30 maja 2011

O dwóch pieprzonych Kopciuszkach i ziarnkach styropianu

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 23:10:41

Jeden Kopciuszek rozpruł worek. Drugi Kopciuszek podstawiał pod otwór kolejno 5 worków na śmieci, 60 litrów każdy (ale mieściło się mniej, bo trzeba było mocno zawiązać, żeby styropian nie wypadał).

Po napełnieniu 5 worków jeden Kopciuszek zszył worek kontrastową nicią, a drugi Kopciuszek spróbował worek wepchnąć do pralki. Ponieważ się nie udało, pierwszy Kopciuszek rozpruł szew, po czym Kopciuszki kolektywnie zapełniły kolejne 2 worki.

Jeden Kopciuszek wykonał kolejny szew kontrastową nicią, worek zmieścił się do pralki, a potem do suszarki, a drugi z Kopciuszków pozamiatał cały dom ze zbłąkanych kuleczek.

Po kilku dniach, niezbędnych na zapewnienie workowi eleganckiego suwaczka na kolejne okazje, Kopciuszki usiadły na balkonie i za pomocą rurki spreparowanej z kartonu oraz porcelanowej sosjerki zaczęły wsypywać styropian z worków.

Pierwszego dnia wsypały zawartość jednego worka, bo drugi Kopciuszek był zmęczony.

Czwartego dnia (znaczy dziś) przesypały trzy worki, prowadząc pełną autoironii rozmowę, że cały worek kosztował 60 zł i w zasadzie opłacałoby się wyrzucić ten i kupić nowy. Na jutro zostały do przesypania jeszcze dwa worki, co doprowadziło drugiego Kopciuszka do smutnego wniosku, że gdzieś się rąbnęła w obliczeniach, bo 1 + 3 + 2 nijak nie da 7.

A rozrywki te zapewnił Kopciuszkom któryś z kotów (plotka głosi, że Burszyk) obszczywając bezczelnie tzw. bean baga, zwanego u nas fotelem eko.

Polina Daszkowa - Dla Nikity

Poziom: 1 * Czytam / 18:10:34

Fantastycznie gładko napisany kryminał, z sensownymi psychologicznie bohaterami, dodatkowo z ładnie splatającą się fabułą, odsłanianą kolejno przez różnych uczestników akcji. Dość brutalny, jak to u Rosjan, niskie poszanowanie życia ludzkiego (trochę nie polecam rodzicom małych dzieci), duża łatwość obejścia prawa dzięki korupcji i nieuczciwości na dowolnych szczeblach. I - o dziwo - nieskorumpowany milicjant, który z własnej woli podejmuje śledztwo w sprawie oficjalnie uznanej za wypadek. Bardzo miła odmiana po niezorganizowanej bohaterce Doncowej i psychopatycznej i irracjonalnej pani detektyw u Polakowej.

Nikita Rakitin jest znanym pisarzem kryminałów i z dziwnych przyczyn podejmuje się pracy nad biografią dawnego znajomego, dziś znanego dygnitarza. I nagle musi uciekać, bo dokopał się do rzeczy strasznych a niejawnych, więc wisi nad nim wyrok śmierci. Śledztwo oprócz Nikitina prowadzi jednocześnie ojciec poszkodowanego przez tajemniczą sektę syna, wegetujacego w szpitalu psychiatrycznym, wspomniany uczciwy milicjant (mimo konsekwencji służbowych) i - po tajemniczej śmierci pisarza - żona dygnitarza, dawna miłość Rakitina.

#37

29 maja 2011

Kompulsywnie czytam

Poziom: 1 * Czytam * Z głowy, czyli z niczego / 23:20:22

Przeczytałam gdzieś, że nie warto kończyć dobrej książki przed snem, bo wtedy jeszcze noc na to, żeby poczekać na zakończenie i o tę noc przedłużyć znajomość. To prawda.

Ostatnio odkryłam, że to nie mentalne ADHD każe mi czytać kilka książek naraz, tylko łatwiej mi utrzymać ciągłość czytania książek wciągających i uniknięcia sytuacji, jaką mam teraz: skończyłam trzy fajne książki, każda następna odrzuca mnie po trzech stronach, staję z pustą głową przed półkami i nie wiem, co wybrać.

28 maja 2011

21 maja (3): Pałacowa spiżarnia

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 13:58:42

EDIT: Właściciele/pracownicy restauracji ukradli zdjęcia z tej notki i użyli w celu komercyjnym. Niestety, nie mieli na tyle odwagi, żeby sprawę wyjaśnić. Dla mnie to znak, że miejsce trzeba omijać, ja w każdym razie nie wydam tam już nawet złotówki.

Przemile mnie zaskoczyło, że na skraju miasta, w odległości spacerowej tuż obok mojej wsi, nagle pojawiła się restauracja w jednej ze starych, podobno prawie stuletnich, willi. Restauracja okazała się być poznańską filią pałacu w Popowie Starym. Kuchnia staropolska - świetny żurek, do jarskich gołąbków podchodziłam z niejaką obawą, ale były bardzo dobre, klimatyczne wnętrza i przyjazna obsługa (co nie jest oczywistością, bo na przykład w jednej z restauracji kelnerka(?) jest nieustająco zirytowana tym, że ktoś przychodzi zjeść i nie jest to jednostkowa obserwacja). Dodatkowo duży ogród i taras, gdzie można jeść i wybiegać nieletnią.







Chyba się pospieszę z wizytą w pałacu, bo w przyszłym roku ma go zaanektować UEFA. Kto wie, co po nich zostanie.

Henning Mankell - Niespokojny człowiek

Poziom: 1 * Czytam / 12:51:50

Ostatnia książka o Wallanderze. I jest mi przykro, że się skończyło, bo polubiłam gderliwego i dociekliwego komisarza, przez całe życie walczącego z tym, żeby nie być takim jak jego ojciec. Ostatnia sprawa, tym razem bardzo osobista - znika niedoszły teść Wallanderowej córki Lindy i dziadek Wallanderowej wnuczki, eks-generał marynarki. Wallander po części na zwolnieniu lekarskim, po części na urlopie (i odrobinę z powodu incydentu z bronią z konsekwencjami służbowymi) szuka go półprywatnie, bo oficjalnie sprawę prowadzi zaprzyjaźniony komisarz Ytterberg ze Sztokholmu. Ale tak naprawdę mniej ważne jest śledztwo, ale walka ze starością. Wallander czuje się mentalnie 35-latkiem, a w lustrze widzi zmęczonego 60-latka, cukrzyka z zanikami pamięci. Dużo rozważań o tym, czy warto, czy jest sens i - w przypadku wyjaśnienia ostatecznej tajemnicy zniknięcia teścia i teściowej córki - co można opowiedzieć niby-zięciowi o jego rodzicach, żeby aż tak nie zabolało.

Gdzieś z tyłu głowy cały czas pobrzmiewało mi podczas czytania "Hurt" Johnny'ego Casha [1]. Że starzenie się to sprawdzenie, czy jeszcze można coś czuć. I że wszyscy, których znasz, w końcu umrą.

Epilog, dodam, trochę mną zamiótł. Nie zostałam z poczuciem krzywdy, nie pójdę wybijać Mankellowi okien, ale mam wrażenie niesprawiedliwości. Jak to w skandynawskim kryminale, gdzie wystarczy wyjaśnić zagadkę, ale niekoniecznie wymyślić satysfakcjonujące zakończenie.

[1] Wiem, że "Hurt" jest Trenta Reznora. Ale, jak ktoś pod jutubką napisał, "if johnny cash covers your song it aint yours no more".

Inne tego autora:

#36

26 maja 2011

Oczko

Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 08:56:11

Pierwszy poległ budzik. Po którymś razie, kiedy lotem parabolicznym spadł z szafki, zamiast budzika zaczęliśmy używać TŻ-owej komórki, która emituje sielskie dzwoneczki i ptaszki. W celu łagodzenia obyczajów o poranku.

TŻ przyniósł mleko koło 6 rano. Potem już nie usnęłam, bo wierciła się, pokasływała, oddychała przez usta, mimo że nie miała zatkanego nosa, podnosiła się, siadała i kładła się ponownie, wszystko przez sen. Rosła mi irytacja, chowałam się pod kołdrą, usiłując odizolować od aktywności. Głaskałam małe plecki, obejmowałam, żeby jeszcze chwilę pospała ona, a może i ja. I zadzwonił budzik. Błyskawiczny uśmiech, szybszy niż z torebki znanej firmy od glutaminianu sodu i siad do pełnego wyprostu. Porozumiewawcze spojrzenie i wyjaśnienie, że "śś-śś" (ptaki, nie wiem, skąd ta onomatopeja). Zrobiło mój dzień.

21 miesięcy. Rok i 3/4.


25 maja 2011

Lilian Jackson Braun - 26. Kot, który mówił po indyczemu

Poziom: 1 * Czytam / 23:17:23

W międzyczasie przeczytałam ponad 10 kolejnych tomów, ale zaniedbałam haniebnie notowanie tego, bo albo mogłam kopiować notki z okładki, albo jechać schematem "Kot Koko naprowadza Qwillerana na mordercę, zrzucając książkę". Więc mi się nie chciało. Ale ta konkretna osłabiła mnie głupotą bohatera, niesklejonym wątkiem uzasadniającym tytuł i wpychaniem w książkę elementów edukacyjnych. W Pickax z okazji obchodów 150-lecia miasta Qwill przygotowuje słuchowisko w stylu Wojny Światów o wielkim sztormie z 1913 roku, humor psują mu dwa morderstwa, z czego jedno na jego plaży. Wykrywa, kto zabił, zimnokrwisty morderca przychodzi do jego ogrodowej altany, a ten baran zostawia go z kotem Koko i idzie dzwonić po prawnika, po czym słyszy strzał i dopiero teraz wpada w panikę, że morderca zastrzelił mu kota. Naprawdę, jak na błyskotliwego detektywa-amatora, który rozwiązał 25 spraw, logika porażająca.

Tytułowe indyki nie mają żadnego związku z akcją powiastki, bo powieścią nazwać tego nie można, ot - podobno wyginęły, a przechodzą przez ogród felietonisty. Dodatkowo treść jest rozepchana zacytowanymi dwiema historyjkami, napisanymi przez Qwilla i całą treścią spektaklu o Wielkim Sztormie. Owszem, to literatura łatwa, przyjemna i tania, typowo dla zabicia czasu w autobusie czy na brzegu piaskownicy, ale słabo. Coraz słabiej.

Z zalet - na końcu książeczki dwa przepisy - na magicznego tosta z kiszoną kapustą, serem i pieczenią oraz na ciasteczka z melasą. Pewnie dobre, acz pierwszy przepis zaczyna się od tego, że jedną kromkę chleba smarujemy z obu stron. Jakoś mnie to rozbawiło.

#35

Północ w ogrodzie dobra i zła

Poziom: 1 * Oglądam / 21:55:48

Lubię po książce film, rzadko odwrotnie. A tu miłe zaskoczenie, bo film - mimo oczywistych skrótów - jest kompozycyjnie lepiej poskładany niż książka. Wszystkie elementy wprowadzają Johna Kelso, dziennikarza z Nowego Jorku, do kolorowego świata Savannah i nietypowego procesu o morderstwo. Jest trochę na siłę dołożony wątek miłosny, mocno przycięte historia Joe Odoma i walki Williamsa z Adlerem i w konsekwencji kulisy procesu związane z walką polityczną są dość ograniczone. Film ma do tego ładne obrazki i świetną, urealniającą całą historię rolę samej Chablis. Ale daleka jestem od tego, żeby pominąć książkę i zostać tylko przy filmie. Film jest statyczny, nudnawy, ni to dramat sądowy, ni to lekko ironiczna obyczajówka. Bez podstawy w postaci książki usnęłam kilka lat temu chyba po 20 minutach oglądania. A szkoda.

21 maja 2011

21 maja (2): bańki mydlane na Rynku

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 21:05:14

Najzupełniej mi wszystko jedno, czy był to zorganizowany na facebooku flash-mob, czy byli sponsorzy i czy całość była komercyjna. Lubię bańki mydlane. I wprawdzie poszłam dziś na Rynek jak Turek z nożem na strzelaninę, ale nadrobiłam zaniedbanie kupując gizmo do baniek na straganie. Nie tylko ja zresztą.

Miasto dziś w ogóle było w formie - oprócz baniek i murali pokazało mi makietę Starego Rynku, stojącą przy wylocie Paderewskiego. Poproszę tak co dzień. a jak nie, to ostatecznie co tydzień. Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby, kreśląc się z poważaniem.



Więcej zdjęć.

21 maja (1): Festiwal Murali Outer Spaces

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 20:48:01

Lubię szukać. Wychodzę, śledzę, podążam za tropami (czasem tylko wysyłając rozpaczliwe sms-y do tych z googlem, gdzie konkretnie). Dzisiaj tak sobie krążyłam i szukałam tego, co po Alternaliach zostało na ścianach do niedawna nijakich i podniszczonych kamienic. Zrobiłam nawet mini-wywiad z przypadkowo spotkaną parą młodych mieszkańców Poznania - Natalią i Staszkiem. Zapytałam o wrażenia i usłyszałam, że "Ogólnie to im się podoba". Staszek rzekł nawet, że "Całkiem, całkiem".

Oczywiście trzeba być mną, żeby nie zauważyć murala na najbardziej widocznej i odsłoniętej kamienicy na Taczaka, ale wrócę tam, nie ma obawy (dawno nie byłam w "Soli i Pieprzu", zresztą).

I tak:


Kantaka 8/9


Garbary 41


Grobla 16


Woźna 13


Woźna 13, podwórze za Cafe Mięsna

Więcej zdjęć.

Więcej o festiwalu w prasie:

20 maja 2011

Michael Böckler - Usłyszeć Verdiego i umrzeć

Poziom: 1 * Czytam / 18:05:20

Połączenie dwóch rzeczy czasem przynosi wartość dodaną, ale nie zawsze (nie, nie padnie tu modne słowo, ale i tak wiecie, do czego aluzja). Tak niestety jest z książkami Böcklera - to połączenie słabego kryminału i przewodnika po regionie. Umiera sędziwa Otylia Barkow i w pozostawia w spadku swój niebagatelny majątek wnukom - snobującemu się handlarzowi wina, Rudolfowi oraz lekkoduchowi zajmującemu się fotografią mody, Markowi. Rudolf nie dostaje prawie nic, a Mark - willę nad jeziorem Garda, 4,5 miliona marek niemieckich i lokatorkę, piękną przewodniczkę po Wenecji - Laurę. Niedługo potem ktoś porywa Marka i żąda okupu w wysokości odziedziczonego majątku.

I wszystko byłoby ok, gdyby nie była to nieco egzotyczniejsza i bardziej rozerotyzowana wersja przygód Pana Samochodzika. Jeździmy, spacerujemy i jemy z bohaterami w Wenecji i okolicach, słuchając szczegółowych wykładów Laury o weneckich zabytkach, czytając rys historyczny miast, willi, kurortów i winnic oraz poznając biografie znanych ludzi, którzy się o te miejsca otarli. I owszem, klimat magicznej Wenecji czuć, ale widać ślady kleju, którym jest sklejony z fabułą. 1/4 książki to dodatek zawierający alfabetyczną listę ciekawostek - miejscowości, zabytków, postaci historycznych i przepisów kulinarnych. Mój zmysł porządku burzy się na widok skorowidza, w którym obok siebie znajduje się notka o biegu rzeki Pad, przepis na polentę i pole golfowe Pra' delle Torri.

#34 (mam jeszcze dwie tego autora, ale chyba sobie podaruję).

Terry Pratchett - Kosiarz

Poziom: 1 * Czytam / 17:23:38

Któreś z kolei czytanie nieco rozczarowuje. Nie w warstwie językowej czy w kreacji postaci, ale widać, że fabuła klejona była trochę na kolanie. Śmierć zostaje odwołany ze stanowiska w trybie nagłym, albowiem Audytorzy i nadzorujący ich Azrael uznali, że Śmierć stał się zbyt ludzki. Jak to w dużych organizacjach bywa, wymówienie wręcza się szybko, tylko potem się okazuje, że nie jest łatwo znaleźć zastępstwo, więc przez jakiś - zwykle dłuższy czas - panuje rozgardiasz i bezhołowie. W Świecie Dysku wzbiera siła życiowa, a magowie i spora grupa bardziej magicznych stworzeń przestaje umierać. I z jednej strony emerytowany Śmierć podejmuje tradycyjną akcję żniwną na farmie panny Flitworth, a z drugiej nieumarły mag Windle Poons z gromadą przedziwnych stworzeń - nieśmiałym banshee, strachem, parą nietypowych wilkołaków, Bibliotekarzem i chyba najbardziej przerażającą panią Cake - usiłują rozprawić się z rozpasaną siłą życiową.

Tom sponsoruje hasło "Dumny, bo z trumny". Przyjemne jest to, że widać zarys przyszłych bohaterów - Casanundy, drugiego najlepszego kochanka na Dysku, zombiego Reg Shoe czy pierwowzoru Anguy - Ludmiły.

Inne tego autora.

#33, czytam, bo pożyczałam P. (jeszcze innemu P.) i mi się pałętało po torbie, a jak już zaczęłam, to wiadomo.

19 maja 2011

Nowy kumpel

Poziom: 1 * Koty * Maja * Z fotkami / 22:28:57

Przychodzi, jak siedzimy w piaskownicy. Poza tym czytam pięć książek naraz. I głowa mnie boli.

16 maja 2011

Stara Rzeźnia

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 21:30:33

Jeszcze nie razem, jeszcze tylko dla mnie. Jeszcze za dużo wbiegania na rozłożone na poziomie ziemi rzeczy, konieczności odciągania i odnoszenia na z góry upatrzone pozycje. Ale już wyciągam portfel nie dla siebie, tylko po to, żeby kupić "kokka" i szklane kryształki do powieszenia na szybie ciągle jeszcze już-niebawem-jej-pokoju, dawniej znanego jako biblioteka.





14 maja 2011

Hugh Laurie - Sprzedawca broni

Poziom: 1 * Czytam / 13:51:08

Z przykrością muszę stwierdzić, że jak uważam, że Laurie jest świetnym aktorem, tak pisarzem - niekoniecznie. Sensacyjna historia o eks-żołnierzu Gwardii Szkockiej, wplątanym w międzynarodową intrygę bogatych ludzi, handlujących bronią i nie wahających się w obronie własnych interesów sprzątnąć kilka bądź kilkanaście niewygodnych osób, jeśli im to tylko przyniesie odpowiedni profit, przypomina w klimacie historie o Bondzie, Jamesie Bondzie i zapewne świetnie da się zekranizować, ale czytanie jej męczy. Mam taki problem ze wszystkimi książkami pisanymi pod Hollywood, pod które można podczas czytania podstawić sobie głosy aktorów z potencjalnej obsady. To się sprzeda, bo Thomas Lang, najemnik z niewyparzoną gębą, przyciągnie do kin panie, z kolei panowie dostaną kilka pokazów jazdy na szybkim motocyklu, sporo bijatyk, zaawansowany technologicznie śmigłowiec oraz trzy piękne panie - córkę bogatego przemysłowca, uroczą pracownicę galerii sztuki i egzotyczną terrorystkę, co to nie zawsze nosi majtki, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

#32

Ferenc Máté - Winnica w Toskanii

Poziom: 1 * Czytam / 13:39:49

Poprzednio węgierski pisarz i podróżnik kupował dom we Włoszech, zaprzyjaźniał się z sąsiadami, jadł i pił i oglądał skąpane we włoskim słońcu krajobrazy. Teraz zdecydował się kupić zrujnowane opactwo wraz z przynależną do niego winnicą, wyremontować średniowieczne domostwo (i to jeszcze tak, żeby wyglądało odpowiednio staro) oraz zapuścić kilka szczepów winorośli i produkować doskonałe wino. Sądząc z umieszczonych na końcu książki recenzji z prasy fachowej - udało się.

Jest sielsko i zabawnie - fachowcy remontujący hacjendę to mili, różnorodni i pracowici ludzie, zdarza się mała demolka traktorem czy złe rozplanowanie, ale wszyscy się lubią i jedzą sobie wspólnie toskańskie specjały (lista kilku dość rozbudowanych przepisów na końcu książki). Máté ciepło i często autoironicznie opowiada o tym, że tworzenie od podstaw winnicy, planowanie zakupów, wybór szczepów winorośli, sadzenie, podlewanie i winobranie to ciężki kawałek chleba, ale warto. Mimo poczucia pewnego chaosu w opisywanej historii, dygresyjności, wplatania opowieści o rzeczach codziennych, znajomych i rzeczach przypadkowych, przez co książka robi wrażenie zbeletryzowanych notatek z życia, a nie przemyślanej powieści, zostawia takie miłe ciepełko po przeczytaniu. I jak ostatnio narzekałam na tłumaczenia, tak ta jest przetłumaczona świetnie, z żywym językiem, zgrabnymi frazami i zwyczajnie gładko.

Inne tego autora:

#31

Szalona żona pana Rochestera

Poziom: 1 * Moje prawo jazdy / 13:16:16

Kiedy zadzwoniłam wczoraj do TŻ-a, żeby pochwalić się, że tym razem wracam z tarczą, zza słuchawki rozległy się owacje jego kołorkerów (tu pozdrawiam). Owacje zapewne miały niejaki związek z tym, że TŻ często przychodził do pracy później, wyjaśniając, że zajmował się dzieckiem, bo "Zuza miała jazdy".

13 maja 2011

O tym, jak zrobiłam prawo jazdy

Poziom: 1 * Moje prawo jazdy / 18:33:34

Suspensu nie będzie, bo wiadomo, że już.

Zajęło mi to rok, bo specjalnie wyrywna nie jestem. Nie chce mi się wywlekać z czeluści notek, które pisałam w trakcie kursu, więc w skrócie. Najpierw popełniłam błąd, idąc do Babskiej Szkoły Jazdy, której, a szczególnie właścicielki w roli instruktorki, serdecznie nie polecam, chyba że ktoś chce posłuchać w ramach 30 godzin teorii o tym, jak źle jeżdżą mężczyźni, że żona jeździ tylko wtedy, kiedy mąż pijany wraca z imprezy i że lepiej z mężem w roli pasażera nie jeździć, bo szykanuje i krytykuje itd. (kupa śmiechu z przewagą kupy).

Pół części praktycznej zmarnowałam na jazdę z panią E., która wsiadała przeraźliwie wściekła i czekała tylko na pierwszą okazję, żeby wybuchnąć, szarpnąć kierownicą bądź uderzyć mnie po ręku, bo źle skręcałam. Albo coś. Wytrzymałam chyba 14 godzin, licząc, że jeżdżąc z analogiem niestabilnej nauczycielki matematyki w szkole podstawowej z linijką w gotowości nie będzie mi straszny żaden egzaminator. Szczęśliwie zmieniłam instruktora na panią Marię, przemiłą kobietę, z którą dojeździłam do trzeciego egzaminu (konsekwentnie uwalanego na łuku, albowiem nie umiałam zmieścić się w kopercie albo mi gasł silnik przy ruszaniu, albo wiatr, wilki, wiadomo). Niestety pani Maria się rozchorowała (zdrowia życzę) i trafiłam z polecenia (sic!) do pani I., która po wstępnym obwąchaniu wydawała się kompetentna i sympatyczna, ale po niezdanym egzaminie zaczęła powtarzać metody pani E., wciskając za mnie sprzęgło, tłumacząc, jaka to ja głupiutka jestem i opowiadając historie o byłych krnąbrnych kursantach, których to ona wyprowadziła swoim uporem a wbrew ich oślemu uporowi na ludzi. Podziękowałam. Najsympatyczniejszy był epizod z R., eks-policjantem z niesamowitym oldskulowym placem manewrowym (tak, to na Promienistej), który spokojnie mi wyjaśniał, co zjebałam tym razem oraz że jeżdżę nieźle, ale po poprzednich instruktorkach mam skurwiałe nawyki.

W efekcie kilkunastu godzin z Robertem (i kilku z Kacprem i Karoliną) przejechałam dziś łuk, na górce mi zgasł, bo zapomniałam ustawić luzu i zdjęłam nogę ze sprzęgła, w mieście raz czy dwa zapomniałam o kierunkowskazach, ale udało mi się nikogo nie rozjechać, więc po niecałych 40 minutach i porcji kręcenia nosem, że jeszcze dość szarpię, jak ruszam (no halo, jak wciskałam sprzęgło, to czułam, że mi się pół samochodu i szyna tramwajowa przesuwała!), dostałam świsteczek oznajmujący, że POZYTYWNIE. Czy muszę mówić, jak bardzo mnie ten fakt napawa radością?

Między 12. maja 2010 a 13. 2011 poznałam mnóstwo uroczych zakątków Poznania, o których nie miałam wcześniej pojęcia, kilka malowniczych ruinek, parę restauracji ("Pani Małgosiu, podobno dobra") i przegadałam mnóstwo godzin z pasażerem. Nie powiem, żeby była to rozrywka tania i niestresująca, ale warto było. Dziś róbcie dla mnie hałas (C ^cashew).

09 maja 2011

The Kids Are All Right / Wszystko w porządku

Poziom: 1 * Oglądam / 23:49:52

Dwie mamy - Nic i Jules i ich dwójka dzieci - 18-letnia Joni i 15-letni Laser, żyją sobie w miłym domeczku, spokojnie i bez większych tarć. Nic jest ambitną i wiecznie zajętą lekarką, Jules niespełnionym architektem i właśnie rozkręca firmę projektującą ogrody. Sielankę burzy Laser, który z pomocą siostry odnajduje dawcę spermy. Biologiczny ojciec - Paul, właściciel ekologicznej hodowli warzyw i restaurator - okazuje się sympatycznym i miłym człowiekiem, nieco nieuporządkowanym i nieustatkowanym, wita nagłe pojawienie się nowej rodziny entuzjazmem i odkrywa, że całkiem fajnie byłoby mieć całkiem dorosłe już dzieci i fajną mamę obok. I już uporządkowana rodzina zaczyna mieć o jednego rodzica za dużo.

Uroczy, troszeczkę sielankowy, leniwy film prawie że familijny (bo z golizną, z pościelowymi akcentami i z mocniejszymi słowami), ładnie uzupełniony muzyką. Typowy film na festiwal w Sundance, z ciekawą obsadą - ostrą, apodyktyczną Anette Benning, artystyczną i nieuporządkowaną Julianne Moore i dziecięco dojrzałą Mią Wasikowską.

08 maja 2011

Do Ciebie po niebie szłam

Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 21:00:01

Chciałabym umieć się tak szczerze cieszyć, kiedy dostaję kwiaty od TŻ-a, jak szczerze i radośnie uśmiecha się Maj, kiedy dostaje dmuchawca do zdmuchnięcia. I wprawdzie mimo usilnego treningu w robieniu "fufufu" dmuchawca rozwiera wiatr albo przykleja się do języka, to i tak jest to najlepszy kwiat dla dziewczyny na świecie.



A piesek Roy nie umie zdmuchiwać dmuchawców zupełnie.

07 maja 2011

Jak zostać blacharą

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 15:39:38

Wystarczy przejść obok wjeżdżających na Plac Kolegiacki Rolls Royce'ów i Bentleyów, błyszczących lakierem i wypolerowanym metalem. Ponad 80-letnia historia motoryzacji w pigułce, chociaż wiadomo, że to zawsze jest jak z siekierą po dziadku[1], zwłaszcza jak jedyną skazą mają być owady rozgniecione na osłonie chłodnicy.



Oprócz samochodów jeździł też po placu ułan młody na koniu. Ale nie wiem, czy miał zlot, bo był sam z tym koniem. Ale za to z flagą biało-czerwoną.

Więcej zdjęć, a auta można oglądać dzisiaj do 17:30 na Starym Rynku, a jutro w Kórniku.

[1] Bardzo stara, po dziadku, tatko zmienił stylisko, a ja obuch.

06 maja 2011

Promienista jeszcze we wtorek i w piątek

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 22:58:56

Potem już tylko towarzysko, mam nadzieję.





04 maja 2011

Padało dziś

Poziom: 1 * Z fotkami / 23:01:29

I zimno. I jak padanie lubię, bo potem są kropelki i ogólnie jest świeżo, tak zimna niespecjalnie. Kropelki można strącać z gałęzi świerczka i chichotać, na chłód pozostaje grubsza kurtka, czapka i cieplejsze buty.

Terry Pratchett - Straż! Straż!

Poziom: 1 * Czytam / 19:05:05

Bardzo Tajemnicze Stowarzyszenie sprowadza do Ankh Morpork najpierw smoka, a potem zaginionego następcę tronu, który smoka pokonuje i wszyscy mają udział w zyskach (poza Patrycjuszem Vetinarim, który ląduje w lochu). Kapitan Vimes ze Straży Nocnej ma jednak pewne wątpliwości, więc z pomocą lokalnej hodowczyni smoków - lady Ramkin, Marchewy - świeżo zwerbowanego do Straży nadmiernie wyrośniętego krasnoluda i ochotnika - bibliotekarza z Niewidzialnego Uniwersytetu szuka śladów przestępstwa.

Pierwsza część z cyklu o Straży Nocnej wprowadza barwnych bohaterów - wiecznie skacowanego bądź malowniczo pijanego kapitana Vimesa, dociekliwego, inteligentnego i ideowego śledczego, który nie ugina się pod naciskami i potrafi powiedzieć "zamknij się" do Patrycjusza, kiedy tego wymaga sprawa. Sierżant Colon jest okrągłym, leniwym i zachowawczym mieszczaninem, typowym obywatelem Ankh. A kapral Nobby jest wprawdzie wzrostu mikrego, ale nadrabia bujną osobowością, głębią przemyśleń i sprytem, zwłaszcza jak przestępca leży, bo wtedy bezpieczniej kopać. Marchewa to zaczątek dywersyfikacji gatunkowej w Straży - dobrze zbudowany młodzieniec, wychowany przez krasnoludów i mimo gabarytów czujący się krasnoludem, dość literalnie pojmuje świat i przepisy, a dodatkowo może służyć jako jednoosobowa bojówka z toporem.

Odlepiając cały dyskowy sztafaż, mamy nagle moralitet o rządzeniu, o manipulacji społeczeństwem w celu uzyskania władzy, narzucania ograniczeń, które - chociaż absurdalne (bo jednak nawet w Ankh zjadanie dziewic przez smoka nie jest specjalnie akceptowalne) - dają się wprowadzić, kiedy ludzie postrzegają je jako mniejsze zło i konieczny kompromis. I krótki poradnik władcy, który wyjaśnia, po której stronie drzwi powinien być rygiel.

Inne książki tego autora:

Ekranizacje:

#30 (mimo że czytam chyba po raz czwarty albo piąty).

03 maja 2011

John Berendt - Północ w ogrodzie dobra i zła

Poziom: 1 * Czytam / 23:58:36

Pół godziny przed północą to czas czynienia dobra. Pół godziny po północy jest zarezerwowane dla zła.

Nowojorski reporter przyjeżdża do Savannah i zachwyca się miastem, ludźmi i klimatem. Poznaje (miałam napisać, że ekscentrycznego, ale w zasadzie każdy z poznanych przez niego ludzi jest w jakiś sposób ekscentryczny) prawnika, który prowadzi w domu nieustającą imprezę, piosenkarkę znającą 6000 piosenek, transseksualistę, który śpiewa w nocnym klubie, byłego laboranta-wynalazcę z dostępem do trucizny mogącej opróżnić całe miasto i wreszcie trafia do znanego antykwariusza, mieszkającego w zabytkowym domu, stanowiącego ośrodek życia towarzyskiego miasta. W domu antykwariusza pracuje niestabilny młodzieniec i któregoś dnia miasto obiega informacja, że w wyniku strzelaniny zginął młody człowiek, a pracodawca jest oskarżony o morderstwo. Oś książki to kilka etapów procesu wraz z całą otoczką - miastem, które zatrzymało się gdzieś w przeszłości, voodoo, ciągle obecnymi wyższymi sferami, naciągaczami, cwaniaczkami i starymi pieniędzmi przenikającymi się bezszwowo.

Jakkolwiek czyta się świetnie, tak trochę mi szwankuje kompozycja książki - bardziej sprawdziłaby się jako zbiorek opowiadań, niektóre historie nie łączą się z innymi w taki sposób, żeby złożyć się w ładną całość. To co, czas na film?

#29

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy