Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Informacje dla Fotografia+

Kuchnia

Po siedmiu (liczbowo: 7) latach przyszedł kryzys. Przyrosło nam sprzętów, kubeczków (czy tylko ja tak mam, że akurat kubeczki obrastają w jakieś wspomnienia, historie i kawałki życia?), naczyń, puszek, pudełek i misek. Wzięło mnie na wprowadzenie jakiegoś ładu i zarezerwowałam sobie wreszcie pana, co to przyjedzie i zamiast brudnej i zatłuszczonej ściany wykona kafelki. Kafelki wybrałam jakieś 2 lata temu, ale jakoś nie miałam okazji i weny, żeby kupić. Cud, nie zniknęły, kupiliśmy (Almeria Zefir, nie ukrywam, że między innymi dlatego, żeby przylepić ze dwa dekory z motylkami). Przy okazji zaczęłam się rozglądać za jakimiś zabawnymi gadżetami do nowoprojektowanej zielonkawo-pistacjowej ściany i podążając za kubeczkiem z Myszką Miki, trafiłam na komplet limonkowy (szczotkę sedesową pominę, bo jednak mi do kuchni nie konweniuje). Teraz szukam jakichś sympatycznych pojemników na sól/cukier/mąkę do postawienia na relingowej półeczce. Kolor w zasadzie dowolny (zimna zieleń, biały, czarny), raczej nieprzezroczyste, kwadratowe/prostokątne, zamykane. Półeczka ma 12x23 cm, więc wejdą dwa po 10 cm albo trzy węższe. Jak mnie strasznie zachwyci, to może być i droższy, ale jednak do Villeroya i Bocha to trochę jednak się boję pójść. Podoba mi się taki typ, jak Evva ozdabiała, ale za bardzo nie wiem, gdzie szukać.

Jako że moja kuchnia nie jest aż tak fascynująca, żeby dyskutować o niej z rodzicami przy okazji wizyty, wyprowadziliśmy ich na spacer do poznańskiego Ogrodu Botanicznego. Oprócz cudności w roślinach była też fauna, a konkretnie żaba z gumą do żucia.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maja 1, 2008

Link permanentny - Tag: ogród-botaniczny - Kategorie: Przydasie, Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 2


Jasno

Zdecydowanie jestem pogodynką. Słońce za oknem sprawia, że jest lepiej, optymistyczniej i bardziej pod każdym względem. Kot się grzeje na balkonie. Żeby wyjść z domu, wystarczy bielizna, skarpetki, spodnie i koszulka (no, jeszcze przydaje się coś dodatkowo, bo po zejściu ze słońca bywa wietrznie i chłodno). Przyszedł z ebaya lesbijko-gejowski kubeczek, który kupiłam przypadkiem (szukając, czy firma Crown Trent robi kubeczki "dishwasher safe"), budząc chyba niemały entuzjazm u sprzedającej ("Lesbian Woman, Happily Married, Hamster Lover"), bo zachwyciła się faktem, że pisze do niej "guy lady from Poland".

Caffe Weranda daje prześlicznie skomponowane kanapki (śniadania niestety tylko do 13, a ponieważ przekopanie się przez chyba 15 staników w Avocado trochę mi zajęło, to już nie dostaliśmy) - w zestawie wiejskim ciemny chleb, twarożek z ziołami, ogórkiem i pestkami dyni na sałacie z bazylią, we francuskim - trzy sery, ogórki, pomidory na sałacie jak wyżej. Pogonili mnie też z robieniem zdjęć, więc trzeba było robić je dyskretniej (przykro mi, nie zamierzam szanować tego typu zakazów z prostej przyczyny, że nie).

Cały czas fascynuje mnie świat w rybim oko. Mam wrażenie, patrząc przez obiektyw, że świat byłby ciekawszy, gdyby wszystkie linie proste zastąpić zakrzywionymi. Niekoniecznie bardziej uporządkowany i zarządzalny, ale na pewno zabawniejszy.

Przy okazji spaceru po Rynku (krótkiego, bo wiosna oznacza porę na nowe/wyciągnięte po zimie buty, a to oznacza sezon bąbli i pęcherzy na różnych częściach stopy) nieodmiennie fascynowałam się kwestią tzw. Polaków Odzieży Uroczystej. W Ratuszu mieści się USC, gdzie Poznaniacy biorą śluby z różnego stopnia zaangażowaniem w celebrę. Mimo tłumów w okolicznych ogródkach (znowu napisałam "ogórkach", freudowska potyłka?) łatwo odróżnić tzw. gości ślubnych. Po pełnej napięcia minie (niech zgadnę, nowe buty?), po wieczorowym makijażu w sobotnie południe, po ewidentnym nieprzyzwyczajeniu do kroju ubrania, po jakiejś takiej wyczuwalnej uważności w noszeniu ubrania, po innym rodzaju materiałów i kolorach. Rozumiem ideę, w dużej części się z nią zgadzam, ale bez względu na to bawi mnie kontrast między codziennością (bawełna i poliester), a odświętnością (nobliwe płótno czy jedwab).

Idę się przytulić do ciepłego futra.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwietnia 26, 2008

Link permanentny - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Komentarzy: 4


Konsumpcja - aneks

Weszłam do Esotiq w Galerii Pestka. Zadałam nieśmiertelne pytanie "Czy ma pani coś w egzotycznym rozmiarze 70e" i usłyszałam w odpowiedzi, że nie, ale "mamy 85d". God, root, what's the difference...

Za to kupiłam sobie 3 pary pasiastych skarpet i zielone w kwiatuszki. Wiosna.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek kwietnia 22, 2008

Link permanentny - Kategoria: Fotografia+ - Komentarzy: 3


Zaatakowała konsumpcja

Po jakimś takim dłuższym okresie stagnacji (pewnie skorelowanym z moim kiepskim stanem psychicznym) nagle wyszło, że wywietrzyliśmy portfele. Kupiliśmy kafelki do kuchni (już po 7 latach i nawet mamy wstępnie umówionego pana fachowca). Hanka kupiła nam relingi, bo w poznańskim Tchibo nie mieli. Mieli za to torby na pranie w kolorach zielono-niebieskich, a jakby ktoś nie miał prania, to mogą służyć do za domek dla kota. TŻ kupił wzmacniacz (czarny) i kolumny (czarne z bukową okleiną) i właśnie dokonał rytualnego podłączenia kolumn (przy akompaniamencie entuzjastycznych okrzyków "No, jak tatuś teraz będzie słuchał Sepultury, to cały pion będzie słuchał Sepultury"). Ale największy fun przyjechał z N., który od wujka Sama przywiózł mi suszone mango (już zeżarłam) i obiektyw typu fisheye. Poza zastosowaniem klasycznym (robienie nietypowych fotek architektoniczno-wnętrzarsko-kocich) w pracy przydał się do zastosowań klasycznych inaczej - seryjnej produkcji zdjęć portretowych, przypominających odpowiednio posągi z Wyspy Wielkanocnej, pana Stanisława z Łodzi, moronów, orła Sama z Muppetów czy inne Gorgi i fraglesy.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek kwietnia 22, 2008

Link permanentny - Kategorie: Przydasie, Fotografia+ - Komentarzy: 4


Staruszek portier

... nie dał nam z uśmiechem klucza. Ale za każdym razem, kiedy wracam do domu ulicą Strzeszyńską (skądinąd brzydką i przemysłową), kojarzy mi się ta piosenka, kiedy przejeżdżam obok instytutu Genetyki Roślin bodajże. Przy wjeździe jest portiernia i siedzi starszy pan, co nie byłoby niczym niezwykłym, ale siedzi też zwykle wielki i gruby kot czarny, co już mnie strasznie cieszy. Dzisiaj na portierni siedział czarny puchacz w formie kulki, a obok siedział piękny szaro-beżowy pręgacz z białym kołnierzem.

Ostatnio dotyka nas techniczna czarna seria. Popsuła się pralka, kupiłam nową. Spalił się wzmacniacz, TŻ się zebrał i kupił nowy, a przy okazji kolumny. Zatkał się sedes, TŻ zdobył nowy skill czyszczenia za pomocą spirali hydraulicznej (ja jednak odmówiłam bezpośredniego udziału w rozrywce, ograniczyłam się do kręcenia korbą z okolic przedpokoju bez zaglądania do łazienki). Wczoraj po powrocie z kolacji u znajomych woda z kranu poleciała zimna, a piec zastrajkował. Ma już swoje lata, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że muszę teraz-już kupować nowy (a bez pieca jak bez ręki - nie ma jajecznicy, kaloryferów i ciepłej wody, można najwyżej sobie coś upiec w piekarniku, a herbatę zmajstrować w czajniku elektrycznym), więc zaowocowało to frustracją i wkurzeniem, a ostatecznie toaletą w misce i dolewaniem wody z czajnika. Nastawiłam się już na to, że dziś czeka mnie seria telefonów pod posiadane numery do macherów gazowo-piecowych, po czym okazało się, że piec nie grzeje z powodu niedochodzenia (dochodzenia nie) gazu, a o poranku dostałam sms-a od sąsiadów z pytaniem, czy u nas też (co wykluczyło kwestię niezapłacenia ostatniej faktury za gaz). Z tego też powodu śniadanie odbyliśmy wprawdzie nie-aż-tak świeży, jak wskazywałby na to niedzielny poranek, ale w zrelaksowanej atmosferze "Monidła". Śniadanie nowojorskie składa się z grzanek serowo-szynkowych, kiełbasek, boczku i jajek sadzonych, wiedeńskie z grzanek, twarożku z kaparami i ziołami oraz z jajek w szklance. Jajka mogłyby być bardziej ścięte, ale całość bardzo fajna, zwłaszcza z kawą cynamonowo-kardamonowo-imbirową.

Poproszę niedzielę codziennie. I kwiaty z rynku Jeżyckiego.

PS Uwielbiam tę chwilę, kiedy podczas kolejnej wizyty w restauracji kelnerka przynosi herbatę, mówi "Proszę chwilę poczekać, aż się zaparzy... Ale chyba państwu nie muszę mówić, bo państwo wiedzą".

PPS Dzięki szafirkom i agnusowi mam plany na następny długi weekend. Szukając obrazków z niebieskimi kwiatami w celu okazania, trafiłam na zdjęcie pochodzące z ogrodu Keukenhof w Lisse pod Amsterdamem, zakochałam się i nie ma opcji, że za rok tam nie trafię.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwietnia 20, 2008

Link permanentny - Kategorie: Koty, Fotografia+ - Komentarzy: 1


Wiosna

Jak są tulipany, jasno, kiedy wracam z pracy i 19 celsjuszów na termometrze, to jest wiosna. I niech będzie, że zrzynka z yarnstorm, warto zrzynać (nawet nieudolnie) z najlepszych.

Kot Hera lubiła tulipany.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwietnia 14, 2008

Link permanentny - Kategoria: Fotografia+ - Komentarzy: 1