27 lutego 2011
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 23:42:59
Nie jestem fanką muzeów. Nie jest też tak, że ich nie lubię. Ale muzea są ostatnie na liście miejsc, które oglądam w nowym miejscach. Ale zaczynam się trochę łamać, bo nie dość, że w muzeach jest ciepło i czysto (co przy pogodzie na zewnątrz ma niebagatelne znaczenie[1]), to jeszcze Poznań wcale nie jest pod tym względem taki całkiem ostatni i takie Muzeum Narodowe nie ma się naprawdę czego wstydzić. Może i nie ma bunkrów^WMony Lisy czy Muncha, ale jest Malczewski, Kantor[2] czy Makowski i Canaletto. I jakbym miała suchy prowiant i wodę mineralną, mogłabym spędzić tamże cały dzień, bo jest na co patrzeć. I jest przestrzeń i światło. Nowa część jest biała, jasna i pełna chłodnego światła, które wchodzi dachem i wielkimi oknami. Stara część jest kolorowa, ciepła, a przez stare, nieco zapocone okna wpada złote słoneczne światło.
A do tego są schody. I uśmiechnięte panie kustoszki. I pieski na obrazach. I krówki. I mama z dzidzią. A dzidzia ma pępek. Pępek jest ważny.
Więcej zdjęć.
[1] Ujęła mnie dziś reklama w jednym ze sklepów sportowo-turystycznych, która informowała, że właśnie trwa LIKWIDACJA ZIMY. Normalnie aż chciałam wejść i podpisać petycję, żeby już[3].
[2] Kantor, przyznam, mnie zaskoczył, bo niespecjalnie znałam. Wiem, mam miękkie miejsce tam, gdzie w grę wchodzą dzieci. Ale ta praca trochę mną pozamiatała, zwłaszcza że maszyna do szycia Singer to taki mój kawałek ulubionego designu.
[3] 5 dni do wyjazdu. Panic attack.
Wyświetl wpis
26 lutego 2011
Poziom: 1 * Z fotkami / 00:00:22
Schowałam przez kotami na półkę, ale trochę nie wierzę w sukces, bo kwiaty u mnie przekazują sobie szeptem motto Legii Cudzoziemskiej: "Maszeruj albo giń".
Wyświetl wpis
25 lutego 2011
Poziom: 1 * Oglądam / 23:54:15
Ekranizacja środkowej części poddublińskiej trylogii Roddy'ego Doyle'a o wielodzietnej rodzinie Rabbitów. Najstarsza córka, Sharon, spodziewa się dziecka, ale nie chce powiedzieć, z kim. Kolportuje wersję, że był to anonimowy hiszpański marynarz, z którym zaprzyjaźniła się bliżej po pijackiej imprezie w jednym z klubów i nawet nie wie, jak miał na imię, bo następnego dnia odpływał. Powoli zaczyna jednak wychodzić, że ojcem dziecka mógł być kolega jej ojca, Jimmy'ego Rabbita. Trochę wstyd i niespecjalnie dobrze to wpływa na stosunki sąsiedzkie. Ale, jak to błyskotliwie ujął Jimmy: "Jejzu, jak to będzie dziewczynka i będzie podobna do starego George'a, to udusimy i położymy mu na wycieraczce".
Lubię książki, ale i bardzo cenię wersje filmowe, bo ładnie pokazują ciepło i radosny bałagan domu Rabbitów. Radość dziadka z pierwszego wnuka, kłótnie rodzeństwa, zagubioną Sharon, która w wyniku jednej pijanej nocy zmieniła się w czarną owcę miasteczka. A ten film lubię tym bardziej, że kręcony był częściowo w Bray.
Wyświetl wpis
24 lutego 2011
Poziom: 1 * Z fotkami / 23:30:19
Pozyskani od ^valentine fachowcy niestety nie dostarczyli rozrywki w kwestii czerstwych tekstów czy potencjalnych zniszczeń, bo zwyczajnie byli fachowi, sprawni i dokładni. W niecałe 3 godziny zmontowali dwie komody, regał i zamocowali 7 półek na ścianie. I, oraz, co najważniejsze, nie kwestionowali tego, co mam do powiedzenia, nawet jak ze ściągawką od ^hanka w ręku recytowałam, że szuflada podwójna szerokość z pełnym wysuwem.
Cztery, w rogu nad moim komputerem. Na DVD, trochę kurzołapów i aktualnie trzy wykluwające się hiacynty z Lidla (za 2,99 zł/sztuka, więc aż szkoda nie brać). W tle widać jeszcze radosną twórczość naskalną sprzed roku. Może kiedyś się pomaluje.

A dla fanów Ćwirleja - w radiowej jedynce od poniedziałku o 13:45 słuchowisko na podstawie "Ręcznej roboty". Więcej.
Wyświetl wpis
23 lutego 2011
Poziom: 1 * Maja * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:32:53
Miałam o czymś innym, ale po całym dniu sprzątania i walki z prawie 18-miesięczną entropią, która za moimi plecami opróżniała właśnie wypełnioną szufladę i rozsypywała pieczołowicie ułożony stos, wyprało mnie z umiejętności składania myśli w zdania. Miałam też pochwalić ponad 10 metrami bieżącymi regału na książki oraz kilkoma metrami półek na DVD i inne przydasie, ale po pierwsze primo patrz wyżej, po drugie primo nie mam siły sprzątnąć ze stołu w kuchni, a to mi psuje kadr. Więc. Będą tylko jellybelly, którymi nagle muszę się dzielić z córką (albo wyjadać ukradkiem i takimż ukradkiem fotografować).
Z podziękowaniami dla ^evvy.
Wyświetl wpis
22 lutego 2011
Poziom: 1 * Moje miasto / 15:16:50
Nie wszystkie notki są poświęcone restauracjom w całości, ale da się odsiać content od noise'u. Dawno temu poczyniłam pierwszą próbę w postaci notki, ale trochę się od tego czasu pozmieniało. Oczywiście opinie poniżej są moje, subiektywne i oparte na moich przygodach z nożem i widelcem.
Drodzy restauratorzy, jestem przekupna i chętnie napiszę o Was coś miłego, jak zjem i wypiję coś smacznego. Serio-serio.
- Paderewski Restaurant - kuchnia włoska, fresh pasta, Paderewskiego 11 [restauracja na piętrze]
- Manekin - naleśniki, sałatki, zupy, Kwiatowa 3 [parter dostępny bez schodów],
- Filigrando Cafe&Lunch - kawiarnia, lunch, śniadania, Stary Browar, Pasaż 0 [są windy i pochylnie],
- Ankara Grill Hause - kuchnia turecka, ul. Wielka 22 [jeden stopień przed wejściem],
- Da Luigi - kuchnia włoska, pizza, Woźna 1 [parter dostępny bez schodów],
- Warung Bali - kuchnia indonezyjska, Żydowska 1 [dostępne bez schodów],
- Umberto - pizzeria, Cytadela przy ul. Armii Poznań [zjazd dla wózków],
- Patio - restauracja bretońska, naleśniki - Wroniecka 18 [niskie schody do środka, w środku jeden spory schodek przed łazienką],
Marmaris - restauracja turecka, Garncarska 2, zamknięta
Pałacowa spiżarnia - kuchnia polska, Zakopiańska 211 - unikam i nie polecam, przeczytaj czemu
- Elite - bistro z kuchnią polską/cukiernia, Strzelecka 2/6 [wejście po schodach],
- Credo - restauracja śródziemnomorska, tapas, Wrocławska 10,
- Amarena - restauracja polska, Nowowiejskiego 20,
- Shivaz - restauracja hinduska, Podgórna 6
- Cacao Republika - czekolada, kawiarnia, Zamkowa 7.
- Mollini - restauracja włoska, ul. Św. Marcin 34
- Isola / Tivoli - pizzeria/restauracja włoska i nie tylko, 6 lokalizacji w ramach dwóch firm (to jakoś bardziej skomplikowane) - moje ulubione to Św. Czesława 3 i os. Przyjaźni 132 c.
- Republika Róż / 2 / 3 - kawiarnia, śniadania, Plac Kolegiacki 2.
- Fryga - restauracja, Czarna Rola 1/3.
- Chimera / 2 / 3 / 4 - restauracja, herbaciarnia, winiarnia (śniadania!), Dominikańska 7.
- Sztukafeteria - kawiarnia, Gołębia 3.
- Taj India / 2 - restauracja hinduska, Wiankowa 3 [winda prowadząca na piętro, w środku brak schodów]
- Cafe Behemot - kawiarnia, Kramarska 16.
- Sweet Surrender / 2 / 3 - kawiarnia, Krasińskiego 1/1 [kilka schodów przed wejściem, ale jest dzwonek, a obsługa pomaga wnieść wózek],
- Stary młynek - kawiarnia, śniadania, Żydowska 9.
- Ceska Hospoda - restauracja czeska, Zydowska 26.
- Ptasie radio / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 - kawiarnia, śniadania, Kościuszki 74.
- Tek Doner - turecka (kebab) + chińska, Półwiejska 19.
- Caffe Lavenda - kawiarnia, bistro, Wodna 3/4.
Czerwona Kalina - restauracja ukraińska, zamknięta.
- La Rambla - restauracja hiszpańska/tapas bar, Wodna 5/6.
- Pyrabar - bistro ziemniaczane, Strzelecka 13.
- Francuski Łącznik / 2 / 3 / 4 - francuskie tarty i pasztety, kilka lokali: Pl. Spiski 1, Matejki 67, Dominikańska 7.
- Mykonos / 2 - restauracja grecka, Pl. Wolności 14
Taste Barcelona / 2 / 3 - restauracja hiszpańska/tapas bar - zamknięta
- Sekret - kawiarnia, Sieroca 5.
- Ekowiarnia / 2 / 3 - kawiarnia organiczna, śniadania, Ratajczaka 18.
- Siedem kontynentów - kawiarnia, Matejki 18.
- Cymes - restauracja żydowska, Woźna 2/3.
- Room 55 - restauracja/bar, Stary Rynek 55.
- Meze - bistro greckie, Ratajczaka 33 (i inne).
Fisheria - bistro rybne, zamknięte.
- Canappka - bar kanapkowy, Ratajczaka 37 (i inne).
- Piccolo - spaghetti bar, Ratajczaka 37 (i inne).
- Piwnica Farna - kawiarnia, Pl. Kolegiacki 14/15.
- SPOT. - restauracja, Dolna Wilda 87.
- Gołębnik - kawiarnia, śniadania, Wielka 21.
- Powozownia - restauracja, Lutycka 34.
- U mnie czy u ciebie - kawiarnia, restauracja, śniadania, Gwarna 3.
- Weranda Caffe / Zielona Weranda - kawiarnia, śniadania, Świętosławska 10 / Paderewskiego 7.
- Monidło - restauracja/kawiarnia, śniadania,Matejki 68.
Rodeo Drive - restauracja amerykańska, zamknięta.
- Sól i Pieprz - restauracja, Garncarska 2.
Ze zdziwieniem odkryłam, że jest spora grupa restauracji, w których jadłam, ale jakoś się nie złożyło, żeby o tym pisać. Może kiedyś.
- Brovaria - restauracja, browar, Stary Rynek 73.
- Pod pretekstem - restauracja, Św. Marcin 80/82.
Alabama - restauracja amerykańska, zamknięta.
- Post Office - restauracja, kawiarnia, Stary Rynek 25/29.
- Pieprz i Wanilia - kuchnia polska, Murna 3a.
- Czerwone Sombrer - restauracja meksykańska (sieć), Piekary 17.
- Piano Bar -restauracja ąę, Stary Browar, Słodownia.
- The Mexican - restauracja meksykańska (sieć), Kramarska 19.
- Chłopskie Jadło - restauracja polska (sieć), Kantaka 7/9.
- Wiśniowy Sad - restauracja polska, Głogowska 261.
Dom Vikingów - restauracja amerykańska, Stary Rynek 62, zamknięta.
- Sorella - pizzeria, Ślusarska 4.
Są też miejsca, o których słyszałam, że warto, ale jeszcze nie trafiłam. Jedliście? Smakowało? Warto?
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Czytam / 14:55:11
We wsi Sielawa w GS-ie sprzedawała Felicja Ciernik, "panna o urodzie krzepkiej - bardzo wysoka i silna". Sprzedawała również i tanie wino, więc lokalne kumy nie kochały jej specjalnie, bo rozpijała im ciężko pracujących na roli i w obejściu chłopów. W efekcie co i raz zdarzała się jakaś awantura, kiedy szczególnie krewka niewiasta chciała zabronić Feli sprzedaży alkoholu za pomocą argumentów ręcznych. I po jednym z takich zajść, które zakończyło się celnym rzutem butelki z winem w twarz pani Pszczeliny, następnego dnia rano znaleziono Felicję zamordowaną. A chwilę później i weterynarza Korala, którego z Felą podobno łączyła sprawa, wymagająca wizyty u ginekologa w sąsiednim miasteczku. Zupełnym przypadkiem noc popełnienia obu przestępstw we wsi spędził kapitan milicji, Tomasz Rajski i wprawdzie wrócił do miasta, ale tylko po to, żeby przebyć jeszcze raz trasę i pomóc miejscowemu komendantowi Tatarowi w śledztwie. Mała rywalizacja między miastowym a wsiowym organem władzy szybko wykazała, że żaden z nich nie jest głupszy od drugiego i mimo sprytnego mylenia tropów przez nieco psychopatycznego mordercę, sprawę morderstw (a przy okazji malwersacji i przywłaszczeń mienia społecznego) rozwiązali na niecałych 242 stronach małego formatu.
#10
Wyświetl wpis
21 lutego 2011
Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 10:37:17
(Wiem, sny są mega nudne, można nie czytać).
Śniło mi się, że pan od regałów miał mi przywieźć pizzę na Podolany (800 m od domu). Pan przyjechał, pobrałam pizzę, po czym zaproponował, że pokaże mi nową szafkę, więc wsiadłam z nim do samochodu i pojechaliśmy. Szafki mi nie pokazał, ale za to mnie zawiózł na pętlę tramwajową na Dębcu (20 km od domu). I wracałam przez całe miasto, z tą wystygniętą pizzą.
Czy ja mogę zamiast tego mieć normalne sny? Nadzy mężczyźni? Podróże? (do dobrze, Dębiec też egzotyka, zwłaszcza że oddzielała go od miasta spora rzeka z ładnym mostem) Nie zimne jedzenie?
Wyświetl wpis
20 lutego 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:48:38
Ze sztuk użytkowych dostałam dziś czekoladę, albowiem nie połączyłam ze sobą dwóch faktów. Miasto moje wpadło na pomysł, że na Wzgórzu Przemysła odbuduje Zamek Królewski, żebyśmy też mieli. A że miało być dobrze, a wyszło jak zawsze, to przy pracach budowlanych poszedł w kanalizację cement i część Starego Rynku dostała w prezencie darmowe fontanny z zawartości kanalizacji. A ja dostałam do przeczytania karteczkę, że Muzeum Sztuk Użytkowych, mieszczące się na wyżej wymienionym wzgórzu, jest zamknięte do maja. Bo cement.
Srodze rozczarowana stwierdziłam, że skoro nie mogę kontynuować zimowego questu po muzeach, to chociaż dopiszę sobie coś do tworzonej od jakiegoś czasu z mozołem listy poznańskich miejsc kulinarnych. Słowem wyjaśnienia, lubię robotę nudną, żmudną i nikomu niepotrzebną, usiadłam więc (i dalej tak siedzę), żeby zindeksować swoje notki o poznańskich kawiarniach i restauracjach. I wyszło, że w kilku nie byłam, w kilku bywałam często, a o kilkunastu jakoś nie zebrało mi się, żeby napisać. Wierzę trochę w pierwsze wrażenie i jeśli po wyjściu skądś nie mam głębszych przemyśleń niż "no dobrze, nie jestem głodna", to jakoś brakuje mi tego drgnięcia w przestrzeni, żeby o tym pisać. A szkoda - bo na przykład do takiej amerykańskiej restauracyjki jak Alabama już nie pójdę, bo zlikwidowana[1], a za pierwszym było miło, ale jakoś się nie złożyło na następne. Przeglądając więc notki, doszłam do wniosku, że trzeba zagarnąć więcej terytorium i poszliśmy na czekoladę do omijanej do tej pory Cacao Republiki.
I drgnęło, jak najbardziej. Na dole kilka małych stolików, wymagających przytulania się do siebie, na górze stolików więcej, ale jeszcze mniejszych i otoczonych przez czerwone kanapy, więc jeszcze kameralniej i milej. Na ścianach stare reklamy czekolad[2], w karcie kawa, ciasta, croissanty, panini i czekolada. Gęsta, aromatyczna, nie za słodka. Zawsze wybieram czekoladę z przyprawami- tu czułam chili i kardamon. Jedyną wadą tego miejsca (bo ceny mimo bliskości Rynku miło umiarkowane) jest skromna liczba stolików i zbyt dużo ludzi, którzy chcą czekolady.
I żeby nie było, zawsze proponujemy, że zapłacimy za rozbitą filiżankę.
[1] I jak zwykle trafiłam na rozlane mleko, bo wczoraj spłonęło poddasze w pałacu Wąsowo, do którego się wybierałam wiosną.
[2] Które dalej są w sprzedaży, tylko nie w Polsce i niekoniecznie samodzielne, bo pod szyldami wielkich koncernów - Cailler, Van Houten czy Villars, które egzystowały gdzieś w pamięci w czasach PRL-u, po czym wróciły, kiedy można już było wyjechać poza Polskę.
Wyświetl wpis
18 lutego 2011
Poziom: 1 * Przeczytali mnie * Z fotkami / 14:45:27
Jakiś czas temu po niespodziewanej znajomości napisałam kilka krótkich tekstów do czasopisma "Business & Beauty". Kilka dni temu 2 numer, zawierający moje dwie recenzje filmowe oraz jedną miniaturę, pojawił się w Empikach. Jeśli chcecie do porannej kawy czy herbaty poczytać mnie na papierze - zapraszam.

Mam trochę poczucie, że jestem za mało odprasowana, a moja nieformalna składnia z naleciałościami poznańskimi, tej, niespecjalnie nadąża za lakierowanym papierem i błyszczącą okładką, ale to duża przyjemność zobaczyć swoje nazwisko w druku. Odpowiadając na niezadane pytanie - czy poprawiłabym te teksty bądź napisała od nowa - odpowiedź brzmi "oczywiście".
EDIT: Teksty są już dostępne na stronie czasopisma:
Wyświetl wpis
17 lutego 2011
Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:48:51
W sobotni poranek zerknęłam przez ramię i zobaczyłam to:
Jedno zerknięcie i w efekcie cała gama myśli. Zachwyt, bo i scena rzadkiej urody, i lalki niesamowite. I żal, że mam mhmdziesiąt lat i idiotyczną potrzebę racjonalnych zakupów (oczywiście w granicach mojej nieracjonalności) i nie kupię sobie lalki tylko dlatego, żeby ją mieć. I nawet jakbym ją kupiła, to i tak nie zacznę mieć nagle z powrotem nastu lat i całego czasu świata.
I nagle poczułam się jak paparazzi. I jest to uczucie dość paskudne. Jedno pstryknięcie migawki, straszna moc google'a i jestem w stanie poznać osobę, którą minęłam w kawiarni. Wahałam się przed wysłaniem zdjęcia, ale jednak po krótkiej debacie (również sama ze sobą) ustaliłam, że jestem miłą panią w średnim wieku, a nie obrzydliwym, spoconym samcem z reklamy, któremu z niechlujnych slipek wystaje część pośladków i który dyszy przed ekranem komputera, oglądając blogi nastolatek. A skoro tak, to czemu miłe dziewczę nie może dostać swojego zdjęcia?
Z pozdrowieniami dla właścicielek i ich lalek - starsza pani z kawiarni.
PS A wszystko to dlatego, że dalej wstydzę się podchodzić do ludzi i pytać, czy mogę zrobić im zdjęcie, bo są fajni. Trochę nie do przeskoczenia dla mnie.
Wyświetl wpis
15 lutego 2011
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:57:02
Y. zabrał nas z całą rodziną do Mollini. Pierwszy raz byłam w Mollini - bardzo mi się, aczkolwiek onieśmielają mnie wyprasowane obrusy (zwłaszcza że w miejscu, gdzie dostawiony jest fotelik, szybko gładkość i bezplamistość obrusa znika), płócienne serwetki i specjalne sztućce do każdej potrawy. Pierwszy raz jadłam saltimboccę - i ubolewam tylko, że tak późno. Będę musiała zacząć robić sama, niestety.
Ale najfajniejszą rzeczą w Mollini jest widok na kamienice na Świętym Marcinie (i regał z winami; jednak tak jest dużo najfajniejszych rzeczy, nie tylko jedna). Jak będę duża, to sobie kupię niedużą garsonierę w tej okolicy, żebym miała blisko.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 14:32:47
Bez uniesień. Jakoś tak, jak coś wypada w poniedziałek roboczy, to w zasadzie dzień ratuje tylko bukiet białych tulipanów. Nie że było źle (pomijając epizod ze szczotką klozetową oraz nagłym atakiem lepkimi paluszkami na obiektyw), ale to jednak ciężka orka jest. Ciężko o wzruszenia (chyba że zaliczę te momenty, kiedy idę popatrzeć, jak śpi, bo wtedy mięknę i wszystko mi się rozpuszcza), ciężko o budowanie nastroju oczekiwania, bo jest tu i teraz, a ja czekam na wolną chwilę, żeby złapać jakiś analog śniadania. Ale cały czas myślę o kanapeczkach wykrawanych w serduszka, mini-bukieciku kwiatów i czerwonej sukience.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Oglądam / 13:35:24
Irving, mam wrażenie, pisze książkę cały czas o tym samym (acz jest to ocena powierzchowna, bo czytałam całe trzy). O byciu pisarzem i próbie napisania książki, która wstrząśnie czytelnikiem. O byciu mężem i próbie zachowania wierności, zawsze nieudanej. O byciu rodzicem i radzeniu sobie ze śmiercią własnych dzieci, z uczuciami do tych, które żyją i do partnera, który jeszcze bardziej wymaga wsparcia. Oglądając "Drzwi" miałam wrażenie, że wróciłam do "Świata według Garpa".
Eddie jest młodzieńcem zafascynowanym twórczością malarską i pisarską Teda. Przyjeżdża na wakacje do pięknego domu[1], żeby pracować jako asystent artysty. Na miejscu jednak okazuje się, że Ted potrzebuje jedynie kierowcy, a w pięknym domu, gdzie pisarz mieszka z żoną i córką, najważniejszą rzeczą jest galeria zdjęć dwóch synów, którzy zginęli w wypadku rok wcześniej. Małżeństwo jest w separacji, piękna żona ma depresję, mąż pisze kolejne książki dla dzieci i maluje akty okolicznym paniom (i na malowaniu się nie kończy), a kilkuletnia córka opowiada historie o swoich nieżyjących braciach. Trauma, wyparcie, zaniedbanie uczuciowe. I najmniej ważne dla mnie było, że Ted podsunął Eddiego swojej żonie, żeby mieć podkładkę pod uzyskanie pełnej opieki nad córką w razie rozwodu, bardziej, jak smutny jest proces rozkładu i jak łatwo zapomnieć o wszystkim, co było dobre i mocne.
A przy tym jest ładnie, ciepło i pastelowo. Piękne pejzaże, niesamowity drewniany dom z wielkimi oknami, werandą, korytarzami i letnim światłem, ogrody, małe klimatyczne miasteczko i brzeg morza. Niesamowity Jeff Bridges, który jest mistrzem ról szlafrokowych - pełen luzu, korzystający z życia, zarozumiały i pewien siebie, a jednocześnie głęboko nieszczęśliwy i ukrywający dramat. Wycofana i tragiczna Kim Basinger, pływająca po powierzchni życia i nie umiejąca wykrzesać z siebie nic. I fantastyczna Elle Fanning, niespełna 6-letnia, która sama robi dużą część filmu.
[1] Wypisz-wymaluj takim nadmorskim domem , w jakim matka Garpa urządziła dom pomocy dla kobiet. #chcetam, oczywiście.
Wyświetl wpis
14 lutego 2011
Poziom: 1 * Moje miasto / 00:30:37
... to pizzeria Tivoli teraz się nazywa Isola, przynajmniej ta na Słowiańskiej. Ze zmian podobno tylko rozszerzenie menu.
Wyświetl wpis
13 lutego 2011
Poziom: 1 * Czytam / 21:26:24
Im dalej w cykl, tym bardziej nie rozumiem Kinsey. Ale czytam, bo ją jakoś lubię. Prowadzi śledztwo dla bogatego chłopaka po wypadku, który ma częściową utratę pamięci i wbrew opinii wszystkich, że wypadek wynikał z jego brawury, uważa, że ktoś chciał go zabić. Ponieważ w naturze ma nieufność do policji (acz chętnie do policyjnych zasobów przez znajomości sięga), rozwiązuje sprawę sama, oczywiście siłując się z przestępcą w kostnicy i lądując po akcji w szpitalu. Dumna i blada, mimo że klient umarł na samym początku śledztwa, a pracę kontynuowała, bo jest dociekliwa. W międzyczasie dostaje dwie propozycje erotyczne (ale nie korzysta) oraz ratuje swojego gospodarza, Henry'ego, z rąk podstarzałej oszustki.
Ja rozumiem, że nikt nie przewidywał wydania całości cyklu o Kinsey w Polsce, ale jak książki są tytułowane kolejnymi literami alfabetu, to jednak może warto byłoby pokombinować i zachować oryginalną kolejność, zwłaszcza jak nie jest to karkołomne. I jak "W jak włamywacz" ("B is for burglar") wybaczę, tak nie wiem, co złego byłoby w "C jak ciało"[1]. Ale tu również całe tłumaczenie woła o pomstę, bo tłumacz nie znał części odniesień kulturowych i tłumaczył je idiotycznie (żeńskie zwłoki mają piersi leżące płasko jak "woreczki z fasolą", klient proponuje Kinsey "burbona na skałach", a narkotyki leżą w woreczku ziploca) bądź wcale (Kinsey je quarter poundera, za to z serem). Zgaduję też, że niespecjalnie sobie radził z polskim, bo sensu niektórych zdań nie rozumiałam, a niektóre były kalkami z angielskiego.
[1] "Z jak zwłoki" ("C is for corpse") wydane było w 1999, "C jak cisza" ("S is for silence") w 2007, więc C było wolne.
Inne tej autorki:
#9
Wyświetl wpis
12 lutego 2011
Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 22:09:33
Wczorajszy wieczór spędziłam między innymi pracowicie przeszukując google pod kątem śniadania. Wiem, że to obiektywnie najprostszy posiłek, bo wystarczy machnąć kanapę z serem czy inną parówkę na zimno i pozamiatane. Ale ja w weekend lubię, jak dostanę pod nos to, co sobie z karty wybiorę. I zapewne nikogo nie zdziwi, że poza tymi miejscami, które już znam (Ptasie radio, dwie Werandy, Chimera, Gołebnik i Republika Róż), nie znalazłam nic, ale to NIC nowego. Było Mezzoforte na Piekarach, ale się zmyło. Podobno karmią o poranku w Pod pretekstem, ale nie po drodze dziś było. I mimo że nie zaskoczyło mnie to, to i tak smuteczek. Bo ja tu w miasto wierzę, w miasto co to Know How*, po czym się okazuje, że miasto jednak Doesn't Know How. I jak susharnie powstają jak ryby po deszczu[1], tak zbyt wielu miłych i przytulnych miejsc, gdzie można bułeczkę, kiełbaskę, jajko czy grzankę z kawą bądź herbatą o poranku, nie ma. Chyba że o jakimś nie wiem?
I tak znowu wylądowałam w Republice Róż, co ma niesamowitą zaletę pod tytułem kącik dla dziecka, gdzie można wyjmować i wkładać kredki do wiaderka, rozrzucać maskotki i wchodzić na wiklinowe krzesełko. I, oraz miałam pierwszy raz okazję widzieć, jak wyglądają Bezdzietni Z Wyboru w akcji, kiedy przy stoliku obok naszego (owszem, nie ukrywam, że wyglądającego jak pobojowisko po dwóch śniadaniach i czekoladowej babeczce radośnie konsumowanej widelcem i palcami na zmianę z kiełkami, ogórkiem czy melonem) usiadła para na sekund dziesięć, po czym Ona rozejrzała się i stwierdziła do Niego głośno, że Tu Jest Dziecko (no, aktualnie dziecko było w toalecie na dole i podlegało rytualnemu oczyszczeniu po zjedzeniu mocno czekoladowej babeczki i innych dóbr) i zarządziła przeniesienie się do innej części lokalu. Meh.
Poza tym czas na wstydliwe wyznanie. W jednym z najbardziej znanych poznańskich kościołów - Farze - byłam raz i to krótko, bo niesiona wtedy w chuście młodzież zaczęła wznosić okrzyki i w trosce o życie duchowe bliźnich wyszłyśmy. Dziś trafiliśmy na koncert organowy, młodzież nie wydawała okrzyków, tylko biegała z jednej strony na drugą, a ja - mimo niespecjalnego nabożeństwa do budownictwa sakralnego - zachwyciłam się światłem.

Więcej zdjęć.
(I tylko czasem żałuję, że trochę utraciłam umiejętność pisania o rzeczach bardziej skomplikowanych).
[1] Niestety, jedna z susharni wygryzła ukraińską Czerwoną Kalinę. Szkoda, że nie dałam się namówić jakiś czas temu na miseczkę solianki, jak jeszcze było można.
Wyświetl wpis
10 lutego 2011
Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 16:15:34
I nawet mimo tego, że szyby są brudne, widać, że czasem pojawia się nieśmiało słońce. Wiosna idzie.
Wyświetl wpis
09 lutego 2011
Poziom: 1 * Czytam / 17:30:20
Obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy z bujnych lat 70. pamiętają tylko, że można było wszystko załatwić oraz że zawsze było słońce[5]. Inżynier Leśniewski mimo posiadania na stanie żony-studentki i czwórki dzieci, nie dostaje[1] przydziału[2] na wczasy pracownicze, pożycza więc malucha[3] od kolegi z pracy i zabiera młodszą dwójkę na wakacje. Ponieważ w ramach przygotowań ojciec skupia się głównie na poszukiwaniu pasków klinowych i palców rozdzielacza[4], okazuje się, że jak już przestało padać[5], to nie wiedzą, dokąd jechać. Więc najpierw jadą odwiedzić 13-letniego syna, który z rówieśnikami i brodatym nauczycielem od wf-u zbiera maliny u chłopa, a potem 16-letnią córkę-harcerkę, która opiekuje się dziećmi na koloniach w górach. I wszystko byłoby jak trzeba, gdyby nie to, że najmłodsze - 8-letnie bliźnięta - mają nadwagę i rodzice chcą je na wyjeździe odchudzić, odmawiając im napychania się pod korek[6]. Bliźnięta nie są z buraka strugane i organizują sobie gotówkę, za którą uzupełniają puste według nich brzuszki w barze mlecznym i nowotarskim warzywniaku, tyle że zamiast kiszonych z beczki omyłkowo biorą pakowaną w kartkę z Przekroju[7] tajemniczą paczkę i nagle za czerwonym maluchem i dwójką pulchnych nielatów rusza przestępcza banda.
Ładne rysunki, dość pretekstowa akcja, zachowanie rodziców przyprawiające o silną chęć walenia głową o stół, stan świadomości społeczno-ekonomicznej ośmiolatków - nie do pojęcia teraz, w sumie całkiem sympatyczna lektura na szare popołudnie.
[1] Bo w słonecznym PRL-u się dostawało. Mimo że i tak za wszystko trzeba było zapłacić.
[2] Przydziały były przydzielane według hierarchii, a to, co zostało, dostawał lud pracujący.
[3] Maluch (aka Fiat 126p) miał teoretycznie cztery miejsca, więc sześcioosobowa rodzina musiała się podzielić na podgrupy. Nie miał też fotelików dla dzieci, ani pasów z tyłu, a tradycyjne miejsce bagażnika z tyłu zajmował silnik. Oczywiście można się było w niego zapakować na dwa tygodnie wakacji w cztery osoby, BTDTGTT.
[4] Oczywiście w sklepach specjalistycznych niczego nie mógł dostać, a sprzedawcy pukając się w czołowo oświadczali łagodnie: "Panie, coś pan, zwariował? Z końcem czerwca chcesz pan kupić palec rozdzielacza? Trzeba było w marcu myśleć o wakacjach!"
[5] Za fenomen pamięci grupowej, która chyba każdemu, kto dorastał w PRL-u, podsuwa sielskie i zawsze słoneczne obrazy, odpowiedzialne są po części pocztówki, po części rzadkość występowania aparatów fotograficznych i koszt kliszy, więc się nie robiło zdjęć w byle jaką pogodę, tylko pstrykało w doskonałych warunkach oświetleniowych.
[6] To odważna teza, że w PRL-u były dzieci z nadwagą!
[7] Prasa codzienna jest dobra wyłącznie do pakowania suchej włoszczyzny - oznajmiła kładąc pakiet na ladzie obok kasy. - Do ogórków i kapusty[8] nadają się tylko tygodniki. A najlepszy "Przekrój", bo nie przemaka - dorzuciła.
[8] Imaginujecie sobie? Kiszona kapusta pakowana w kartkę z "Przekroju"?
#8
Wyświetl wpis
08 lutego 2011
Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 21:27:20
To nie tak, że my (ja z mężem, konkretnie) naszego dziecka nie lubimy i katujemy je nieludzko. Dzisiejsze wycie rozpoczęło się od tego, że upadł długopis na podłogę i podniesiony już nie był dobry. Potem to już był efekt lawiny, walenia głową w podłogę i odporności na perswazję słowną oraz przekupywanie[1]. Wiem, to samo zapewne mówią rodzice, którzy swoich dzieci nie lubią, ale nam chyba można wierzyć, nie?
[1] Ostatecznie pomogło milion trzynaste odtworzenie "Kaczki dziwaczki". Bujanie w kocyku działało w trakcie, po zaprzestaniu spowodowało natężenie wycia.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Czytam / 17:18:15
Z tomu na tom coraz mniej rozumiem motywację Kinsey do pracy. Dostaje mało rozwojową sprawę - owdowiała żona ponad 60-letniego policjanta, który zmarł na zawał, usiłuje dowiedzieć się, czemu przed śmiercią był zdenerwowany i zmartwiony. Żona jest w malutkim miasteczku, gdzie wszyscy się znają, niespecjalnie lubiana, w przeciwieństwie do zmarłego męża. Szybko nielubiana staje się też Kinsey, próbująca w ciemno dowiedzieć się rzeczy po części objętych tajemnicą służbową, po części miasteczkową zmową milczenia. Przegląda sterty papierów, analizuje billingi telefoniczne, marznie w wynajętym przez klientkę motelu, znosi nieustające narzekania klientki, że śledztwo nie daje efektów, ostatecznie jest zastraszana i pobita (z bardzo malowniczym wyłamaniem palców). I to jest ten moment, w którym człowiek rozsądny mówi: "to ja podziękuję, zwracam niewypracowaną część zaliczki, nie ma sensu kontynuować". Ale nie, Kinsey twarda jest. Poobijana wraca do Santa Teresa, kąpie się w ciepłej wodzie, przesypia noc we własnym łóżku, prowadzi dalszy kawałek śledztwa na miejscu, zbiera po głowie od niesympatycznej (jednak opinia w miasteczku nie wzięła się znikąd) klientki, po czym wraca i doprowadza rzecz do niemiłego finału, standardowo walcząc na samym końcu sam na sam z przestępcą. I co, warto było?
Ze względu na przeraźliwie kiepskie tłumaczenie zarówno na poziomie fraz ("to chłopak z podejściem"), użytego czasu (przeskakiwanie z narracji w czasie przeszłym do opisu w czasie teraźniejszym, co po polsku nijak nie gra), jak i słownictwa ("środek antybólowy"), przeskoczę jednak na czytanie w oryginale, mimo że niespecjalnie lubię. Nie żeby to jakieś straszne wyrzeczenie było, na polski przetłumaczono chyba jeszcze jedną czy dwie na chyba dwadzieścia.
Inne tej autorki:
#7
Wyświetl wpis
07 lutego 2011
Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 11:53:48
Jackie jest pielęgniarką i to taką z tych lepszych. Dba o pacjentów, świetnie rozpoznaje objawy, umie uśmiechnąć się mądrym uśmiechem i powiedzieć kilka słów, które pomagają tym leżącym na łóżku w izbie przyjęć. Mam jednak parę wad - nadużywa środków uspokajających i narkotyków, pozyskuje je metodami niespecjalnie legalnymi (bo nawet na etacie pielęgniarki nie jest tak łatwo pozyskać vicodin i inne cuda współczesnej chemii), a dodatkowo trochę oszukuje wszystkich wokół - męża, kochanka, współpracowników w szpitalu. Szpital jest taki bardziej w klimacie Scrubs niż Doktora House'a - sztywna znienawidzona administratorka Gloria, która jednak nie jest tak całkiem bez serca, świetny zestaw pielęgniarzy i sanitariuszy - misiowaty gej Thor z cukrzycą, pełna godności i ciepła Zoey, w pierwszym sezonie fantastyczny gej Mo-Mo, w drugim zastąpiony przez dziwnego eks-narkomana Sama, wesoły Lenny z karetki, a do tego dwójka lekarzy - zarozumiały dr Coop z syndromem Tourette'a, zmuszającym go do łapania kobiet za piersi w sytuacji stresowej oraz do bólu angielska, elegancka i cyniczna dr O'Hara. I aptekarz Eddie, nie zapominajmy o Eddiem.
Niestety, scenarzyści uparli się, żeby z sytuacji pełnej kontroli w pierwszej odcinku świat Jackie przeszedł do całkowitego rozpadu pod koniec drugiego sezonu. Boję się, że z dość melancholijnej komedii (bo szpital jednak nie jest miejscem, gdzie jest tylko śmiesznie) przerodzi się w trzecim (i pewnie następnym) sezonie - wzorem "Weeds" - w festiwal pomysłów, jak jeszcze można dokopać Jackie. A ja Jackie polubiłam.
PS Jednocześnie na TVP2 obserwuję ze smutkiem, jak można sprawnie serial zarżnąć za pomocą niefortunnej godziny nadawania i lektora.
Wyświetl wpis
05 lutego 2011
Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 00:20:35
Wprawdzie za miesiąc dopiero, ale już się zbroję. Klikam, czytam, oglądam, jutro pojadę kupić sobie przewodnik, te sprawy. Specjalną atencją darzę miłych ludzi, którzy geotagują zdjęcia (i hańba mi, Maurice, że sama tego ostatnio nie robię). I ja wiem, że przyjaciółka moja, ^siwa, ostatnio niedomaga nieco, ale i tak zbiła mnie z nóg sugestią, żebym robiła dużo zdjęć. Nie wiedzieć czemu przypomniało mi się, jak wyjechana do Buenos zostałam nagle po dwóch dniach z trzech i pół na miejscu bez zapasowej baterii do aparatu i ładowarki (i jak rany, do dziś nie wiem, co się z nimi stało, z walizki mi ukradli na lotnisku?) i biegałam z płonącą głową od sklepu do sklepu, okazując baterię i prosząc o ładowarkę (i mam teraz ładowarkę z argentyńską wtyczką). Człowiek normalny zapewne pstryknąłby trzy fotki komórką i oddał się kontemplacji wzrokowej, ale czy warto być normalnym?
Wyświetl wpis