31 lipca 2011

Im bardziej pada deszcz, bim bom

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 17:47:26

Przepędziwszy z młodzieży nagłą temperaturę, która wzięła się nie wiadomo skąd, ale za to trzymała dwa dni, wróciłam jakoś tak znienacka na Łazarz (no nie aż tak znienacka, ostrzyłam sobie widelec na te obiecane przez ^valentine ryby, ale się okazało, że już ich nie ma, a w ich miejscu stoi apteka). Na Villę Magnolia byłam zbyt pochlapana soczkiem w okolicy dżinsów, trzymam ją w zapasie na następne razy.

Słońca dalej nie było i bez słońca Łazarz może spokojnie kandydować do dwóch wyróżnień: najsmutniejszej dzielnicy i najbardziej niebezpiecznej, jeśli chodzi o konieczność patrzenia pod nogi. Wszyscy, zanim postawią następną stopę, patrzą, czy nie wejdą w psią kupę i to chyba tłumaczy brak jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, zwłaszcza ze strony starszych pań z siatkami, które - w innych miejscach - potrafią zajazgotać, że po co pani te zdjęcia, tutaj idą wpatrzone niewidzącym wzrokiem gdzieś przed siebie.



Kraina kontrastów. Pijalnia piwa "Kominek" sąsiaduje z klubem abstynenta "Grunwald". Naprzeciw siebie dwa małe sklepiki z pasmanterią i włóczkami, a dookoła tylko podręczne sklepiki z piwem i wczorajszym pieczywem czy używaną odzieżą. Zupełnie zwykły pub sportowy i zaraz obok całkiem wyrafinowany asortymentowo sklep dla hipsterów-biegaczy. Narzekałam już na stojące wszędzie samochody, każdy metr chodnika służy za parking. Mogę pobawić się kadrowaniem i samochody "zniknąć", ale i tak zostaje mi poczucie zastawionego świata, w którym ciężko się poruszyć.

Kamienica Margarety Grüder na ul. Strusia, mimo że mrocznie gotycka, lepiej wygląda w majowym ciepłym popołudniowym słońcu.

Najbardziej lubię detale. Kwiaty, lwy, głowy, które pokazują, że było kiedyś ładnie. Teraz tę niegdysiejszą ładność trzeba sobie dołożyć w głowie.

Panoramy uroczego placu na styku Łukasiewicza i Małeckiego nie będzie, bo autostitch powiedział, że chce 2 lub więcej zdjęć mimo zaproponowania mu 9.

Więcej zdjęć.

30 lipca 2011

Lipcopad

Poziom: 1 * Koty * Maja / 23:46:40

Nie ma efektu wow. Młodzież nagle pozyskała 38,6 celsjusza, po czym niby dziś już przeszło, ale dalej poziom jękliwości ogólnej jest wysoki. Również u Burszyka, co nie pomaga jakoś.

28 lipca 2011

Rynek Łazarski

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 00:02:21

"It was a dark and stormy night", tyle że nie noc, a poranek i nie burzowo, ale chmurom się zbierało na deszcz. Świeżo zachwycona możliwością sprawnego przemieszczania się z punktu A do B, zahaczając po drodze o C i D, trafiłam na Rynek Łazarski. Nie byłam tam od czasów krótkiego epizodu z pewną eks-firmą wspierającą znany tygodnik opinii, kiedy to przechodziłam przez rynek na tramwaj. I nic się nie zmieniło, dalej piękna i monumentalna architektura kamienic niszczeje, a plac z potencjałem zajmują setki zaparkowanych samochodów[1] i parasolki straganów, na których jest wszystko i nic (wracając do dyskusji o tym, czym zajmują się współcześni Cyganie - przynajmniej jeden z nich sprzedaje solidne, kute patelnie cygańskie[2]). A szkoda, zwłaszcza że chyba od lat 80. nic się nie zmieniło. Na następny raz rezerwuję sobie spacer ulicami Małeckiego i Kolejową (i może wrócę na Strusia?). Bo ładnie tam. A znacie może jakieś miłe restauracje czy kawiarnie w okolicy?













[1] Nienawidzę samochodów w mieście. I nie chodzi mi o te na ulicach, ale o te zajmujące chodniki i zmuszające mnie do kierowania wzroku na wysokość bodaj 150 cm i więcej[3], bo od tej wysokości dopiero można zacząć kadr fotografii, żeby uniknąć obrzydliwych dachów.

[2] Ale bez odłączanej rączki, więc nie kupiłam.

[3] Żeby wam rura zardzewiała, wielkie dostawczaki i kurierczaki.

26 lipca 2011

Czcij kozę swoją albo 23 miesiące

Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 23:00:14

"Bika" to brudne, mokre, brzydkie, w każdym razie do wymiany, przebrania czy umycia. "Pyciepycie" to napój, niestety najchętniej coca-cola, więc pijemy ukradkiem i po 22. "Kiki" to czasem wiewiórka, ale i podskakiwanie na piłce. Mnóstwo onomatopei, zwłaszcza świnkę i kozę odrabia rewelacyjnie. I najczęściej powtarzane "Nie dzidzia, nie!" w celu wykluczenia konkurencji nawet przy przechodzeniu przez ten sam chodnik.

24 lipca 2011

A w Starym Zoo

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 23:26:33

... postawili przy małpiarni figury małp wielkości należytej. Łatwiej zobaczyć niż małpy za szkłem, bo tajniaczą się za krzakami i przemykają szybko w prześwicie. Owce kameruńskie, ustawione w sformowaną bojówkę, beczały przeraźliwie i usiłowały pozyskać walory spożywcze od przechodzących, ale nie tędy droga, bo wyraźnie stał napis, że nie karmić. Na karuzeli dawali w nagrodę za jazdę naklejki z Królem Lwem (czy ja chcę mieć taką naklejkę gdzieś w domu nalepioną?). Najładniejszy był (oczywiście poza Majem) koroniec plamoczuby. Lubię Stare Zoo na niedzielny spacer.







22 lipca 2011

I już po prawie miesiącu

Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 17:32:44

... mam śliczną, błyszczącą, czyściutką (jeszcze w środku, bo na zewnątrz pada, błoto i w ogóle) i pachnącą C3 w egzotycznym kolorze mativoire (a po ludzku - piaskowym). Innymi słowy, nie polecam specjalnie salonu Labijak Auto Lama w Złotnikach, albowiem niespecjalnie panują nad terminowością zamówień i zaklepany 24 czerwca samochód zamiast 11 lipca, odebrałam dziś. I naprawdę nie interesuje mnie, że im się dużo sprzedało, był przekładany transport, wiał wiatr i z nieba sypało żabami, następny samochód kupię gdzie indziej i tyle.

A poza tym gra, łagodnie się kołysze na drodze i - wbrew zakusom sprzedawców w salonie, którzy dość uparcie zwracali się do TŻ we wszelkich kwestiach - jest moje.









21 lipca 2011

Dzień mi zrobił

Poziom: 1 * SOA#1 / 18:12:26

... kołorker, ojciec trojga, który na moje stwierdzenie, że i tak po powrocie do domu muszę ugotować obiad, odpowiedział błyskotliwie: "Bo jesteś kobietą, nie?".

20 lipca 2011

A po burzy przychodzi krab

Poziom: 1 * Z fotkami / 23:46:06

A po nocy raki. A po deszczu wychodzą krwiożercze ślimaki i pomykają dziarsko, aż ktoś na nie nie nadepnie. Anyway, skorzystajcie z mądrości cioci Zuzy i nie klękajcie w dżinsach na chodniku, żeby ze szkiełkiem +4 dioptrie zrobić zbliżenie ślimaczka, zwłaszcza jak ślimaczki przebywają obok uczęszczanej samochodami drogi. I nie klękajcie przodem do kierunku jazdy, albowiem kierowcy z nadczynnością klaksonu na widok Waszego wypiętego tyłka nie omieszkają wyrazić zdania. Optymistycznie zakładam, że w moim przypadku była to aprobata.

Business & Beauty (4)

Poziom: 1 * Przeczytali mnie / 09:17:28

Numer 4 Empikach, a w numerze:

19 lipca 2011

Allison Pearson - Nie wiem, jak ona to robi

Poziom: 1 * Czytam / 22:15:42

Kate Reddy jest maklerką, na pełen etat obraca akcjami w jednej z londyńskich firm, zarabia, traci, podejmuje szybkie decyzje, trzyma w ręku pół giełdy, lata po całym świecie w delegacje, a w międzyczasie usiłuje być matką dwójki maluchów i żoną dość niezorganizowanego męża - architekta-hobbysty. I poza maniakalnym robieniem list i rezygnacją z własnych potrzeb naczelnym spiritus movens Kate jest wszechogarniające poczucie winy. Że nie jest w pracy tak wydajna, jak powinna być, a mimo to praca zajmuje jej 90% czasu, bo nie potrafi odmawiać i nie jest w stanie być matką idealną, która piecze babeczki (więc zamiast tego kupuje gotowe i lukruje niezdarnie, żeby wyglądały na domowe), spędza quality time z dziećmi i uczestniczy w ich rozwoju, a żeby okoliczna "mamafia" postrzegała ją jako osobę wartościową, ucieka się do sztuczek i kłamstw (czasy aspirującej pani Bukietowej już dawno minęły). Niespecjalnie polubiłam Kate-karierowiczkę, nie zrozumiałam sensu maskarady Kate-matki idealnej i nakręcania całej spirali fikcji, natomiast doskonale poczułam Kate-osobę, z aspiracjami, chęcią wyspania się we własnym łóżku, Kate-żonę, która usiłuje poukładać sobie życie z mężem.

Kawałki korporacyjne ambiwalentnie - bo z jednej strony obśmiałam się jak norka, czytając o Deklaracji Posłannictwa (1. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! 2. Wzajemne zaufanie! 3. Maksymalizacja wyników! 4. Klient nasz pan! 5. Skazani na sukces!), z drugiej gorzkawo, bo sama prawda - nie da się być mamą i pracownikiem miesiąca, z trzeciej - akcja ośmieszająca szowinistycznego chama, który emituje erotyczne fotomontaże zdjęć atrakcyjnej koleżanki z pracy, zupełnie z powietrza.

Natomiast całościowo książka mnie miło zaskoczyła. Owszem, jest przewidywalna, owszem, zakończenie typowo pozytywistyczne ku pokrzepieniu serc, owszem, wisi parę strzelb, które nie strzelają, ale jest ciut głębsza i bardziej refleksyjna niż można się po chic-lit spodziewać.

Tłumaczenie słabe, panie Manicki. Panie miewają bieliznę od Agent Provocateur, a nie od Agentki Prowokatorki. Dużo zdań, które zaczynają brzmieć dopiero po tym, jak wymyślę, co było w oryginale.

#53

17 lipca 2011

Plakat musi śpiewać

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 22:49:09

Dobra wystawa, zwłaszcza jak się lubi plakat. Ja lubię. Można w Muzeum Narodowym, 7 zł za wejście, mniej niż kawa w niektórych miejscach.



16 lipca 2011

Emilia Dziubak - Gratka dla małego niejadka

Poziom: 1 * Czytam * Maja * Z fotkami / 23:48:03

Lubię ładnie ilustrowane książki, zwłaszcza jeśli są o jedzeniu. Do tego lubię książki dla dzieci. Ilustracje Emiis są fenomenalne - bajkowe, aluzyjne (włoska rodzina Gnocci - dynia z podkręconym, prawie że à la Salvador Dali, wąsikiem i w cylindrze) i inne. Niefotograficzne. Z elementami do dorysowania przez najmłodszych, chociaż raczej nie dla dwulatków. Z dwulatkami natomiast można ją przeglądać i pokazywać kolejne obrazki, słuchać potakiwania, kiedy się dwulatce świat zgadza ("A to jest brokuł, wiesz?" - "TAK!") i cieszyć się myślą o momencie, kiedy rzeczona dwulatka na tyle opanuje koordynację, żeby powierzyć jej proste i niekoniecznie bałaganiarskie zajęcia kuchenne.



15 lipca 2011

Tosted

Poziom: 1 * Przydasie * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 20:38:47

Przez ostatnie kilka lat zawsze odkładałam zakup tostera, bo szukałam takiego, którego nie mogłam znaleźć. Grunt to precyzyjne kryteria. A nie ma nic lepszego na śniadanie niż dobry chleb, przyrumieniony i ciepły, z dobrym masłem, naprawdę opcjonalnie z lekko nadtopionym czedarem czy dżemem. I od dziś mogę, bo przyjechał (oczywiście po poznańsku kupiłam w obniżce w serwisie z okazjami, przecież).



EDIT: I żeby nie było, że taki brzydki, że pokazuję tylko kawałek:

14 lipca 2011

Polina Daszkowa - Rosyjska orchidea

Poziom: 1 * Czytam / 23:36:40

Trop wiedzie w przeszłość - historia zabytkowej broszy z brylantem i szafirami, pozostałej po rosyjskiej szlachcie łączy się ze współczesnym morderstwem dziennikarza-hieny. Bardzo zgrabny zestaw bohaterów: przemiły i dociekliwy milicjant, który karmi rozmówców pierożkami maminej roboty i poi dobrze przygotowaną herbatą, pełna zasad i etyki pani dziennikarka, za którą - jak smród za wojskiem - ciągnie się najpierw patafian-dziennikarzyna, a potem próbujący szantażu zdegradowany agent bezpieki czy ciężko doświadczona przez los i rzucona w świat wielkiego biznesu piękna studentka.

Inne tego autora:

#52 (no to fajrant)

13 lipca 2011

Shop un-spotting

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 23:11:51

W styczniu pisałam, że jest. Ale już nie ma. Plotka głosi, że wyniósł się na drugą stronę wylotówki na mikro-ryneczek we wsi. A ja tam nie lubię. Szkoda.

11 lipca 2011

Moje^WNasze miasto Poznań

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 23:52:32

Josephine Tey - Morderstwo przed teatrem

Poziom: 1 * Czytam / 18:20:26

Inspektor Grant pozytywnie wyróżniał się wśród innych pracowników Scotland Yardu, ponieważ był zamożny, pracował dla przyjemności, a do tego był niesamowicie taktowny i uprzejmy. Dzięki temu niechętni przesłuchaniom świadkowie o czasem nie do końca legalnym trybie życia udzielali nieocenionej pomocy. Dodatkowo miał ofiarnych współpracowników, którzy chętnie przebierali się za kogoś innego (a to domokrążcę z błyskotkami na handel, a to byłego żołnierza, szukającego miejsca w życiu) i byli bezbłędni w wyciąganiu pikantnych detali od służących i kucharek, zwłaszcza dotyczących chlebodawców. A do tego Grant miał intuicję, która nie pozwalała mu zatrzymać śledztwa, mimo że znalazł potencjalnego mordercę.

Pod jednym z londyńskich teatrów w ciasnej kolejce stoi pół Londynu, bo dostępne są jeszcze bilety na ostatni spektakl znanej śpiewaczki rewiowej. Stoi, stoi, aż wreszcie rusza do kasy i wtedy się okazuje, że stojący sztywno młody mężczyzna jest rzeczywiście sztywny, bo pchnięty sztyletem ze skutkiem śmiertelnym. Nie wiadomo kto to, bo nie ma dokumentów ani innych oznak ułatwiających identyfikację (poza - jak się okazuje - krawatem); wiadomo tylko, że zabił go ktoś stojący w kolejce. Ponieważ kilku świadków wspomina o młodym, śniadym mężczyźnie, takiego delikwenta szuka właśnie inspektor Grant.

Zaletą prowadzenia śledztwa w latach 20. XX wieku jest to, że wszystkie banknoty 5-funtowe są namierzalne, krawaty wychodzą w bardzo krótkich seriach, a w ramach grupy społecznej wszyscy się znają nawet w takim mieście jak Londyn.

Inne tego autora:

#51

Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Morderstwo w Savoyu

Poziom: 1 * Czytam / 00:02:19

W miejscu publicznym, znienacka, zostaje zastrzelony znany biznesmen. Do jednej z bardziej znanym i renomowanych restauracji w Malmö wchodzi mężczyzna, strzela do przemawiającego do swoich gości Victora Palmgrena i wyskakuje przez okno. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale inspektor Månsson i z tego potrafi coś wycisnąć. Tym razem to on jest gospodarzem, a na gościnne występy ze Sztokholmu przyjeżdża Martin Beck ze współpracowniczką z wydziału obyczajowego. W Sztokholmie zostaje Kollberg i znany z poprzedniego tomu buc Larsson i mimo niechęci wszystkich do tego ostatniego, przynosi sporo cennych dla śledztwa informacji, bo okazuje się, że jego siostra mieszka obok jednego z podejrzanych. Uroczym motywem jest agent służb bezpieczeństwa, który odziany w gustowną i widoczną z daleka marynarkę w pepitkę oraz żółte buty usiłował przez 3/4 akcji zachować incognito w holu hotelu Savoy, a potem przyszedł wypłakać się w mankiet Becka, jaka to jego praca ciężka i że nie ma efektów.

W przeciwieństwie do wszystkich CSI, tutaj jest bez fajerwerków, analiza pocisku wystrzelonego z broni daje listę kilkudziesięciu modeli, a nie prowadzi do konkretnego właściciela. Tu ktoś znajduje pudełko po karabinku, wyrzucone przez morze, tu pani przypomniała sobie, że widziała człowieka na rowerze (i jest rozczarowana, że nie dostanie z tego tytułu żadnej nagrody), a z tych klocków składa się rozwiązanie.

A młodszy policjant śledczy Skacke dzwoni do swojej dziewczyny na koszt podatników.

#50

10 lipca 2011

Zmiany, zmiany, zmiany

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 00:19:12

A to na Starym Rynku ktoś postawił zaciszny pokój z książkami i fotelem. Można usiąść, dotykać i słuchać Miłosza.



Wyrósł nowy hostel, w zupełnie niespodziewanym i fantastycznym miejscu - przy samym Rynku, na Wzgórzu Przemysła. Po takim budynku i lokalizacji spodziewałabym się raczej hotelu wysokobudżetowego; bardzo mi się to podoba.

I tylko ten - teraz mieszkańcy Warszawy mogą zacząć się śmiać - poznański Zamek Królewski w budowie. Złośliwi wspominają na widok wizualizacji o zamku Gargamela.

09 lipca 2011

Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Wóz strażacki, który zniknął

Poziom: 1 * Czytam / 22:16:07

Ja rozumiem, że nikt nie szanował milicji w kryminałach z PRL-u. Ale że w dość chyba praworządnym szwedzkim społeczeństwie ten szacunek był jeszcze mniejszy i to komunikowany wprost nie tylko przez niziny społeczne, to już mi się w głowie nie mieści.

Wreszcie zaczęły się w cyklu te kryminały, które pamiętam. Z bogatym tłem prywatnym, barwnymi i różnorodnymi postaciami i uruchamianiem całej machiny śledczej do rozwiązania sprawy. Martin Beck jest melancholijny, nieco hipochondryczny i niespecjalnie lubi swoją rodzinę, więc bez większych skrupułów wysyła ich na weekend, a sam zostaje, żeby pracować - a to przy piwie z kolegą, a to z wędką w plenerze. Gunvald Larsson jest bucowatym snobem, który nie ma oporów, żeby obsobaczyć czy to przesłuchiwanego, czy to niespecjalnie mądrego początkującego policjanta. Współpracujący z nimi Månsson z Malmö jest niesamowicie spostrzegawczy, a do tego ma łatwość w nawiązywaniu kontaktów, również intymnych, co znacznie ułatwia przesłuchiwanie. Lennart Kollberg jest refleksyjny i mimo tuszy zbyt delikatny do pracy policyjnej (a poza tym ma atrakcyjną żonę małą córeczkę).

Policja otrzymuje polecenie pilnowania podejrzanego o handel kradzionymi samochodami delikwenta, po czym - mimo że nikt nie wychodził do domu - dom delikwenta wybucha. Gunvald Larsson, który przypadkiem obserwował dom, ratuje 8 z 11 przebywających w domu osób i zostaje zaangażowany do śledztwa, kiedy okazuje się, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, a sprytne podpalenie. Śledztwo jest dość mozolne, popełniane są błędy, a ostatecznie policjanci mają dużo szczęścia, że po wielu tropach, po wyjazdach i dzięki kontaktom z Interpolem trafiają na rozwiązanie zagadki morderstwa.

Inne tych autorów:

#49

07 lipca 2011

Zen garden

Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:46:08

I haz one.

05 lipca 2011

Poziom: 1 * Koty * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:55:12

Tak naprawdę to ja lubię wstawać o poranku, kiedy słońce ledwo zazłoci się na horyzoncie (czytaj: przed 8 rano). Lubię latem wyjść w czymkolwiek do sklepu, kupić świeże bułeczki, zerknąć na świat jasny, nie zdeptany jeszcze przez ludzi spieszących się do pracy. Warunkiem sine qua non jest to, że nie mogę się spieszyć potem. Że musi być czas na śniadanie, na książkę, powrót do łóżka, planowanie i stanie z ugiętą nogą przy lustrze podczas myślenia, które buty. Odzwyczaiłam się od tego sama nie wiem jak. Albo jestem szybka i byle jaka, albo udaje mi się przechodzić przez dzień z poczuciem nic-nie-zrobienia.

A wystarczy niewiele. Szminka w fikuśnym futeraliku (... rozpakowuję w aucie, męczę się, żeby otworzyć, bo to nie tak, że wiadomo od ręki, trzeba wysunąć szminkę, a wtedy z etui otwiera się lusterko. TŻ komentuje: "No, dlatego to kosztuje, bo płaci się za know how", ja dodaję, że jak widać w moim przypadku to raczej don't know how) i limitowana edycja coca-coli w szklanych butelkach. Elipsoidalne brzoskwinie, czarne czereśnie, świeże maliny i warzywa na sos pomidorowy do klopsików, wszystko z Rynku Jeżyckiego. I fajnie się idzie w lekkim, ciepłym deszczu.



04 lipca 2011

Barbara Gordon - Dwaj panowie z Zodiaku

Poziom: 1 * Czytam * Z głowy, czyli z niczego / 18:41:57

Ten kryminał jest doskonały, bo wielostronnie zły - zaczynając od kulejącej akcji (w której przestępca się łapie na drodze pecha i zbiegu okoliczności), od znaku równości między przestępstwami gospodarczymi, prostytucją i morderstwem (bo skoro ktoś już kradł na wielką skalę, to nie zawaha się stuknąć niewygodnego świadka), a kończąc na języku. Co jakiś czas autorce zbiera się na elaboraty filozoficzne, okraszone metaforami i przenośniami, dzięki czemu można przeczytać na przykład, że:

Należał on mianowicie do tej kategorii ludzi, którzy przyrodzoną bystrość swych umysłów lubią obracać na rozwiązanie problemu: jak najwięcej zarobić, pracując jak najmniej. Ta kategoria ludzi jak pleśń, jak złośliwa rdza osadza się na skrajach społecznego życia nie dość dobrze zabezpieczonych, rzec by można - nie wietrzonych należycie lub po prostu, jak źle wytopiona stal, podatnych uszkodzeniom.

Władysław Kotym w czasie wojny wykonał skok klasowy - z niedojadających nizin społecznych, z potencjalnego czeladnika szewskiego bez perspektyw został za pomocą najpierw drobnych, a potem nieco grubszych szachrajstw bardzo ważnym panem dyrektorem. Nie że sam chciał, ale jego próżna żona Zuzanna - żądna luksusów, kawioru, toalet od projektantów i biżuterii - domagała się, żeby zapewnił jej należytą stopę życiową. Więc okradał i skarb państwa, i ludzi prywatnych, malwersował, korumpował, zmuszał podległych mu pracowników do oszustw i stworzył imperium zła. Zło polegało na tym, że brał towar i nie płacił, a kierowniczka podległego mu komisu wpisywała to jako towar zniszczony albo wprowadzał do obrotu towar od prywaciarzy bez faktury. A jak coś się zaczynało sypać, to wyniośle się odcinał i wychodził bez skazy, a nawet chętnie pomagał tzw. organom. Zły to człowiek był, zły.

Akcja trwa raptem dwa i pół dnia - pierwszego dnia aresztowana jest kierowniczka komisu, a Kotym wprowadza w życie plan zatarcia śladów. Wieczorem po raz kolejny kłóci się z żoną, a potem spotyka się z tajemniczym panem Pirką. Drugiego dnia zostają znalezione zwłoki w bajorku pod Piasecznem, Zuzanna Kotymowa i pan Pirko znikają, a trzeciego dnia po wielkiej a nieudanej obławie w Gdyni sprawa się rozwiązuje.

Do tego są piękne akcenty prospołeczne. Kapitan Jastko z wydziału gospodarczego i kapitan Chmura z wydziału zabójstw prowadzą dyskurs o kondycji socjalistycznego człowieka, oczywiście prowadzący do krzepiących wniosków:


Funkcja, jaką spełnia on, Chmura, jaką spełnia Jastko (...) polega na tym, ze muszą się stykać z takimi ludźmi, z takimi zjawiskami. Stykać się po to, by zwalczać, by udaremniać ich działanie, ograniczać zasięg. To stałe stykanie się jednak sprawia, że obraz rzeczywistości staje się zdeformowany. Jak w powieści kryminalnej, może się wydawać, że społeczeństwo składa się w przeważającej części z Kotymów, Dzietrzyków [malwersującej kierowniczki sklepu i jej męża pijaka i łobuza], "Złotych Jolek" [proweniencja oczywista] i innych im podobnych. A to nieprawda. Bo jest [...] wielu, wielu zwykłych, porządnych ludzi, pragnących powodzenia życiowego zdobytego nie kanciarstwem, lecz własną pracą, pragnących osobistego szczęścia nie kupionego za ukradzione czy zrabowane pieniądze, okupionego czyjąś śmiercią - lecz polegającego na zaufaniu jednego bliskiego człowieka do drugiego bliskiego człowieka. To wielka otucha dla Chmury - taka myśl. Myśl o tym, że Kotymowie - to margines, a nie reguła.

Książka z 1969 roku, autorka pokazuje, co wtedy oznaczał luksus: piękne futro z brajtszwanców i pierścionek ze szmaragdem, wczasy w Jugosławii, bo na Krymie nudno, a na proszoną kolację kawior, łosoś, francuski koniak i pieczyste z bażanta.

#48

02 lipca 2011

Nowy znak drogowy

Poziom: 1 * Listy spod róży / 23:41:09

Zamiast tych "Uwaga wyboje", "Koleiny", "Ubytki nawierzchni przez najbliższe 16 km", "Brak pobocza" zrobiłabym jeden znak "Uwaga! Dobra droga". Można by było umieszczać go rzadziej, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na dowolnie wybrany cel charytatywny.

PS Nie lubię jeździć w deszczu. Ale trójkowe przebłyski z Open'era i dziecko posapujące na tylnej kanapie zrobiły wieczór. A ja odkryłam, że dalej mam miękkie miejsce dla artysty zwanego aktualnie Prince.

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy