Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla Fotografia+

Powrót zwierzęcia wyprzedażowego

(Nudne i o zakupach).

Jest taka pora roku, kiedy tracę rozsądek (poza innymi okazjami, a że nie jestem specjalnie rozsądna...). To wtedy, kiedy w sklepach pojawiają się tabliczki z % i nie chodzi bynajmniej o wyszynk.
Dzisiejszym łupem padły:

  • 4 koszulki z Muppet Show, kupione na siarczystej wyprzedaży w House (dwie dla mnie, dwie dla TŻ)
  • czekoladki belgijskie Noble wygrzebane na wyprzedaży w Almie.
Łupem nie padły pantofelki Hush Puppies, albowiem nie znalazłam ich w Starym Browarze, a pewna byłam, że są.
W Totolotka nie wygrałam, więc wracam jutro do pracy. Może w koszulkach.

Poza tym się jeszcze nie wyspałam.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 28, 2007

Link permanentny - Kategorie: Przydasie, Fotografia+ - Komentarzy: 4


Jesień

Czemu lubię? Temu. Co ciekawe, dopiero na nowym monitorze widzę, że kolory są przekłamane - spodnie są ceglastoczerwone, nie karminowe.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 24, 2006

Link permanentny - Kategoria: Fotografia+ - Komentarzy: 4



Budapeszt-Eger 2006

  • nocleg - czyste apartamenta na Szentkiralyi utca 5
  • nie dojechaliśmy na pchli targ - w praktyce okazało się, że wysiedliśmy za wcześnie, a Pchli Targ jest za siódmą górą i rzeką
  • Wyspa Małgorzaty (Margit Sziget) - fontanna z wodą plumkającą w rytm muzyki, langosze (480 HUF z czosnkiem, śmietaną i serem żółtym), ruinki, wieża widokowa (200 HUF wstęp), obywatele IV RP na wakacjach, ogród japoński i kotek
  • ulice Budapesztu, również nocą i kotek
  • Wzgórze Zamkowe - kolejka zębata na Górę Zamkową (700 HUF), wzgórze Zamkowe, widok na Budę i Peszt, pokazy samolotów
  • Wzgórza Budańskie - kolejka zębata na Wzgórza (w ramach sieciówki miejskiej), Wzgórza i wyciag krzesełkowy (500 HUF), nie jeździ w co drugi poniedziałek
  • Tropicarium - płaszczki i rekiny
  • Eger - kościół franciszkanów, minaret (200 HUF) i Dolina Pięknej Kobiety
  • Varosliget
  • Wzgórze Gellerta - 2500 HUF

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 27, 2006

Link permanentny - Tagi: Budapeszt, Węgry, Eger - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Skomentuj


Budapeszt - miasto śmierdzące mułem

Wyjedzie człowiek na raptem tydzień, a tu się okazuje, że psia kupa jest symbolem narodowym i nie można w nią wtykać flag, bo to obraza symboli. Jak mi aresztują Raczkowskiego, to się chyba sama oflaguję (nie w sensie wtykania flagi).

Budapeszt zaiste śmierdzi stęchlizną i zgnilizną na każdym kroku, zwłaszcza w bardziej zabytkowych dzielnicach. Szczęśliwie większość czasu był upał i mało było czuć, ale po burzy i wieczorami bywało intensywnie. A burza była i to niezła, specjalnie dla nas. 20 sierpnia na bulwarach naddunajskich było ponad milion ludzi (albo kilkaset tysięcy, nie liczyłam), bo upał, święto narodowe, konkurs lotów Red Bulla, parada statków i różne takie. O 21 miał się zacząć pokaz sztucznych ogni. Chwilę przed zaczęło błyskać - wbrew moim domysłom nie była to próba generalna fajerwerków ("Kupiłam pudełko zapałek, dobre, w sklepie paliły się wszystkie"), a błyskawice. I w ciągu 10 minut zeszła z budańskich wzgórz potworna nawałnica, która łamała drzewa, powiewała telebimami i zrywała linie wysokiego napięcia. Fajerwerki strzelały, słychać było vangelisopodobną muzykę (do czasu aż szlag zasilania nie trafił), a ludzie jak lemingi szli w deszcz w kierunku światła. Padał potworny deszcz, po 5 minutach ściekała ze wszystkiego woda. Przemoczyłam nowe buty, szczęśliwie przeżyły (paszport, portfel i mapy też, aparat ocalał ;-)), eloy po burzy wycisnął z koszulki ładne parę litrów wody. W samym środku nie było strasznie, tylko trochę dech zapierało. Dotrwaliśmy do końca fajerwerków, których tak na oko nie dało się zatrzymać, jak już ktoś wcisnął czerwony guziczek. Oczywiście zima zaskoczyła drogowców, miasto sparaliżowało (stanęły tramwaje, zamknięte były dwa czy trzy mosty, wszędzie korki), słychać było tylko karetki, ludzie poowijani tak na oko w obrusy (zakładam, że nie były to kaftany bezpieczeństwa). Sądząc z węgierskiej TV, w związku ze zbliżającymi się wyborami wszyscy mieli pretensje do wszystkich o tę burzę.

W Budapeszcie się przede wszystkim chodzi (i je, ale o tym za chwilę). Ciężko natomiast jest z samochodem - nie dość, że wszędzie jest strefa, a panowie parkingowi nie dość, że nie kumają słowa po ludzku (a i po węgiersku chyba też nie bardzo), to jeszcze średnio czytają i potrafią wpieprzyć o 17:05 mandat za brak kwitka parkingowego, gdy wspomniany kwitek leży w samochodzie i widnieje na nim godzina 11:30 dnia następnego. Szczęśliwie odkryliśmy, że w okolicy parku Varosliget (przy restauracji Platan) nie ma strefy, można dojechać metrem, więc tam zostawiliśmy samochód (i potem tylko się zastanawialiśmy, czy go znajdziemy następnego dnia...). Dodatkowo ktoś usiadł, pomyślał i zakazał w zasadzie większości skrętów w lewo na skrzyżowaniach, co ma swoje zalety (w miarę płynny ruch), ale jest dość upierdliwe w sytuacji, kiedy trzeba w to lewo skręcić. W efekcie jeździliśmy ruchem wężowym, czasem pokonując Dunaj i trzy razy, bo większość ulic jest jednokierunkowa. Generalnie na czas budapesztowy warto odstawić samochód w jakieś miejsce, a po mieście jeździć genialną komunikacją miejską - metrem, tramwajami, autobusami, kolejką zębatą czy podmiejską (karta na tydzień kosztuje jedyne 3400 HUF).

Trochę marudzę, że Budapeszt wszystko rekompensuje pięknem. Stare kamienice, mosty, pomniki, katedry, aleje. Na co drugim rogu knajpki (wychodzi, że mimo łażenia po ulicach, schodach i wzgórzach przywiozłam dokładnie tyle kilo obywatela, co wywiozłam). Jak człowiek zgłodnieje, może kupić langosza - placek smażony w głębokim oleju, boski z czosnkiem, kwaśną śmietaną i żółtym serem. Zachwycające też był kanapeczki z Duran Sandwiches - mnóstwo i tanie, a wszystkie fantastycznie dobre. "Węgierskie" jedzenie knajpowe głównie dla turystów, najlepsze są zupy (rybna halaszle, gulasz czy pikatne ragout).

Tak jak przeglądałam przewodnik w drodze powrotnej, wyszło, że przeszliśmy przez większość lokalnych atrakcji (kolega nawet odkreślał na planie wycieczki, co było zaliczone):

  • kąpiel w hotelu Gellerta: zabytkowy, XIX-wieczny zespół basenów - ze sztucznymi falami, z wodą w temperaturze 8-26-36-38 stopni i zespół łaźni - parowych, wodnych, saun, wszystko w pięknych kompozycjach kafelków, marmurów i - w przeciwieństwie do takiego Ciechocinka - czyste,
  • Wyspa Małgorzaty: długi na 2,5 km park, położony na środku Dunaju między mostami Arpada i Margit - park, fontanny, ruiny klasztorów, widokowa wieża ciśnień, ogród japoński, kilka pływalni, piękne miejsce do nic-nie-robienia, poniewczasie dowiedziałam się, że za wchodzenie w głąb fontanny można dostać bilecik na okrągłą kwotę 80k forintów, bo podobno "water electric kaput!"
  • Wzgórze Zamkowe: można się wskrobać na górę piechotą, można wjechać kolejką wagonikową lub autobusem, całość jest zachowana prześlicznie, czysta i przygotowana pod tabuny turystów, których było mnóstwo, bo było święto narodowe i festiwal folkowy (cepeliada, przeważnie). Pod Zamkiem są lochy, nie mają młodych, ale jest labirynt z oryginalnymi kopiami malunków prehistorycznych i innych takich,
  • Wzgórza Budańskie: można wjechać kolejkami (zębatą - jeździ na trzeciej szynie pośrodku, na której są zęby, bo przecież na gładkich szynach pociąg by się ślizgał, dziecięcą - otwarty pociąg, obsługiwany przez dzieci, a zjechać na wyciągu krzesełkowym). W praktyce wyszło, że kolejka dziecięca nie jeździ w poniedziałki i trzeba iść jak czarny człowiek lasem pod górę. Kiedy już odpadły mi nogi i miałam wizję, że nasze ciała za dwa tygodnie odkryją lokalne sępy, okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie jeździ w co drugi poniedziałek, a ten był trzeci i szczęśliwie jeździł. W przeciwieństwie do kolejki zębatej, która trzeszczy i hałasuje (a przejeżdża zaraz koło domów), wyciąg jest cichy i przepływa nad ogródkami dzielnicy willowej - na tarasach siedzą ludzie i piją herbatę, leżą leniwe psy, wszyscy patrzą, czy czasem ktoś nie spadnie z krzesełka...
  • Varosliget: park miejski, zielono i dużo zabytków różnego autoramentu, ładnie, jest też basen ze zjeżdżalnią,
  • Tropicarium: taka nasza poznańska Palmiarnia, tylko nowa, w centrum handlowym i z większym rozmachem. Płaszczki są najlepsze! Są też rekiny, piranie, Nemo & Dory, dwa leniwe krokodyle czy inne iguany w zasymulowanym środowisku naturalnym (m. in. z burzą w dżungli amazońskiej).

Poza tym w Budapeszcie, jak już wspomniałam, się chodzi. W górę, w dół, w alejach, od knajpy do knajpy.

Skoczyliśmy też na chwilę do Egeru - 120 km od Budapesztu, śliczne zabytkowe miasteczko (na węgierskie standardy - 17 największe miasto, 50 tys. mieszkańców) z kościołami, zamkiem, turystami, minaretem i jaskiniami z winem. Minaret zabijał - metr średnicy w środku, 97 stopni, na których ledwo mieściła się stopa, 34 metry od ziemi i ażurowy taras widokowy o szerokości 35 cm. Mój mały lęk wysokości nagle urósł i nie bardzo chciałam się odlepić od ściany, żeby spojrzeć w dół ("23 sierpnia w Egerze zawalił się zabytkowy minaret, na górze byli turyści z Polski", aaaargh). Obok miasta są jaskinie, w których wykute jest mnóstwo piwniczek z winem - bardzo turystyczne, mnóstwo Polaków i Rosjan przyjeżdża próbować kilkuset rodzajów egerskich win, po czym toczą się do pobliskich knajpek i napychają gulaszem bądź halaszle. Kawałek dalej za miastem jest spokojniej, a wino ciut tańsze (i "barzzo dobre, wytrawne").

W przyszłym roku chyba pojadę gdzie indziej, na razie mam mały przesyt.

GALERIA ZDJĘĆ tutaj.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 26, 2006

Link permanentny - Tagi: Węgry, Eger, Budapeszt - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Komentarzy: 1


Uwielbiam lato

Lato i letnie zakupy. Truskawki. Poziomki. Cztery woreczki bobu (dwa do zmrożenia i zżarcia w tygodniu przy akompaniamencie jojczenia kota czarno-białego, który Też Chce). Żółte okrągłe śliwki. Jogurt bałkański + zielony ogórek i czosnek. Arbuz. Kawałek pasztetu ze śliwkami. Lody. Czy ja już mówiłam, że lubię jeść i teraz nie mogę się zdecydować, od czego zacząć? Nie wspominając o sosie do spaghetti, karkówce na jutrzejszego grilla, cielęcym gulaszowym na poniedziałkowy obiad i innych takich.

Wyprawa na zakupy zwykle wiąże się z koniecznością zagonienia trzody z balkonu do domu. Dzisiaj przed wyjściem odliczam, czarno-biały na parapecie, czarnego nie ma. Wyglądam na balkon sąsiadów, *miauk*, zdziwione oczka spod cienistej doniczki z czymśtam zielonym. Stoję jak sierota na balkonie i konwersuję z leniwie odmiaukującym kotem, który leży na drewnianej podłodze i mu dobrze. TŻ wykonał fortel nr 1 (trzask drzwiczkami szafki). Nie działa. Fortel nr 2 (otwieranie puszki tuńczyka + 2a głośne trzaśnięcie miską). Tadam, kot czarny się zdecydował. Niestety, w międzyczasie ukradkiem zwiał na balkon kot czarno-biały i aktualnie leży szczęśliwy na sąsiadowym balkonie, dla odmiany na słoneczku (na dowodzie rzeczowym w swoim koszyczku). Fortel nr 3 (zamknięcie drzwi balkonowych) zadziałał. Kot czarny nie zdołał się jeszcze oderwać od miski, więc tym razem na zakupy udało się nam pojechać.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 8, 2006

Link permanentny - Kategorie: Koty, Fotografia+ - Komentarzy: 3