięcy, nie liczyłam), bo upał, święto narodowe, konkurs lotów Red Bulla, parada statków i różne takie. O 21 miał się zacząć pokaz sztucznych ogni. Chwilę przed zaczęło błyskać - wbrew moim domysłom nie była to próba generalna fajerwerków ("Kupiłam pudełko zapałek, dobre, w sklepie paliły się wszystkie"), a błyskawice. I w ciągu 10 minut zeszła z budańskich wzgórz potworna nawałnica, która łamała drzewa, powiewała telebimami i zrywała linie wysokiego napięcia. Fajerwerki strzelały, słychać było vangelisopodobną muzykę (do czasu aż szlag zasilania nie trafił), a ludzie jak lemingi szli w deszcz w kierunku światła. Padał potworny deszcz, po 5 minutach ściekała ze wszystkiego woda. Przemoczyłam nowe buty, szczęśliwie przeżyły (paszport, portfel i mapy też, aparat ocalał ;-)), eloy po burzy wycisnął z koszulki ładne parę litrów wody. W samym środku nie było strasznie, tylko trochę dech zapierało. Dotrwaliśmy do końca fajerwerków, których tak na oko nie dało się zatrzymać, jak już ktoś wcisnął czerwony guziczek. Oczywiście zima zaskoczyła drogowców, miasto sparaliżowało (stanęły tramwaje, zamknięte były dwa czy trzy mosty, wszędzie korki), słychać było tylko karetki, ludzie poowijani tak na oko w obrusy (zakładam, że nie były to kaftany bezpieczeństwa). Sądząc z węgierskiej TV, w związku ze zbliżającymi się wyborami wszyscy mieli pretensje do wszystkich o tę burzę.

W Budapeszcie się przede wszystkim chodzi (i je, ale o tym za chwilę). Ciężko natomiast jest z samochodem - nie dość, że wszędzie jest strefa, a panowie parkingowi nie dość, że nie kumają słowa po ludzku (a i po węgiersku chyba też nie bardzo), to jeszcze średnio czytają i potrafią wpieprzyć o 17:05 mandat za brak kwitka parkingowego, gdy wspomniany kwitek leży w samochodzie i widnieje na nim godzina 11:30 dnia następnego. Szczęśliwie odkryliśmy, że w okolicy parku Varosliget (przy restauracji Platan) nie ma strefy, można dojechać metrem, więc tam zostawiliśmy samochód (i potem tylko się zastanawialiśmy, czy go znajdziemy następnego dnia...). Dodatkowo ktoś usiadł, pomyślał i zakazał w zasadzie większości skrętów w lewo na skrzyżowaniach, co ma swoje zalety (w miarę płynny ruch), ale jest dość upierdliwe w sytuacji, kiedy trzeba w to lewo skręcić. W efekcie jeździliśmy ruchem wężowym, czasem pokonując Dunaj i trzy razy, bo większość ulic jest jednokierunkowa. Generalnie na czas budapesztowy warto odstawić samochód w jakieś miejsce, a po mieście jeździć genialną komunikacją miejską - metrem, tramwajami, autobusami, kolejką zębatą czy podmiejską (karta na tydzień kosztuje jedyne 3400 HUF).

Trochę marudzę, że Budapeszt wszystko rekompensuje pięknem. Stare kamienice, mosty, pomniki, katedry, aleje. Na co drugim rogu knajpki (wychodzi, że mimo łażenia po ulicach, schodach i wzgórzach przywiozłam dokładnie tyle kilo obywatela, co wywiozłam). Jak człowiek zgłodnieje, może kupić langosza - placek smażony w głębokim oleju, boski z czosnkiem, kwaśną śmietaną i żółtym serem. Zachwycające też był kanapeczki z Duran Sandwiches - mnóstwo i tanie, a wszystkie fantastycznie dobre. "Węgierskie" jedzenie knajpowe głównie dla turystów, najlepsze są zupy (rybna halaszle, gulasz czy pikatne ragout).

Tak jak przeglądałam przewodnik w drodze powrotnej, wyszło, że przeszliśmy przez większość lokalnych atrakcji (kolega nawet odkreślał na planie wycieczki, co było zaliczone):

  • kąpiel w hotelu Gellerta: zabytkowy, XIX-wieczny zespół basenów - ze sztucznymi falami, z wodą w temperaturze 8-26-36-38 stopni i zespół łaźni - parowych, wodnych, saun, wszystko w pięknych kompozycjach kafelków, marmurów i - w przeciwieństwie do takiego Ciechocinka - czyste,
  • Wyspa Małgorzaty: długi na 2,5 km park, położony na środku Dunaju między mostami Arpada i Margit - park, fontanny, ruiny klasztorów, widokowa wieża ciśnień, ogród japoński, kilka pływalni, piękne miejsce do nic-nie-robienia, poniewczasie dowiedziałam się, że za wchodzenie w głąb fontanny można dostać bilecik na okrągłą kwotę 80k forintów, bo podobno "water electric kaput!"
  • Wzgórze Zamkowe: można się wskrobać na górę piechotą, można wjechać kolejką wagonikową lub autobusem, całość jest zachowana prześlicznie, czysta i przygotowana pod tabuny turystów, których było mnóstwo, bo było święto narodowe i festiwal folkowy (cepeliada, przeważnie). Pod Zamkiem są lochy, nie mają młodych, ale jest labirynt z oryginalnymi kopiami malunków prehistorycznych i innych takich,
  • Wzgórza Budańskie: można wjechać kolejkami (zębatą - jeździ na trzeciej szynie pośrodku, na której są zęby, bo przecież na gładkich szynach pociąg by się ślizgał, dziecięcą - otwarty pociąg, obsługiwany przez dzieci, a zjechać na wyciągu krzesełkowym). W praktyce wyszło, że kolejka dziecięca nie jeździ w poniedziałki i trzeba iść jak czarny człowiek lasem pod górę. Kiedy już odpadły mi nogi i miałam wizję, że nasze ciała za dwa tygodnie odkryją lokalne sępy, okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie jeździ w co drugi poniedziałek, a ten był trzeci i szczęśliwie jeździł. W przeciwieństwie do kolejki zębatej, która trzeszczy i hałasuje (a przejeżdża zaraz koło domów), wyciąg jest cichy i przepływa nad ogródkami dzielnicy willowej - na tarasach siedzą ludzie i piją herbatę, leżą leniwe psy, wszyscy patrzą, czy czasem ktoś nie spadnie z krzesełka...
  • Varosliget: park miejski, zielono i dużo zabytków różnego autoramentu, ładnie, jest też basen ze zjeżdżalnią,
  • Tropicarium: taka nasza poznańska Palmiarnia, tylko nowa, w centrum handlowym i z większym rozmachem. Płaszczki są najlepsze! Są też rekiny, piranie, Nemo & Dory, dwa leniwe krokodyle czy inne iguany w zasymulowanym środowisku naturalnym (m. in. z burzą w dżungli amazońskiej).

Poza tym w Budapeszcie, jak już wspomniałam, się chodzi. W górę, w dół, w alejach, od knajpy do knajpy.

Skoczyliśmy też na chwilę do Egeru - 120 km od Budapesztu, śliczne zabytkowe miasteczko (na węgierskie standardy - 17 największe miasto, 50 tys. mieszkańców) z kościołami, zamkiem, turystami, minaretem i jaskiniami z winem. Minaret zabijał - metr średnicy w środku, 97 stopni, na których ledwo mieściła się stopa, 34 metry od ziemi i ażurowy taras widokowy o szerokości 35 cm. Mój mały lęk wysokości nagle urósł i nie bardzo chciałam się odlepić od ściany, żeby spojrzeć w dół ("23 sierpnia w Egerze zawalił się zabytkowy minaret, na górze byli turyści z Polski", aaaargh). Obok miasta są jaskinie, w których wykute jest mnóstwo piwniczek z winem - bardzo turystyczne, mnóstwo Polaków i Rosjan przyjeżdża próbować kilkuset rodzajów egerskich win, po czym toczą się do pobliskich knajpek i napychają gulaszem bądź halaszle. Kawałek dalej za miastem jest spokojniej, a wino ciut tańsze (i "barzzo dobre, wytrawne").

W przyszłym roku chyba pojadę gdzie indziej, na razie mam mały przesyt.

GALERIA ZDJĘĆ tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpnia 26, 2006

Link permanentny - Tagi: Węgry, Eger, Budapeszt - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 1