31 stycznia 2011

Marek Przybylik - To było tak. Dzień Targowy

Poziom: 1 * Czytam / 17:43:52

O tym, jak to drzewiej bywało, nie zawsze najlepiej opowiada historia czy polityka, a znacznie bliżej rzeczywistości jest to, co i za ile ludzie kupują. Przybylik pisywał swoje felietony do "Życia Warszawy", podając ceny rzodkiewek, spisując asortyment targowisk, wyliczając, gdzie taniej (i gdzie w ogóle) bywa schab z kością, a gdzie drożej masło. Opisywał ówczesne lokale uspołecznione, drobne afery handlowo-spekulacyjne czy imprezy mniej lub bardziej masowe (ot, taką licytację koni czy imprezę z okazji polskiego wydania Playboya) Felietony są raczej warszawo-centryczne (bo jak o Bazarze Różyckiego czy Hali Mirowskiej słyszałam, tak o Polnej czy innych - niespecjalnie) z włączeniem okolic. Kilka opowiada malowniczo o tym, jakie ciężkie było życie w kryzysie u Szwajcarów czy Francuzów. Mnóstwo anegdot z czasów, kiedy wódka kosztowała 103 zł ("Czemu Waryński jest smutny? Bo mu zabrakło 3 zł do flaszki").

Warto mieć w domu chociażby po to, żeby korzystając ze słowniczka trudniejszych pojęć (asygnata, kartki na benzynę, kraje demokracji ludowej) wyjaśniać urodzonym po roku 1989 fenomen epoki, w której nic w sklepach nie było, a wszyscy czymś się żywili i w coś się odziewali.

#6, też trochę awansem, ale czytywałam po kilka stron w wolnej chwili.

Uprzedzając pytania o 403

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 10:27:14

W pracy się pracuje, a nie uprawia rozrywki, prawda? Do odwołania.

A mówili mądrzy ludzie...

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 00:29:53

... że jak ogłaszają, że w Palmiarni będzie wystawa papużek i innych małych pierzastych, to lepiej nie iść, bo pójdzie cały Poznań. I jak myślałam, że podczas wystawy tulipanów były tłumy, to się srodze myliłam. Skądinąd tylko świadczy to o tym, że zimą nie ma gdzie w Poznaniu iść, żeby nie wiało i na głowę nie padało. W samej Palmiarni, jak to w Palmiarni, ciepło, wonnie (choć wonie różne bywają), czasem coś nakapie na głowę, czasem przeleci pokpokując przedziwnej urody egzotyczna kurka albo wydrze się papuga, a wszędzie zielono.

I ubolewam niestety, że nader czynny prawie-półtoraroczniak nie jest jeszcze targetem takiego przybytku, bo ciężko objaśnić sens chodzenia z prądem (w przeciwieństwie do biegania pod prąd), niewchodzenia w roślinność, nieatakowania czułym afektem kurek i bażantów i że po nierównych kamieniach się nieco słabo biega. I wprawdzie świat w słońcu jest obłędnie ładny, ale jednak zimno i marznie nos. I paluszki.

Wiecej zdjęć (z poprzednich wizyt: maj 2010, wystawa tulipanów, luty 2010 i lipiec 2008).

30 stycznia 2011

Errata do słownika rodzic-dziecko (1)

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 11:03:05

Jest: Pierdolnęło się dziecko, mamusia pocałuje i przestanie boleć.

Powinno być: Uderzyło się dziecko...

Irvine Welsh - Sekrety Sypialni Mistrzów kuchni

Poziom: 1 * Czytam / 00:12:21

W Edynburgu, jak nie ma akurat Hogmanay albo festiwalu, z rozrywek zostaje albo picie, albo bójki po meczu, albo - jeśli są kobiety - podrywanie w barze i szybka konsumpcja gdziekolwiek. Danny pracuje w analogu Sanepidu, który kontroluje restauracje pod kątem higieny i wbrew zachowawczemu szefowi zwraca uwagę lokalnemu gwiazdorowi, że wprawdzie menu imponujące, ale od zaplecza syf, co powoduje pewne niesnaski w urzędzie. Sytuacji nie poprawia fakt, że Danny jest alkoholikiem, szuka ojca, właśnie zniszczył swój związek z piękną tancerką Kay, a do pracy przyjęto irytującego go Briana. Brian jest nerdem, co to na konwenty fanów Star Treka, w góry, a wieczorami na strychu puszcza miniaturowe kolejki. Któregoś dnia skacowany i zirytowany Danny rzuca klątwę na Briana, który od tej pory zaczyna odchorowywać jego alkoholowe eskapady, bijatyki i okazjonalne zażywanie twardych narkotyków. Bo, nie wspomniałam, autor napisał też książkę, na podstawie której powstało "Trainspotting".

Niby zachwyca, ale nie zachwyca. Nie szanuję wtykania do realistycznej książki mistycyzmu, dla mnie to takie oszustewko jak "a potem się obudził". Niezaprzeczalnie świetnie się czyta, wprawdzie Edynburg to tylko tło dla pijackich wieczorów Danny'ego, ale krótki rzut oka na San Francisco, co którego pojechał trzeźwieć bohater, jest bardzo miły. Tłumaczenie poprawne, ale jednak bym sprawdzała płeć opisywanych celebrytów (nie czyta się książek kulinarnych Lawsona, tylko Lawson). Książka jest nieco przewrotna (teraz to się nazywa postmodernizm), bo tytułowa powieść to pamiętnik jednego z potencjalnych ojców Danny'ego, pełen erotyki i chwalenia się potencją, z rzadka przerywany przepisami kulinarnymi, dodatkowo to taki swoisty przewodnik po życiu dla Danny'ego, który autora jednocześnie nienawidzi i podziwia. Studium alkoholizmu, przemocy domowej i szkolnej, która zostawia ślad na całe życie, ryzyka wyborów, spapranych szans i tęsknoty za czasami rozkwitu muzyki punk.

#5

27 stycznia 2011

Shop-spotting

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:30:47

Jakoś tak z pół roku temu zniknął mi z osiedla gabinet kosmetyczny pani Marty, tak z dnia na dzień. Smuteczek, bo przyzwyczaiłam się do jej small talku i ceniłam to, co robiła z moimi paznokciami. Potem zaanonsowano kwiaciarnię, nie wróżyłam sukcesu i rzeczywiście, zniknęła. Aż tu nagle pojawił się sklep z żywnością ekologiczną. I jak boję się trochę, że nie utrzyma się, bo wprawdzie konkurencja w postaci spożywczaka z nieświeżą papryką dba o dobro lokalnej społeczności pod szyldem Makro i marek TiP i ARO, ale czy jest tu wystarczająco dużo chętnych na żywność bezglutenową, bezlaktozową, eko-przetwory bez konserwantów, mleko sojowe, oleje i oliwy czy syrop różany? Będę kibicować, w każdym razie.

Poza tym jest ciemno. I znowu spadł śnieg. I zimno. Chcę stąd zniknąć, ale jedyne samoloty bez przesiadki w ciepłe kraje latają do Egiptu. A tam nie.

Na szczęście jutro moje dziecko ma, jak to mówią zatroskani amerykańscy rodzice, play-date. Może dożyję do weekendu.

17 (a jak zwykle się spóźniłam)

Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 00:15:35

Najbardziej chyba lubię, jak jestem kilka metrów od niej, kucam i rozchylam szeroko ramiona, a ona do mnie biegnie i się śmieje, a na końcu się do mnie przytula.

Albo jak wspina się na łóżko z żyrafką i zatyczką i skacze na kołdrę z szerokim uśmiechem.

I jak mówi miękko do kota, że jest taki śliczny i że zaraz w kocie futro zanurkuje.

I wyraz zachwytu na pyszczku, jak mówię, że teraz obejrzymy sobie po raz milion piętnasty Kaczkę Dziwaczkę.

I jak z chichotem odkrywa pępek. Czyjkolwiek.

A może, jak zapytana o to, czy chce jogurt, loguje się na poduszkę i czeka w pozycji wygodnej, aż przyjdę z łyżeczką i nabiałem.

I jak macha głową przy muppetowym "Bohemian Rhapsody". Albo klaszcze jeszcze zanim się zacznie takież "In the Navy".

(Są też rzeczy, których nie lubię, ale takie mikro-urodziny to nie miejsce na wypominanie).

25 stycznia 2011

Away we go

Poziom: 1 * Oglądam / 12:19:12

Nie bardzo współczuję wszystkim, którzy nakręceni przez błyskotliwych inaczej polskich dystrybutorów, pójdą do kina na Walentynki. Bo to bardzo ładny film, tyle że nie o miłości w sensie randkowania, a o odpowiedzialności i budowaniu rodziny.

Verona i Burt spodziewają się dziecka, a żeby mieć pod ręką kogoś do pomocy, przeprowadzili się do rodzinnego miasteczka Burta. Tyle że rodzice Burta wolą wyjechać na dwa lata do Antwerpii niż zajmować się wnuczką. I tak trochę ze strachu, trochę dlatego, że jeszcze można, Verona organizuje podróż do miejsc, gdzie mieszkają ludzie im bliscy. I tak sobie jeżdżą bądź latają - a to do Montrealu, to do Tucson czy na Florydę, żeby na końcu się zorientować, że nikt im nie powie, jak mają wychować dziecko i że sami muszą dojść do tego, jak być rodziną. Niekoniecznie muszą naśladować koleżankę, która dzieci uważa za nieszczęście i szczerze ich nie lubi, nawiedzoną kuzynkę, która nie używa wózka, a dziecko nosi w chuście, karmi piersią[1] i sypia z całą rodziną w jednym barłogu czy znajomych, adoptujących czwórkę dzieci, a mimo to niespełnionych.

Ładna muzyka, scenariusz pisany przez Dave'a Eggersa, świetne postacie drugoplanowe, niezłe dialogi[2], śliczne sukienki dla kobiet w ciąży, a do tego film zostawia takie miłe ciepło w środku i nadzieję, że wystarczy się trochę postarać, żeby było dobrze.

[1] Oczywiście, karmi piersią kilkulatka, a małe w chuście nosi w nieprawidłowy sposób, jest oszołomką, a wizyta kończy się awanturą. A potem się dziwię, ze ludzie patrzą na noszących w chuście dziecko jak na żyrafy.

[2] Zajrzałam do zakładki "Parental guide" na IMDB i uważam, że z krajem, w którym ktoś siada i notuje wszystkie przekleństwa oraz odniesienia erotyczne w dialogach, trzeba coś zrobić. Zdecydowanie.

24 stycznia 2011

Every cloud has a silver lining

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:48:18

Marek Hłasko - Pierwszy krok w chmurach. Baza Sokołowska

Poziom: 1 * Czytam / 23:26:25

Są lektury, za które trzeba się wziąć wcześnie. Mnie jakoś Hłasko zupełnie ominął, pewnie dlatego, że w szkole "do matury" robiło się do II wojny światowej, a potem to "sobie doczytacie, bo współczesnej i tak nie będzie". Nie było, więc Hłasko mi odpadł zupełnie.

I mam teraz problem. Bo "Baza Sokołowska" jest tak bolesnym produkcyjniakiem, że mi aż oko łzawi. Nie czuję tego etosu pracy, przezwyciężania trudności, walki o każdy kilometr i samodzielnego rozkładania silnika na mrozie, żeby tylko dojechać, a nie prosić kolegów o pomoc. Wiem, tak hartowała się stal, ale teraz każdy ma telefon komórkowy i wklepany numer do Assistance czy innego helpdesku.

Z "Pierwszym krokiem w chmurach" problem mam inny. Poczytałam sobie o Hłasce i jego życiu, że polski James Dean i buntownik. Tyle że minęło 60 lat i nawet jeśli wtedy to, co pisał, było mocne i odkrywcze, teraz już zostało przemielone przez 10 innych pisarzy. I owszem, w "Pierwszym kroku" widzę świat zgorzkniałych ludzi, którzy rozmienili swoje życie na drobne i chętnie zniszczą wokół siebie wszystko, co ładne; taki "Rezerwat" bez lukru. Tylko zastanawiam się, czy chcę dalej czytać Hłaskę. A jak chcę, to co?

#4

Prorodzinnie

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 00:22:19

I tak miałam pisać o obiedzie, ale pozwolę sobie oprzeć się na dzisiejszej notce Joanny o tym, gdzie jest miejsce dzieci. Jestem z frakcji, że po coś są te wysokie krzesełka z pasami bezpieczeństwa i że nawet ruchliwa i wokalna młodzież ma prawo zjeść niedzielny obiad jak sahib w restauracji. Ma prawo karmić frytkami rodzica, mieszać zawzięcie łyżeczką w szklance i wydawać radosne okrzyki zza nogi od stołu. Takie jest moje zdanie i się z nim zgadzam (oraz ogromnie się cieszę, że po krótkim okresie, kiedy wychodzenie z młodzieżą do restauracji było maksymalnie upierdliwe i zdecydowanie na raty, tak od jakiegoś czasu się znacznie poprawia, nawet jeśli kosztuje to szklankę, za co uprzejmie jeszcze raz przepraszam).

I jak narzekałam kiedyś, że poza ścisłym centrum nie ma gdzie dobrze zjeść, tak się myliłam, bo całkiem blisko mojej wsi można iść/jechać do Frygi. Ponad 10 lat temu byłam świadkiem na ślubie P. i D. (wytrzymali do dzisiaj, żeby nie było) i kiedy ostatnio po raz kolejny z musu przejeżdżałam Naramowicką w celu wiadomym, nagle do mnie dotarło, że to właśnie tam odbywały się poślubne bachanalia. I wprawdzie restauracja skupia się na cateringu (dzięki czemu można się poczuć przezroczystym dla obsługi, pieczołowicie przechodzącej przez cateringowe zamówienia, a przy tym jednocześnie wcale nie czekać na kelnerkę), ale na miejscu jest nie dość, że uroczo, to i jedzenie warte wiele. Zmienne menu dnia, więc można co jakiś czas wracać; w karcie niedużo, co obiecuje jakość. Trochę europejsko, trochę azjatycko, składniki dobrej jakości (parmezan, a nie zastępnik!), do tego na tyle dużo, że nie ma miejsca na deser. A szkoda.





PS Chcę taki wazon jak na pierwszym zdjęciu.

23 stycznia 2011

Groblą do Mostowej

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 00:26:44

Zbieram sobie w małym notesiku ciekawe zakątki Poznania. Takie hobby. Czasem widzę coś kątem oka, przejeżdżając opodal w zupełnie innym celu. Czasem przeczytam coś gdzieś i zostanie mi w głowie, że warto. Przeglądam hasłowo blogi, zdjęcia i wikipedię. I czekam tylko na słoneczny dzień. Jak dziś (wczoraj, bo się nie wyrobiłam z pisaniem).

Ulica o dźwięcznej nazwie Grobla jest fascynująca. Między innymi dlatego, że numeracja od 1 idzie lewą stroną, potem przy skwerku Łukasiewicza (tym z Latarnikiem) zawraca i idzie rosnąco prawą stroną. Ale też i przez eklektyczność. Bo z jednej strony to okolica industrialna, z ceglanymi budynkami Gazowni, doskonałymi na lofty, starymi magazynami i firmami o proweniencji ewidentnie wod-kan, co widać na starych muralach (a na świeższych apeluje się o rozwój czytelnictwa), z drugiej - siedziba Muzeum Etnograficznego w post-masońskim budynku, pałacyk Paetzów, piękne kamienice z ogrodami od frontu, kościół Wszystkich Świętych i niepozorny konsulat Ukrainy.



Z kolei Mostowa jest spójnie a gęsto zabudowana kamienicami (i przewrotnie nie pasującym, a jednak na miejscu Instytutem Zachodnim). Niektóre bardziej zniszczone, niektóre mniej, z głębokimi bramami i malowniczymi balkonami. Zdecydowanie #chcetam mieszkać, jakby kiedyś była okazja.

Słonko i mroźny wiatr, rozgrzewałam się w muzeach. Nie jestem jakąś specjalną wielbicielką polskiego folkloru, więc nie zachwycały mnie eksponaty w Muzeum Etnograficznym (poza Od Zęba Zbolałym Chrystusem), bardziej spodobały mi się wnętrza domu bamberskiego w Muzeum Bambrów Poznańskich (oba muzea sprytnie współdzielą podwórko), z kredensami, pojemniczkami na przyprawy, wagą kuchenną i kołyską (genialny patent, żeby niemowlę się nie przekolebało na brzuch, przywiązywało się do niego poduszkę, naród miał fantazję).

Żeby nie było, że tylko ja miałam udane przedpołudnie. Wprawdzie było dość obrzydliwie wietrznie i na huśtawce na zrewitalizowanym (wzruszyła mnie ankieta dotycząca użytkowników) skwerku wytrzymaliśmy tylko trochę wbrew niejakim protestom Majuta, który mógłby pół dnia, ale potem obserwacja wróbli (uciekają szybko i trzeba ich szukać pod samochodami), psa robiącego kupę (też ucieka, ale oglądając się za siebie) i zbieranie gałązek z rozmontowywanej w Muzeum Bambrów choinki zmniejszyła rozczar związany z ewakuacją z placu zabaw.

Więcej zdjęć.

21 stycznia 2011

Modern Family

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 00:03:35

Kolejny sitcom o rodzinie wielopokoleniowej; temat wyżyłowany do dna (a nawet czasem i z tym mułem, co pod dnem), a jednak cieszy. Przede wszystkim ze względu na to, że wrócił Al Bundy. Lubię też konwencję, w jakiej serial jest zrealizowany - mockumentary, niby-reportaż z przerwaniem akcji i komentarzem jednego z bohaterów prosto do kamery. Ślicznie jest skomponowany odcinek pilotowy, gdzie najpierw poznajemy wszystkie trzy rodziny, a dopiero na końcu okazuje się, jak są ze sobą spokrewnione (więc jak kto chce, to niech najpierw obejrzy, a potem czyta).

Jay ma dorosłą córkę i syna. Jego druga żona to młodziutka, czasem naiwna, a czasem całkiem sprytna, a do tego śliczna Kolumbijka - Gloria, z którą Jay wychowuje adoptowanego syna, Manny'ego. Córka Jaya, Claire ma nieodpowiedzialnego męża flirciarza i trójkę dzieci: głupiutką, ale śliczną Haley, bardzo inteligentną okularnicę Alex i syna Luke'a z ADHD. Syn Jaya, Mitchell, żyje w homoseksualnym związku z Cameronem i właśnie adoptowali wietnamskie niemowlę, Lily.

Trzy pokolenia, zawsze ktoś nie dogaduje się z kimś. Powstają krótkotrwałe koalicje między babcią a wnuczką, zięciem a teściem czy rodzeństwem, ale przez większość czasu wszyscy cierpią na problemy z komunikacją i artykułowaniem swoich potrzeb i problemów. Problemem może być wszystko - zazdrość o sąsiadkę, roztargnienie, obietnice naprawienia obluzowanego schodka, perfekcjonizm, punktualność, młoda żona, dziedzictwo kulturowe, akceptacja innej orientacji seksualnej czy sprzedaż samochodu.

I jak niespecjalnie lubię każdego z bohaterów oddzielnie (no, może poza Jayem z jego luzem i umiejętnością wyboru świętego spokoju; czy czuję się jak mentalna 60-latka? ależ), tak wszyscy razem są uroczą, nieobliczalną rodziną.

19 stycznia 2011

Mariusz Szczygieł - Zrób sobie raj

Poziom: 1 * Czytam / 23:47:28

Szczygieł, poza tym, że pisuje doskonałe felietony, ma to, o czym marzę - dom z ogrodem w Pradze[1]. Wprawdzie wynajmowany, ale taki bardziej na stałe, a do tego z pięknym oknem wychodzącym na ogród. W tym tomie jest kilka czeskich historii - o tym, jak Czesi reagują na śmierć, czemu rzeźbiarz Černy niekoniecznie chce być Czechem, jak to jest z tym ateizmem w Czechach i czemu Polacy lubią Czechów, a Czesi wręcz przeciwnie. Zgadzam się ze Szczygłem, że książka nie jest z gumy, ale warto było umieścić i felieton o Cimrmanie w tym tomie.

Pewnie to nic odkrywczego, ale następną wycieczkę do Pragi zaplanuję tak, by znaleźć wszystkie rzeźby Černego.

EDIT: O, choćby tak, korzystając z bloga Szczygła.

[1] Nie upieram się przy Pradze, ale zawsze chciałam mieć domy w różnych zakątkach świata. Żeby podróżować z małą walizką, a wszystko mieć na miejscu.

Inne tego autora:

#3

18 stycznia 2011

Pierwszy zachwyt

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 23:39:12

Wsiadam do taksówki, wyczuwam dość niespotykaną nutę, pytam kierowcy, czy to mandarynka. Tak, ładna, prawda? 20 minut później mam ochotę wypluć żołądek do kieszeni kurtki, nienawidzę zapachu mandarynki.

Czytam "Zrób sobie raj" Szczygła i poza treścią zachwycam się ciekawą fakturą papieru. I, o, że okładka ma skrzydełka jak obwoluta. Po 200 stronach przecięłam palec, a cholerne skrzydełko szeleści przy przekładaniu stron.

Ale łóżko mam wygodne od ładnych kilku lat.

16 stycznia 2011

Cudze chwalicie (2)...

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 00:12:48

Wprawdzie prognoza pogody obiecała 9 stopni na plusie i przejaśnienia, ale dotrzymała tylko pierwszej części, co i tak jest całkiem dobrym wynikiem jak na połowę stycznia. Wyprowadziliśmy się więc wzajemnie z dobrym panem na spacer, zabierając i latorośl, która wprawdzie ostatnio woli bezpieczeństwo ramion mamy niż samodzielne chodzenie, ale i to kręgosłup mamy wytrzyma. W "Chimerze" ze zdziwieniem odnotowałam sympatycznego pana (który wygospodarował czasopismo do czytania dla młodzieży po sugestii, że byśmy sobie z młodzieżą poczytali, ale może to być lektura jednorazowa) zamiast dotychczas spotykanych sympatycznych pań, reszta na szczęście była bez zmian - i menu z moim ulubionym śniadaniem, i wnętrze w zgaszonym turkusie i starym złocie. Lubię niesamowicie ladę przy kasie, z kilkudziesięcioma słojami z herbatą. Pracownia alchemika-herbatoholika, dla nas szczególnie cenna ze względu na czarną kenijską.

Jak ktoś przychodzi 5 minut po 12 w południe pod ratusz, to zamiast trykania się koziołków ma rozchodzący się wielojęzyczny tłum turystów, co też ma swoje zalety. Można za to zobaczyć (i dotknąć!) koziołka zapasowego z bliska w Muzeum Historii Miasta Poznania. Chciałam bardzo do Muzeum, nie tylko dlatego, że tam ciepło (a nawet za ciepło) i że w sobotę darmo (tu wstaw ulubiony żart o skąpstwie mieszkańców Poznania), ale głównie dlatego, że do końca stycznia można obejrzeć tam wystawę zdjęć archiwalnych placu Wolności[1]. No i dlatego, że nie byłam. A warto. Bo i koziołki, i sporo obrazów znanych poznańskich notabli, trochę mebli, rzeźb i przedmiotów codziennych. I prześliczne wnętrza budynku.

Zafascynowałam się ramami obrazów. Bogate, złocone, ciężkie, czasem bardziej ciekawe niż płótna.

Dla najmłodszych jest podeścik w instalacji gabinetu. Można wchodzić i schodzić, wchodzić i schodzić, wchodzić i schodzić, a panie pilnujące eksponatów wcale na ruchliwego zwiedzającego ze zgniecionym w małej rączce biletem nie krzyczą.

[1] Plac Wolności to takie moje niespełnione marzenie o ładnym poznańskim zagłębiu knajpiano-towarzyskim, w które mógłby się plac zamienić, jakby wywalić z jego okolic banki, zasiedlić restauracjami i kawiarniami, które mogłyby wysiać ogródki na zamknięte dla ruchu ulice. Jest piękny budynek Arkadii (z Empikiem i nie tylko), biblioteka Raczyńskich, stoją ławeczki, będzie fontanna, tylko ciągle nie będzie ludzi, bo po co siedzieć na pustym placu...

Więcej zdjęć.

14 stycznia 2011

Ali G. Indahouse

Poziom: 1 * Oglądam / 15:52:08

Tak trochę popłuczyny po Klasie rządzącej, ale - wbrew moim obawom - całkiem zabawne. Biały raper Ali G. z podlondyńskiego zadupia przez przypadek dostaje się do brytyjskiego parlamentu i mimo bycia absolutnym imbecylem i bucem okazuje się też być cennym nabytkiem, bo odkrywa aferę. Ponieważ jest to film Sashy Barona Cohena (tego od Borata, tak; Borat pojawia się w jednej scenie również), to jest mnóstwo mniej lub bardziej niewyrafinowanych dowcipasów, również fekalnych, sporo szargania autorytetów i dużo aluzji erotycznych (oraz, jak się łatwo domyślić, dużo skąpo ubranych pań).

Dorosłość

Poziom: 1 * Maja / 15:37:26

Odkryłam, że jestem dorosła wtedy, kiedy zaczęło mi brakować czasu i zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie zrobić w życiu wszystkiego, co bym chciała. Że plan tygodnia "5 dni roboczych i 2 wolne" wcale nie jest optymalny. Że doba ma tylko 24 godziny i czasem trzeba poświęcić coś dla snu albo sen dla czegoś. Że nie warto wracać do przeczytanych już książek, bo nie jestem w stanie przeczytać tych nowych. Że nie pojadę wszędzie tam, gdzie mnie nie było i nie jest to kwestia zawartości portfela. Że marnuję rokrocznie zimę na depresyjne siedzenie w domu. Że, że, że.

Stąd pośpiech. Zawsze pomiędzy jedną czynnością z drugą. Muszę wyjść, żeby zdążyć. Robienie kilku rzeczy naraz. Teraz. Spóźnię się. Nie będę się zatrzymywać, bo czekają. Może kiedyś wrócę i wtedy (ale nigdy nie wracałam).

I nagle dostałam do ręki niespełna 3 kilo Tu i Teraz. I musiałam się nauczyć, że nie można powiedzieć "poczekaj", że śpiące czy głodne dziecko ma priorytet 1, choćby się waliło i paliło. Dziecko w ramach prezentu powitalnego na świecie dostaje cały czas dla siebie. I muszę się nauczyć, że "teraz wychodzimy" oznacza, że teraz czytamy książeczkę (kto czyta, ten czyta), teraz szukamy butów, które powinny leżeć na półeczce, ale mogą być wszędzie (kto szuka, ten szuka). Że spacer to też stanie w miejscu i patrzenie na papierek. I że wcale nie trzeba iść tam, tylko można nagle zawrócić. Jeszcze tego nie umiem do końca, jeszcze pracuję zadaniowo. Ale muszę się nauczyć, żeby nie odgryźć sobie ręki.

(Ko, ko, ko).

12 stycznia 2011

Nie tak bardzo free, ale bardziej lancing

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 12:59:57

Coraz częściej wraca do mnie pomysł, żeby poukładać świat po mojemu. Żeby zniknęło od dziewiątej do piątej i rejestracja czasu, a przyszło nowe, pozwalające na leniwszą poranną kawę i rogalika w miłym miejscu. Niestety, za mało mam twardych umiejętności, za dużo miękkich, a poza tym nie oszukujmy się - deadline jest dla mnie jak horyzont: im bardziej się do niego zbliżam, tym bardziej się ode mnie oddala. A mogłabym przecież przestawić się ze świeżo nabytego trybu życia sowy na niegdysiejszego skowronka, zobaczyć słonko, wstać, ogarnąć i pozbierać, naszkicować plan i mieć czas na wszystko. Na razie rano jest szaro, a ja utykam na samym szkicowaniu planu, nie wspominając o reszcie.

Dlatego lubię dni, kiedy jest namiastka planu, nawet jeśli to zwykła wizyta u lekarza. Bo można potem wejść do malutkiej sali Sztukafeterii, dostać gorącą kawę, żytni chleb i garść komplementów pod adresem niebieskookiej młodzieży (naprawdę, nic mnie tak pozytywnie do świata nie nastawia, jak kontakt z ludźmi, którzy mi mówią, że mam śliczne i mądre dziecko z pięknym uśmiechem).

I mimo że słońce wyszło dopiero kiedy wracałam do domu, to i tak jest lepiej.

10 stycznia 2011

Tron + Tron. Dziedzictwo

Poziom: 1 * Oglądam / 13:42:29

Nie oszukujmy się, ani fabuła pierwszego Tronu (fan gier i programista trafia do wnętrza komputera i stacza pojedynki, żeby się wydostać i żeby dobro zatriumfowało), ani drugiego (syn programisty, znudzony[1] byciem milionerem i właścicielem wielkiej korporacji po ojcu, trafia do wnętrza komputera i stacza pojedynki, żeby się wydostać i żeby dobro zatriumfowało) cokolwiek wnosi. Bo nie. Ale oba filmy są doskonałymi miernikami nerdyzmu w swojej epoce, ale chyba tylko pierwszy pozostanie filmem kultowym.

Bardzo lubiłam pierwszy Tron i miło zaskoczyło mnie to, że po latach nie zestarzał się jakoś specjalnie. Był dowcipny, dość inteligentny, latające portale nieco przerażające, a całość urocza. Ale pojawił się w czasach, kiedy komputery mieli nieliczni, a wszystko, co miało związek z bitami, było osnute delikatną mgiełką niesamowitości. Teraz byle chłystek ma dotykowy telefon z możliwością włamania się przez niego do Pentagonu, więc w "Dziedzictwie" reżyser zrezygnował z lekkiej, nieco ironicznej historii o ciężkim życiu programu, ale wszedł w bardziej zawiłe kwestie na styku ojciec-syn, ideał kontra rzeczywistość, zen kontra działanie oraz jak szczelnie wcisnąć w obcisłe wdzianka młodych ludzi, żeby było ładnie, ale nie erotycznie[2]. Chciałam obejrzeć malowniczy film z ucieczkami, wybuchami, ładną animacją i niezłą muzyką[3] oraz śliczną Olivią Wilde i to wszystko dostałam. Wprawdzie 3D o niebo lepiej się sprawdzało w scenach z realnego świata niż w rzeczywistości wirtualnej, ale i tak warto zobaczyć świat CLU w okularach. Jest kilka rzeczy słabych - brakuje jakiegokolwiek związku między imperium Encom z nadętą radą nadzorczą i uroczym programistą granym przez Cilliana Murphy'ego a stworzonym przez Flynna seniora światem wirtualnym (liczyłam na jakieś twórcze przeniesienie konfliktu, a tu nic), scena z pannami przebierającymi młodego Sama w ciuszek na igrzyska pojawia się tylko po to, żeby pokazać 4 panny w strojach jak z Seksmisji i w #suczych-butach, a klub Castora/Zuse wmontowany jest chyba tylko po to, żeby pokazać muzyków z Daft Punk (C ^ols) oraz jeszcze więcej ludzi w świecących kombinezonikach. Jest dużo zrzynek popkulturowych - bo i czuć "Władcę pierścieni", kiedy CLU przemawia do zebranych oddziałów jak Saruman do orków, Flynn senior zachowuje się jak połączenie Dude'a Lebovskiego, Gandalfa i Galadrieli, a powidoki z "Matriksa" czy "Gwiezdnych Wojen (mało!) są tak oczywiste, że zdziwiłabym się, jakby ich nie było.

[1] Oganiałam natrętne skojarzenia jak muchy. Ale jak młody skakał z dachu biurowca swojej firmy, to aż mi się pchało na usta, żeby zasugerować kupno małego samolotu, skoro motor już ma.

[2] Wiem, wiem, jak kto lubi lateks, to i owinięty hydrant wzbudzi zainteresowanie.

[3] Bardzo wzruszyło mnie zabytkowe "Sweet dreams" Eurythmics w salonie gier Flynna, bardzo.

09 stycznia 2011

Zorza zamiast zachodu słońca

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 00:46:01

Słońce wyszło zza chmur przez chwilę o poranku, tworząc na niebie malownicze paski. Niestety, zanim zdążyłam wyjść z łóżka (a wierzcie mi, tłumaczenie aktywnemu o poranku dziecku, że mama i tata jeszcze trochę poleżą, zanim wstaną, trochę zajmuje), wszystko się wyszarzyło, wygładziło i zniechęciło. I już myślałam, że to by było na tyle, kiedy okazało się, że cała impreza odbywa się na Malcie.



Kadr dość niedbały, ale to sklejka panoramkowa; ale czy to nie wygląda jak kadr z "Pojutrze"? Jak widać, w tym roku z Malty nie spuszczono wody, sięgająca do drugiego brzegu płaszczyzna lodu wygląda lepiej niż pusty betonowy basen.

Bardzo lubię Taj India, mimo że z zewnątrz jest mało zachęcająca. W środku z roku na rok jest coraz lepiej. Zniknęły pozostałości jak po ośrodku WWP, zimne białe kafle i puste ściany. Są miękkie kolorowe kotary, haftowane złotem poduszki, metalowe słonie i wielbłądy ("Zobacz, ten ma na imię Lewy, a tamten Prawy") i huśtawka. Nie ryzykowałam, czy udźwignie mnie, ale doskonale dźwigała małą eksploratorkę, która jednak mimo wielkiej fascynacji ruchem wahadłowym wolała zrzucać poduszki, biegać po czerwonym dywanie i odkrywać, że na świecie są inne dzieci[1]. Wracając do huśtawki, nie mam specjalnej fascynacji orientem (ba, szczerze nie cierpię indyjskiej muzyki i mało poważam realizm w malarstwie, chociaż nie ukrywam, że lubię kolorowe indyjskie materiały), ale ta huśtawka, z podłużnymi poduszkami w kolorach turkusowo-pomarańczowo-brązowych to kwintesencyjka popołudniowego relaksu w cieple. Z uprzejmym młodym człowiek z wachlarzem, podającym w przerwie w wachlowaniu kolejną szklankę mango lassi.



[1] WTEM okazało się, że mała Pola spotkana przypadkiem w miejscu, do którego się wybraliśmy dość spontanicznie, urodziła się w tym samym szpitalu tego samego dnia i co najmniej dwa dni panny wrzeszcząc na sali pełnej drobiazgu, może nawet w sąsiadujących kontenerkach.

07 stycznia 2011

Laura Esquivel - Przepiórki w płatkach róży

Poziom: 1 * Czytam / 13:59:06

Zapewne zbrukam tutaj jakiś kult[1], ale czytałam z coraz większym poczuciem niezrozumienia. "Przepiórki" to dziwaczny harlequin obyczajowy, dziejący się w Meksyku w czasach Pancho Villi. Piękna Tita i jej dwie siostry są trzymane twardą ręką przez ich matkę, Elenę, która za pomocą zakazów, bicia i zimnych spojrzeń mają organizowane życie niekoniecznie tak, jakby chciały. A to Matka Elena zakazuje Ticie się żenić z Pedrem, zamiast tego każe mu się żenić ze starszą córką. A to średnia córka ucieka do burdelu, bo się w niej zapaliły żądze. A to wszyscy gotują coś egzotycznego, ale koniecznie z papryczką chili[2]. I to fajne jest, bo dobrze się czyta książki, które dzieją się w kuchni. Natomiast jakoś nie umiem się przejąć losem biednej Tity (i pozostałych bohaterek), która co chwila obrywa, a za chwile przyjemności grubo płaci. W tle przewala się wojsko, czasem ktoś kogoś zgwałci, czasem jakiś majątek pójdzie z dymem. Czasem się kastruje koguty, czasem ktoś umiera, śmierdząc przeraźliwie i puszczając wiatry, bohaterka szydełkuje wełnianą kołdrę, która ma już 3 hektary...

Należy do nurtu, którego całkowicie nie ogarniam, czyli realizmu magicznego[3]. Jak ktoś płacze podczas przygotowywania obiadu na wesele, to wszyscy goście potem wymiotują, a na końcu wchodzi panna młoda cała na biało i malowniczo plaska w to, co goście oddali. Jak na kucharkę ucierającą przyprawy i malowniczo emitującą bujny biust popatrzy kochanek, to po zjedzeniu wszyscy czują okrutne gorąco, co prowadzi do konsekwencji, w tym erotycznych. Pojawiają się duchy zmarłych osób, z którymi się rozmawia jak z żywymi. Można taką konwencję kupować, ja jakoś nie bardzo.

Nie rozumiem też idei podzielenia książki na miesiące, które nijak się nie mają do upływania czasu w świecie. W lutym ślub, w kwietniu jedno dziecko, w sierpniu drugie, Trzech Króli we wrześniu, a w grudniu ślub dzieci bohaterów (a bohaterka, która miała lat niespełna 18, WTEM ma 39). Może jest w tym jakaś głębsza myśl, ale mi umyka.

[1] Jak z książki powstał film, to na 100% zaczyna być kultowa. Nawet jak nie jest.

[2] W kwestii używalności przepisów jest różnie. Część jest ze szkoły pani Ćwierciakiewiczowej, co to weźmiesz kopę jaj i dwie silne dziewki, część jest dziwna (jak zrobić zapałki), część wygląda dość przyjaźnie.

[3] Tak, nie przeczytałam do końca "100 lat samotności", bo nie rozumiem sensu i szkoda mi czasu.

#2

06 stycznia 2011

Terriers

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 00:16:43

Dwóch prywatnych detektywów, którzy zarabiają na codzienny kawałek chleba tostowego z masłem orzechowym to jeden z amerykańskich filmowych banałów. Tyle że tu jest rozegrany genialnie. Hank Dolworth jest byłym policjantem po rozwodzie, Britt Pollack to były drobny złodziejaszek, teraz nawrócony na drogę prawa, acz z szerokim repertuarem sztuczek z czasów, kiedy nie był jeszcze zakonnicą. Obydwaj mają pokomplikowane życie uczuciowe, pracują dla znajomych i z polecenia, czasem porwą psa, czasem bzykną seksowną panią, czasem szukając córki kumpla trafią na mega aferę, gdzie trup się ściele, a kolega (oczywiście Murzyn) z policji nie zawsze jest w stanie ich do końca wyciągnąć z szamba, w które wpadli. Do tego piękne okoliczności przyrody, błyskotliwe i niewymuszone dialogi, świetny drugi plan - była, acz ciągle kochana żona, narzeczona z kłopotami, genialna siostra w psychiatryku czy nerdzi z podsłuchami, namierzaniem adresów IP i różnymi niezbyt legalnymi sztuczkami.

W zasadzie to mogłabym jeszcze trochę powychwalać, ale znacznie lepiej to ode mnie zrobiło niekoniecznie (stanowczo tylko protestuję przeciwko porównaniu San Diego z Kielcami; dude, tam jest muzeum lotniskowców, znaj proporcję!).

A teraz wszyscy dziękują telewizji FOX, która podpierając się magicznym słowem "oglądalność" pokazała serialowi kciuk w dół po pierwszym i jedynym sezonie.

05 stycznia 2011

W tygodniu to jesteśmy cisi

Poziom: 1 * Z fotkami / 00:23:24

Lubię tworzyć sobie rytuały. Wybieram ten sam dzień tygodnia na te same rzeczy, chociaż nie zawsze muszę. Kiedyś czwartek był Dniem Sałatki z Tuńczykiem (Bez Pomidora) w Starym Browarze, potem Dniem Wyginania Śmiało Ciała. Niedziela - kino. Piątek był Dniem Próbowania Nowej Potrawy w Pyra Barze (Chyba że Jest Zapiekanka Porcięta na Camemberta). Teraz wtorek to czasem poranek na Jeżycach. I jak pogniewałam się na sprowadzane masowo z giełdy wszędzie te same warzywa i owoce, tak nie mogę przejść koło budek z kwiatami. Nie pamiętam takiej zimy, kiedy było pełno tulipanów. Ale dziś urzekły mnie frezje. Takie trochę biedne, nieco przygniecione, ale elegancko szczupłe, w stonowanych kolorach, które u innych kwiatów byłyby krzykliwie jaskrawe.

PS Na listę egzotycznych rozmówców taksówkowych zapisuję pana, który radował się każdym korkiem, szlabanem itp., bo będzie dłużej mógł cieszyć się moim towarzystwem.

04 stycznia 2011

Zen a sztuka wychodzenia z łóżka

Poziom: 1 * Maja / 13:47:05

Którejś nocy zostałam poklepana po ramieniu przez zaspane stworzenie, stojące przy moim łóżku.

Kilka dni później obudziłam się i znalazłam na dywaniku pod łóżeczkiem zwiniętą w kłębek córkę, która chciała przyjść do naszego łóżka, ale pewnie się jej benzyna skończyła.

Kiedyś niesprytnie położyłam dziecko głową w stronę wyjścia i jakiś czas później się okazało, że WTEM zdziwione dziecko leży w łóżku już tylko częściowo.

Wczoraj wieczorem TŻ wyszedł z sypialni z dziwną miną, zapytał mnie, czy na pewno przeniosłam dziecko z naszego łóżka (gdzie usnęło) do jej łóżeczka, po czym okazał mi odziane w śpioszki z żyrafami stworzenie, leżące centralnie na naszym łóżku, daremnie macające okolicę w poszukiwaniu pluszowej żyrafki i poduszki. Przez sen.

Co dalej? Chodzenie po krawędzi dachu?

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy