30 listopada 2010

Jak wykryłam w sobie lokalną patriotkę

Poziom: 1 * Maja / 18:54:14

Jadę z Majem windą, dosiada się pani w wieku słusznym oraz dwóch panów, z czego jeden z siwą brodą. Pani objaśnia Majowi, że pan wygląda jak Mikołaj i że przyniesie niedługo prezenty. Zupełnie nie wiem sama, skąd wyrwało mi się "Tylko że pani wie, tu jest Wielkopolska, tu prezenty przynosi Gwiazdor". Pani zachichotała, wyraziła aprobatę, po czym po wyjściu z windy wzięła mnie na stronę i szepnęła, że Gwiazdor Gwiazdorem, ale niedługo mi dziecko przyniesie 6. grudnia wyczyszczone buty i mogę twierdzić, że Mikołaja nie ma, ale prezent się będzie należał.

29 listopada 2010

Złuda

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 23:25:39

Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.

O mnie: Jestem mamą

Poziom: 1 * Maja / 14:15:28

Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.

Teraz podziwiam.

Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...

I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.

Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.

27 listopada 2010

Zima wersja demo

Poziom: 1 * Z fotkami / 23:26:37

Uwielbiam zimę. Białą, gładką, iskrzącą się w promieniach słońca (nie dziś, ale) kołderkę, przykrywającą bezlistne gałęzie, zimozielone krzewy i jeszcze przed chwilą szare chodniki. Żeby nie trzymać Was dłużej w przekonaniu, że poślizgnęłam się na zamrożonym śniegu i uderzyłam w głowę, co wywołało u mnie amnezję i trwałe zmiany w mózgu, spieszę donieść, że uwielbiam zimę tak z jeden dzień, góra dwa. A już zwłaszcza, jak zima przypada w weekend. Pierwsze rzucanie się śnieżkami, śnieżne koniczynki na szczytach liści, oszronione gałązki i puchatą pokrywę na samochodach. Biel pozwalającą na mniejsze ISO i większą wartość przesłony w aparacie. Jazdę ciemniejącą aleją między srebrno-białymi smukłymi sylwetkami drzew, oświetlanych pomarańczowym sodowym światłem, nawet z tą smutną konstatacją, że nie umiem robić takich zdjęć w półmroku. Ten pierwszy dzień zimy to takie zakochanie, świeże, czyste i wzruszające. A potem już jest tylko gorzej. Tego "potem" serdecznie nie cierpię. Stąd zgłaszam się z uprzejmą petycją, żeby już była wiosna. Zima zaliczona. Starczy. Do-wi-dze-nia.



Więcej zdjęć.

PS Kupiłam sanki.

Tekst ukazał się w numerze 2. czasopisma Business & Beauty.

26 listopada 2010

Anna Kłodzińska - Taniec szkieletów

Poziom: 1 * Czytam / 14:46:02

Nie ukrywam, że tym chętniej sięgnęłam po tę pozycję, że umieścił ją w "Książkach najgorszych" Barańczak, zachwycony między innymi tym, że jego nazwisko nosi jeden z bandytów, człowiek niechlujny, zły i występny, szmugler i morderca.

Kryminał opowiada o szajce podłych ludzi, oczywiście z szefostwem w tych gorszych Niemczech, którzy mordując i okradając naród PRL, szmuglowali platynę do niemieckiego fabryki przemysłu zbrojeniowego. Opowiada też o sile przypadku, bo trzeba było nielichego zbiegu okoliczności, żeby sprawę rozwikłać. Gdyby nie przyjaźń majora Lityckiego z węgierskim jubilerem czy dobre kontakty majora Szczęsnego z pułkownikiem wywiadu, śledztwo w sprawie tajemniczych zwłok w piżamie na trasie nocnego do Zebrzydowic oraz napadu na strażnika w poznańskich zakładach E-15 trafiłoby do działu spraw nierozwiązanych.

Kłodzińska obdarza swoich bohaterów najlepszymi cechami (w przeciwieństwie do przestępców, którzy noszą się niedbale, wzrok mają plugawy, a włosy w strąkach i brudne). Głównym bohaterem jest sztandarowy przystojniak Kłodzińskiej, major Feliks Szczęsny. Niestety dla pięknych pań, major miał tylko jedną miłość - pracę: "Sekretarka wniosła na tacy kawę i koniak. Obdarzyła Szczęsnego powłóczystym spojrzeniem, podobała się jej oryginalna uroda majora, jasne włosy przy śniadej cerze i czarnych, wąskich oczach. Szczęsny nie zareagował, miał głowę zaprzątniętą ważniejszymi sprawami". Oczywiście wspomniany koniaczek miał miejsce w biurze fabryki, nie na komendzie, bo na komendzie była tylko kawa z fusami i papierosy. Na komendzie też żaden z pracowników nie pozwoliłby sobie na to, co zrobił tęgi blondyn w okularach na widok Szczęsnego: "powiedział dość opryskliwie jednym tchem: - O co chodzi, teraz nie przyjmujemy interesantów, ma pan przecież wyraźnie napisane na wywieszce, czytać pan nie umie czy co, proszę stąd wyjść". Oczywiście, głupio mu się zrobiło, jak Szczęsny zamachał legitymacją. Wprawdzie zdarzało się, że Szczęsny prowadził śledztwo wbrew woli przełożonego, ale tylko dlatego, że Wiedział Lepiej: "Pułkownik Toporski wyraził wątpliwość, że jednak od urodzenia był sceptykiem, a ostatnio cecha ta zaczęła wysuwać się u niego na pierwszy plan, Szczęsny nie przejął się. Wiedział, co robi. Pułkownik szykował się do szpitala na operację kamieni żółciowych i trzeba mu było wiele wybaczyć". Ba, tkanka milicyjna była wrażliwa i pełna współczucia, bo gdy przypadkiem otwarto wyniki badań informujące o zmianach w nerkach i skrzepach krwi, do Szczęsnego ustawił się sznureczek ludzi współczujących i dzielny major musiał wyprowadzać ich z błędu, bo wyniki należały do denata.

Sam przemyt też był tematem wdzięcznym. Major Litycki, człowiek doświadczony, zdziwił się nagłym pojawieniem się platyny polskiego pochodzenia na niemieckim rynku, bo do tej pory przemycano wszystko od biustonoszy i końcówek długopisów po obrazy i cenne meble, od brylantów i złota w sztabkach i wyrobach - po plusze i krem "Nivea". Gdyby przestępcy nie byli tępymi pachołkami w służbie imperializmu, zatrudniliby majora jako mózg operacji, bo był pomysłowym spryciarzem: "[platyna] Może sobie leżeć na dnie kanistra, pełnego benzyny. Albo w baku. Platynowe blaszki w termosie z kawą, w butelkach z piwem czy oranżadą. Gdziekolwiek". Dzielnie sekundował mu w tym kolega po fachu, major Horny: "- Zdaje się, że eksportujemy kiszone ogórki? W takich wielkich beczkach świetnie można przewieźć nawet 20 kilo platyny".

Jest kilka wątków prywatnych i turystycznych - między innymi major Horny miał bogaty księgozbiór - "chyba ze trzysta tomów o najróżniejszej treści, od wspomnień wojennych i zagadnień politycznych, poprzez reportaże ze wszystkich stron świata, na "Kubusiu-Puchatku" kończąc". Miał też uczynną żonę, która wciągając gumkę do dziecięcych rajstop, podsuwała mu celnie informacje o platynie. Pomagający w śledztwie inżynier Kawecki zapełnia lodówkę czyhającemu w jego mieszkaniu Szczęsnemu, bo w jego domu nikt nie będzie się żywił suchym prowiantem przyniesionym przez siebie! (a zaopatrzenie inżynier miał niezłe, bo i konserwy mięsne, rybne, ser, masło, pieczywo, prawie jak obywatel Winnicki w "Alternatywy 4"). W ramach śledztwa milicja mieszka w poznańskim hotelu Merkury, słynnym z doskonałej kuchni ("Szczęsny (...) barszcz z pasztecikiem, a potem sandacza z wody. Horny wybrał bryzol, piwo i kawę"). Potem diet im starczyło na hotelowe śniadanie, bo jednak ceny hotelowe były na kieszeń bogatego turysty z Niemiec (przypadkiem był to nasz szef gangu, "gęba taka, wiecie, mało przyjemna. Kojarzy się z dawnymi, niedobrymi wspomnieniami. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był aktywny działacz NPD" - referował Szczęsny), a nie socjalistycznego milicjanta.

Na samym końcu obserwujemy wielką akcję, angażującą mnóstwo zasobów milicji, która niestety kończy się pytaniem, zadanym drwiącym głosem jednego z milicjantów: - A dokąd to, panowie?..., pozostawiając wiernego czytelnika z niedosytem. Czy wszyscy złoczyńcy zostali ujęci? Czy platyna wróciła do polskich fabryk? Czy wyremontowano zamek w Pońcu? Czy morderca sprzed lat został skazany kilka dni przed terminem przedawnienia? Pytania, pytania, pytania...

25 listopada 2010

Po piętnaste - zmiany

Poziom: 1 * Maja / 23:54:48

Zamiast wiaderka kąpielowego - prysznic, a wiaderko ewoluowało do funkcji stołeczka. Zamiast szczebelkowego łóżeczka - łóżeczko z otwieranym bokiem, pozwalającym na samodzielne wypełzanie (i wpełzanie, i wypełzanie, i wpełzanie...). Dziś zamiast uniwersalnego "tata" już nieśmiałe "mama", jutro trzeba będzie zacząć używać elegantszego "do kroćset" czy "niech to wciórności" zamiast zwykle używanych rzeczowników w funkcjach przecinkowych, bo małe uszka wszystko słyszą, a budzący się intelekt doskonale przetwarza, dzięki czemu nie ma prokrastynacji (bo stwierdzenie "za chwilę odkurzę" oznacza nagłe pojawienie się małego człowieka pod szafą i wywlekanie z łomotem piekielnej machiny). I, od zawsze to sobie wyobrażałam: idę ja, idzie TŻ, a pomiędzy nami drobne kroczki stawia córka, ściskająca nasze dłonie ciepłymi łapkami. I to jest ten kawałek, którego już nie muszę sobie wyobrażać na progu 16. miesiąca razem. Za 3 godziny minie 15 miesięcy.

PS Jak kto zdjęcia, to wiadomo, gdzie pytać.

24 listopada 2010

Dzień przed dniem wolnym

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 15:52:18

Tak na przyszłość, bo znowu zapomnę. To nie tak, że wszystko jest zamknięte w niedzielę, bo nie jest. Wszystko prawie jest zamknięte w przeddzień święta, szczególnie jeśli święto przypada zaraz po weekendzie i zdecydowanie nie warto myśleć, że można cokolwiek. I tak 31 października, teoretycznie w zwykłą handlową niedzielę, zabrałam rodzinę na śniadanie w mieście. Potem już tylko plułam sobie w brodę, bo odbijaliśmy się od drzwi do drzwi, a wszystkie były zamknięte, o czym radośnie informowały karteczki, że nieczynne bo. Ale ja nie o tym. Dzięki temu snuciu się po rzadko odwiedzanych rejonach, odkryłam pełną pubów i urokliwych bram uliczkę Nowowiejskiego. W pubach nie bywam, ale poczułam się przez chwilę bardziej obywatelką świata, kiedy pod numerem ósmym, w kamienicy z 1896 roku, odkryłam Honorowy Konsulat Królestwa Niderlandów. Z Wikipedii wynika, że to już trzecia lokalizacja konsulatu - wcześniejsze mieściły się na Gwarnej i na 27. Grudnia.







Rzadko kiedy oryginalne malunki dożywają takiego wieku w dobrym stanie (jasne, na pewno były przemalowane wielokrotnie, ale dobrze świadczy to, że jeszcze je widać). A takich miejsc jest więcej, nie tylko na Nowowiejskiego. Tym bardziej nienawidzę tego, co dzieje się za oknem, bo i ze względu na obleśną pogodę, i ze względu na inne względy, nie mogę z notesikiem, w którym wynotowuję sobie drobne poznańskie secesyjne zabytki, udać się na jedną z wielu mikrowypraw. Na razie pozostaje mi kubek herbaty "Paris", album "Secesja w Poznaniu" i przyjaciel mój, Upsarin.

Więcej zdjęć.

23 listopada 2010

Telewizja Polska, czyli Galerianki i Operacja Dunaj

Poziom: 1 * Oglądam / 14:14:38

Korzystając z chwilowo odkodowanego C++, obejrzałam kątem oka nawet chętnie. Bo muszę przyznać, że od czasu Testosteronu żałuję każdego wyjścia do kina na polski film.

Operacja "Dunaj" mnie zauroczyła swoim sielskim urokiem - podczas "przyjacielskiej inwazji" w 1968 jeden z polskich czołgów wraz z załogą utknął w małym czeskim miasteczku, albowiem grzmotnął w ścianę kawiarni i tak już został z lufą nieledwie w ladzie chłodniczej. Polscy wojacy natykają się na mur u niechętnej lokalnej ludności, ale ponieważ są młodzi i pełni zapału, a poza tym Polak i Czech w zasadzie niewiele się różnią, nawiązują porozumienie nad barierami. Ładne, ciepłe, dowcipne, chociaż - jak zdążyłam się zorientować po rzucie oka w internetsach - pełne stereotypów i wzajemnych uprzedzeń. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, bo film ładnie gadany i taki po czesku refleksyjnie zabawny, bogato okraszony bogatymi polskimi przekleństwami i standardowym zestawem aktorskich pewniaków.

Gorzej mi było na Galeriankach, chociaż uważam, że jak się jest matką małej puchatej córeczki (C ^cashew), to warto zobaczyć. Pal diabli, że rzecz się dzieje w Nibylandzie, o którym każdy myśli, że "to nie dotyczy moich dzieci", istotne jest, że pokazuje palcem parę ważnych zjawisk związanych z dorastaniem: inicjację seksualną, silną i paskudną presję bycia popularnym i takim jak przyjaciółka, wyśmiewanie innych, szkolny mobbing i nieumiejętność porozumienia między dzieckiem a rodzicem. W świecie, gdzie pół szkoły może wyśmiać za stary model komórki, gdzie jest prawie że kastowość, a zewnętrzne oznaki statusu są najważniejsze, już trochę za późno na próby wyrabiania w 13-14-latce poczucia własnej wartości czy walki z jej niską samooceną, którą poprawia własnymi kiepskimi metodami. Film jest przejaskrawiony, fabuła się nieco rozłazi, ale pokazuje, że nie będzie łatwo za te kilkanaście lat.

Metodą Helen Doron

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 00:08:31

Pan spotkany w sklepie poinformował mnie, że jego córka (22 miesiące) chodzi na angielski metodą wspomnianej pani[1], zostawiając mnie ze sporym #wtf, jaki jest sens[2] wydawać pieniądze na naukę obcego języka dziecka, które w zasadzie jeszcze nie mówi w jakimkolwiek.

[1] Najbardziej fascynujące w tym jest to, że pamiętam z lektury któregoś z Magazynów Polski, że pani wsławiła się też tym, że ma dziecko z banku nasienia i celowała w losowego noblistę.

[2] Wiem, czytałam w Wikipedii. 9 lat nauki, tak.

21 listopada 2010

Chris Ewan - Dobrego złodzieja przewodnik po Paryżu

Poziom: 1 * Czytam / 14:40:00

Jak pierwszy tom mnie dość miło przeprowadził przez wąskie uliczki nad kanałami, tak ten mnie dość znudził (rozwlekłą i chaotyczną akcją) oraz zniesmaczył (szczegółowymi opisami zażycia środka na przeczyszczenie, litości, to ma być książka z serii "Kryminał z klasą"). Pisarz Charlie Howard podpisuje swoją książkę o amsterdamskiej kradzieży w małej paryskiej księgarence, a po spotkaniu zostaje poproszony o "testowe" włamanie się do mieszkania jednego ze słuchaczy. Oczywiście, jak się łatwo domyślić, włamanie nie jest testowe (a przynajmniej testuje nie to, o czym pisarz myślał), a Charlie nagle trafia w sam środek gangu kradnącego dzieła sztuki. I tak sobie krąży po Paryżu, spotykając się z różnymi osobami - swoim paserem, agentką literacką, która po paru latach współpracy nagle orientuje się, że jej podopieczny nie jest muskularnym modelem ze skrzydełka obwoluty (niech życie stockphoto), tylko starszym panem z artretyzmem, pracownikami księgarni, pracownikami firmy ubezpieczeniowej, żeby odkryć, kto zabił malarkę, której zwłoki ktoś zdeponował w jego mieszkaniu.

Jedną z zabawniejszych w książce rzeczy jest mini słowniczek na końcu, gdzie można się dowiedzieć na przykład, jak po francusku powiedzieć: "Czy mógłby pan podać mi numer najbliższego pasera" bądź "Pani się myli. Kiedy przyszedłem, drzwi były otwarte" czy "jednorazowe rękawiczki z lateksu" i "wytrychy, sondy, grabki i śrubokręty". Reszta - słaba.

Here kitty kitty

Poziom: 1 * Przydasie * Z fotkami / 14:26:14

Ciężko dostać ładnego miękkiego kotka. O pieska łatwo, o misia - wiadomo, ba, nawet idzie znaleźć fantastyczną ośmiornicę. Okazuje się, że śliczne kotki (w dodatku w paski!) robi firma MUJI, a ciocia I. przywozi takiego kotka Majowi.

[Kotek MUJI]

[Kotek MUJI]

(W zasadzie to Maj ma za dużo pluszaków, może by dała jednego mi? Hm.)

20 listopada 2010

Niebo pod Berlinem

Poziom: 1 * Czytam / 16:16:39

Czeski duch w berlińskim metrze. Nauczyciel Petr rzuca pracę, żonę i dziecko, po czym ucieka do Berlina, gdzie gra w punkowej kapeli dla idei i sławy, a dla pieniędzy na peronach "ubany". Książka to zbiór historii o związku Petra z Niemką Katrin, o jego przyjacielu lubiącym słowiańskie dziewczęta, o basiście Atomie i w największej mierze o berlińskim metrze, samobójcach, zamkniętych stacjach i okresie, kiedy na górze stał Mur Berliński, a na dole obie strony patrzyły na siebie z okien wagonów i peronów. Klimatycznie trochę przypomina połączenie "Guzikowców" Zelenki i węgierskich "Kontrolerów", ale z silnym poczuciem, że to kawałek czyjej biografii, pełen niedopowiedzeń i onirycznych zdarzeń. Sama książka ma dziwny format - komiksowo poziomy, a historie przeplatane są czarno-białymi montażami zdjęć. Dla mnie poza gładką, leniwą lekturą to pomysł na kilka następnych rzeczy do obejrzenia podczas wizyt w Berlinie.

19 listopada 2010

John Castle, Arthur Hailey - 714 wzywa pomocy

Poziom: 1 * Czytam / 23:58:22

Jestem wielką fanką latania i lotnisk, zwłaszcza teraz - w erze rozbuchanej elektroniki, komputerów i planowania za pomocą zaawansowanego oprogramowania. Kontrast widać, jak się wyciągnie książkę z lat 70., gdzie oparciem w locie i nawigacji jest radio, radar i wskazania przyrządów. Na pokład czarterowego lotu Winnipeg-Vancouver wsiadają kibice, i kilka przypadkowych osób, które spóźniły się na inne loty. Jest mgła uniemożliwiająca lądowanie gdzie indziej niż docelowo, ryba nieświeża, która uderza w ryc^W^W^Wkładzie pokotem część pasażerów, a potem obu pilotów, więc na polu bitwy zostaje stewardesa oraz wyłuskani z pasażerów lekarz oraz pilot myśliwców z czasów wojny. Lekarz ratuje wymiotujące ofiary, pilot w locie uczy się obsługi czterosilnikowca, stewardesa stanowi pierwiastek żeński, obsługa naziemna walczy z prasą szukającą sensacji, organizuje pilota, który zdalnie będzie potrafił pomóc wylądować oraz szykuje plan B (wodowanie) czy C (zbieranie resztek z płyty lotniska).

Nie jest to ewidentnie lektura do samolotu, ale i też słabo się czyta w ciąży, jak się walczy z problemami gastrycznymi (bo zaczęłam czytać ponad rok temu, ale nie dałam rady). A warto, bo naprawdę zgrabnie jest zarysowana fabuła, bez cukierkowego "w zasadzie to nawet małpa posadzona za sterami da radę". Wady też są - słabawe tłumaczenie z regionalizmami i dziwną manierą tłumaczenia imion, dzięki której Vancouver nagle zaludniają Jurki i Pawły, przy jednoczesnym pozostawieniu Janet czy Harry'ego. I długość - książka urywa się nagle, po zakończeniu akcji właściwej. A szkoda, bo parę wątków można by pociągnąć, chociaż na kilka stron.

16 listopada 2010

#4morons

Poziom: 1 * Oglądam / 23:52:52

Mam słabość do bardzo złych filmów. Oczywiście nie wszystkich, bo takiego "Resident Evil" to nie zmogłam. Lubię filmy robione z przymrużeniem oka albo robione tak nieudolnie, że dłoń sama układa się w sposób wygodny do #facepalma. Przyznam, że nie zawsze[1] mi się chce szukać, na szczęście nasza telewizja publiczna w ramach misji nieodmiennie dostarcza. Ostatnio kątem oka w telewizji miałam okazję obejrzeć kilka filmów. I tak:

Numer jeden, absolutny zachwyt. "Mały Nicky". Doskonała obsada - Harvey Keitel, Patricia Arquette, Kevin Nealon, Quentin Tarantino, Adam Sandler (wiem, wiem, to powinno zdyskwalifikować film od ręki, ale nie - z wykrzywioną gębą jest świetny) czy sam Ozzy Osborne, a treść przeraźliwa - w piekle uber-diabeł oświadcza, że nie wyznacza następcy, tylko sam będzie rządził. Dwaj starsi synowie się irytują i zwiewają na Ziemię, gdzie zaczynają tworzyć nowe piekło. Najmłodszy, jak w ruskiej bajce, jest tym dobrym i idzie polować na braci, żeby uratować Ziemię i piekło. Jakiekolwiek opisy nie zastąpią oglądania, bo w zasadzie każda scena jest cudem - codzienne karanie Adolfa Hitlera o 16 za pomocą ananasa, bujne piersi wyrastające na głowie Nealona, diabeł, który wyjmuje *się* z nosa człowieka, Adam Sandler w białym dresiku z różowymi paskami czy odwieczna walka dobra ze złem na poduszki i smażone kurczaki.

Drugi, trochę mniej uroczy, acz również, to Shoot 'Em Up z Monicą Bellucci oraz Clivem Drewnianą Gębą Owenem, którzy grają odpowiednio damę damę negocjowalnego afektu i szybkostrzelnego pistolero i chronią świeżo narodzone dziecko przez złymi facetami. Bellucci głównie emituje bujny biust, krzyczy z przerażeniem i się chowa, a Owen wykonuje cuda ze sznurami, schodami, podajnikiem przemysłowym i dowolnymi artefaktami, trzymając dziecko i pistolet, z którego lecą nielimitowane naboje, zabijając marne 106 osób.

Trzeci, z kolei megasłaby, Super zioło - dwaj hobbyści-palacze wyhodowali zioło wspomagające walory intelektualne i dostali się na Harvard, gdzie zaliczali panienki i kolokwia, aż zioło im się skończyło. W celu poprawy warunków intelektualnych wykopali zwłoki prezydenta Quincy'ego Adamsa i wypalili. Nie poprawiło im. Nie pamiętam, jak się skończyło, bo poszłam spać.

Czwarty już jak najbardziej celowo: Machete. To bardzo zły film bardzo dobrego reżysera, który umie doskonale robić złe filmy. Ogromna liczba trupów, odkrywcze rozwiązania typu zjazd z okna na ludzkim jelicie, krew, krew, dużo krwi, piękne kobiety - wychudzona, ale urocza Michelle Rodriguez w skórzanym staniku, słodka Jessica Alba w gustownych szpileczkach i ochoczo pokazująca całkiem niezły biust Lindsay Lohan. Sporo zabójstw następuje z użyciem sprzętów domowych - korkociągu, termometru do mięsa, kosiarki czy ozdób biurkowych. Dużo wybuchów, tuningowanych samochodów, które potrafią fantastycznie się kiwać na kołach i cały zestaw oldskulowych aktorów w roli bedgajów - Don Johnson, Steven Seagal, Robert de Niro czy Jeff Fahey. I sam Machete - człowiek składający się z jednej wielkiej blizny, za to obdarzony sprawnymi dłońmi wielkim powodzeniem u płci przeciwnej.

I, last but not least, gorąco polecam blog 4morons.

15 listopada 2010

Ciemność widzę

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:39:31

Kiedyś, w czasach bujnej młodości, stylizowałam się na Mrok. Przez duże M. Szczęśliwie nie było wtedy emo, screamo i tego całego sztafażu, że się siada w kątku i płacze (głównie przez mega idiotyczną fryzurę, taką jak wszyscy w szkole), bo pewnie bym słuchała i siedziała w kątku. W międzyczasie trochę dojrzałam i przestałam lubić ciemność. Nawet spać wolę w środku dnia, na słoneczku. Tak mnie naszło dzisiaj, jak wracałam z tej gorszej części wsi[1] o godzinie 16:45, wlokąc się przez noc, z rzadka rozświetlaną latarniami. Że nie lubię. Wolę czyste niebo, które przeradza się w kolorowy zachód słońca i widok małego świata w kroplach wody na czubkach igieł sosny czy małe tęcze na zauważonej dzisiaj kryształowej pokrywce od cukiernicy nonszalancko położonej na hydrancie.



Więcej diamentów.

[1] Bo jak chyba wszystkie miejsca na świecie[2], wieś moja jest podzielona na część właściwą, w której mieszkam i część za uczęszczaną drogą krajową, gdzie wprawdzie fajny sklep z mięsem[3] i fajny warzywniak oraz jedyny we wsi większy sklep ogólnospożywczy (nie liczę Biedronki), ale przechodzi się wzdłuż nieustającego ruchu samochodowego po niezdecydowanym pożal-się-bogini chodniku-ścieżce-rowerowej za pieniądze z Unii oraz przez mega skrzyżowanie, gdzie na światłach się czeka koło 7 minut czasem, więc - co zrozumiałe - chodzić tam nie lubię.

[2] Moje rodzinne miasto było podzielone na miasto właściwe i Zawiśle, które - jak sama nazwa wskazuje - było za Wisłą, miasto TŻ - na miasto właściwe i "za torami".

[3] A zaprawdę powiadam wam, naprędce sklecona ze świeżej cielęciny, czerwonej cebuli, ziemniaków, oliwy i tymianku pieczeń wyszła co najmniej przyzwoicie.

Jo Nesbø - Pierwszy śnieg

Poziom: 1 * Czytam / 13:50:48

Lubię skandynawskie kryminały za klimat. Za detaliczny opis dnia codziennego, papierkologię w komendzie, zmarznięte ręce, problemy z robotnikami i mozolne szczegóły śledztwa. Za umiejętność działania na moich emocjach, na zainteresowanie mnie intrygą, podanie mi jej jak na tacy, bo zwykle wiem więcej niż prowadzący śledztwo policjant, co daje takie miłe poczucie uczestniczenia w śledztwie i czasem chęć krzyknięcia "Za tobą jest, tam stoi, odwróć się wreszcie!". Jednocześnie jest to wada tych kryminałów - żeby nawlec wydarzenia na sznur, tworząc misterną konstrukcję, żeby pokazać ukochaną policjanta, jego dom, zwyczaje przedsenne, myśli, przestępcę, detalicznie opisać każdą z ofiar, trzeba stron. I przyznam, że coraz mniej chętnie podchodzę do książek, które mają po 400, 500 i więcej stron (dlatego na razie szkoda mi czasu na "Millenium", chociaż podobno warto). Jakoś mnie to przeładowuje, nie odbieram tego jako przyjemności dłuższego przebywania z bohaterem, wolałabym dwie krótsze, odrębne historie niż jedną długą.

Harry Hole jest prywatnie niezbyt szczęśliwym, acz już niepijącym alkoholikiem, a służbowo specjalistą od seryjnych morderców. Trochę pech, bo mieszka w niewielkiej i spokojnej Norwegii, gdzie łatwo o bar, a przestępstwa raczej są z tych przypadkowych. Oczywiście, w myśl zasady strzelby na ścianie, do czasu. Harry łączy przypadki zniknięć zamężnych kobiet, które zupełnie bez śladu ulatniają się z domu, z otrzymanym jakiś czas temu anonimowym listem od kogoś podpisującego się Bałwan. Skojarzenie jest dość oczywiste, bo na miejscu zniknięcia ktoś lepi bałwany, patrzące w głąb domu ofiary.

Książka mimo nieco nadmiarowej objętości smaczna, w Polsce wyszło jeszcze 6 innych tego autora. Mam nadzieję, że kontynuują wątek tajemniczego odgrzybiacza, który pojawia się w domu komisarza, wykonuje swoją pracę, nie bierze pieniędzy i znika.

Inne tego autora:

14 listopada 2010

Podziały w niedzielny poranek

Poziom: 1 * Maja * Moje miasto * Z fotkami / 13:33:50

Kawiarnie dzielimy na te, w których są sale dla niepalących, i te, w których nie. Tym drugim dziękujemy.

Kawiarnie dzielimy na te, które serwują śniadania, i na te, które nie. Drugą kategorię pomijamy, bo chwilowo nie jest mi do szczęścia potrzebna.

Potem dzielimy kawiarnie na te, które podają śniadania w niedzielę, i na te, które nie. Drugą kategorię pomijamy, acz przyznam, że podnosi mi się poziom irytacji, bo akurat w niedzielny poranek gna mnie, żeby dostać ładnie i dużo pod nos, z ciepłą kawą z pianką i z przybraniem z plasterka karbowanego ogórka. Tak odpadła mi wyszperana w sieci Amarena, która dumnie obwieszcza, że śniadania od 9 do 12, ale w niedzielę ma czynne od 12 czy Chimera, która o 12 otwiera kuchnię, a wcześniej proponuje ciasto i herbatę.

Ponieważ każde z nas lubi co innego, dzielimy kawiarnia na te, co dla każdego coś miłego i na te, które ewentualnie proponują tosta z chleba tostowego i sałatkę. Drugą kategorię pomijamy.

Teraz jeszcze doszedł nam jeszcze jeden podział, niestety najważniejszy. Kawiarnie dzielimy na te, co nie mają schodów i niezabezpieczonych dziur w podłodze, i na te, co mają. Niestety, Stary Młynek na Żydowskiej ma. I jednak chyba chwilowo skończy się śniadaniowe rozpasanie, bo jedzenie w turach jak na wczasach w OWP, kiedy jedna tura je, a druga chodzi w tę i z powrotem po czterech schodach i ratuje spadającą z podeściku młodzież, która jednak nie ma instynktu samozachowawczego i na każdą próbę naprostowania na nieco bezpieczniejsze rozrywki reaguje żywiołowym protestem, to jednak nie jest optymalny sposób na niedzielny poranek.

Poza tym poproszę więcej takiego listopada. Oślepiające słonko, błękit nieba z rzadka przerywany białym pasmem obłoczków i 15 celsjuszów. Grzech dziecku czapeczkę upychać na kudłatej główce. I tylko szkoda, że zmierzch zapada o 16, a w najlepszym czasie antenowym wypada pora drzemki. Miasto o słonecznym poranku jest pełne obiecujących zakamarków, których nie widać, kiedy pada i zimno.





11 listopada 2010

Juno

Poziom: 1 * Oglądam / 13:23:02

Łatwo się wzruszam, zwłaszcza teraz, jeśli film jest o tym, że jest dziecko. W zasadzie fabuła jest pretekstowa - 16-letnia Juno próbuje, jak to jest z życiem erotycznym i bach, zachodzi w ciążę, decyduje, że dziecko urodzi i odda do adopcji. I przez tę fabułę podchodziłam niechętnie, co było z gruntu niesłuszne. Film jest niesamowicie kojący - ślicznie filmowany, błyskotliwy dialogowo, ze świetnym soundtrackiem i ciepły. Taki comfort food dla głowy, jak chyba wszystkie sundance-podobne filmy. Sytuacja, w której normalnie wszyscy przegrywają - 16-letnia młoda matka, chłopak, z którym dziecko poczęła, na próżno starające się o dziecko małżeństwo, zaskoczeni sytuacją rodzice Juno; tutaj okazuje się, że każda sytuacja ma wyjście. Juno jest inteligentna, rozważna, ma wszystko poukładane i czasem okazuje się, że jest o wiele bardziej dojrzała od dorosłych, którzy potykają się o własne wybory. Zgrabnie, choć nietypowo, rozwinięty jest wątek porozumienia między Juno a Markiem, adoptującym z żoną dziecko Juno (a ich dialogi o muzyce i słabych horrorach są urocze). Do tego film jest zwyczajnie lekki - bez moralizatorstwa, natrętności i zadęcia. Że bajka? Nie szkodzi. W życiu trzeba trochę bajki.

I aktorzy - śliczna i przekonująca Ellen Page, trochę słaby Michael Cera (który w zasadzie od czasów "Arrested Development" nie dorobił się niczego więcej niż zdziwionej miny, doskonały Jason Bateman i J. K. Simmons, a w tle cameo Rainna Wilsona.

Jak wspomniałam na blipie, chciałabym, żeby moja córka wyrosła na taką mądrą dziewczynę (a nastoletnia ciąża to wcale nie jest takie wielkie i ostateczne nieszczęście, jak mnie i moje pokolenie przekonywał świat).

10 listopada 2010

Czy róża pod innym imieniem?

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:49:17

Zmysłowe "mist" brzmi jednak trochę bardziej magicznie niż grząskie "mgła". Dzisiejsze białe mleko za oknem było żywcem wyjęte z londyńskich zaułków.

Więcej zdjęć.

08 listopada 2010

High hopes

Poziom: 1 * Moje miasto / 20:16:56

Stałam na rogu Słowackiego i Kraszewskiego z bukietem czerwonych postrzępionych tulipanów. W deszczu. Zawinięta szczelnie w płaszcz, okryta kapturem. Młody człowiek stanowczym krokiem podszedł do mnie, zobaczyłam błysk w jego oku i usłyszałam... "Kochana, masz może 80 groszy, bo mi brakuje na piwo?". I tak, o.

IKEA

Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 13:26:25

Kiedyś wizyta w Ikei była sposobem na spokojne przesnucie się przez sklep (jak chciałam wrażeń ekstremalnych, to szliśmy pod prąd). Z 14-miesięcznym aktywnym dzieckiem jest przeżyciem dość ekstremalnym. Żonglerka pobieranymi pluszakami, tłuczenie we wszystko drewnianymi młotkami, niekontrolowane ucieczki, plecy bolące pod schylania się i trzymania za karczek mikrosukienki, żeby delikwentka nie wpadała ludziom, patrzącym ze swoich 180 cm tylko na wprost, pod nogi, wywleczenie owczej skóry wielkości trzech małych człowieczków i spektakularne przewrócenie się z nią i nabicie guza na czole, skakanie po wielkim łóżku i cmokanie wielkiej pani na ścianie i ciągłe nadawanie kierunku mimo naturalnej tendencji do biegania w kółko wokół tej samej skrzyni z ręcznikami. Mnie się, w każdym razie, podobało.

Mam parę ulubionych działów w Ikei. Uwielbiam naczynia kuchenne (chyba na równi jak nowe kuchenne kolekcje w Tchibo, tylko jakoś miejsca w kuchni mi nie przybywa, musiałabym zacząć wytłukiwać to, co mam, żeby kupować nowe, nowe, nowe, nowe). Ostatnio z tego powodu zaczęłam się przemykać, żeby nic nie kupować. Bardzo lubię pachnące świeczuszki, ale za każdym razem muszę sobie przypominać, że mam kilkadziesiąt w domu i z moim tempem organizowania okazji do zapalenia (żeby się ciekawskiej trzodzie nie popaliły wąsy) starczy mi jeszcze na trzy lata. Za to teraz nabrałam zamiłowania do ikeowskich zabawek. Taka chyba kompensacja za szaro-bure czasy, kiedy sama byłam dzieckiem. Boję się różowego świata Fisher-Price, petshopów i kucyków-syrenek, a w Ikei znajduję rzeczy prostsze, które do mnie mówią. Nie mogłam przejść obojętnie obok zestawu pluszowych warzyw. Inner child? Kompensacja za ozdobne plastikowe owoce, ozdabiające "w gościach" kryształową misę na stole w jadalnym, którymi to owocami nie wolno było się bawić? (Proszę mi przypomnieć, jak będę narzekać na zabawę w sklep warzywny, że sama tego chciałam).



Na następną wizytę rezerwuję sobie pluszowe śniadanie albo owoce. Co do deserów nie jestem jeszcze zdecydowana. Tuczące, w końcu

.

06 listopada 2010

Jeffery Deaver - Mag

Poziom: 1 * Czytam / 13:33:29

W kryminałach jest tak, że przestępca nie ma szans. Prędzej czy później popełni błąd, a doskonale wyposażony w aparaturę do sprawdzania mikrośladów, mnóstwo wywiadowców, snajperów, bazy danych z fantastycznie szerokim materiałem porównawczym aparat policyjny wyłuska go z taką łatwością jak łuska się ziarno słonecznika. Deaver lubi bawić się tą konwencją i co chwila wymyśla przestępcę tak sprytnego, że wszyscy dają się nabrać na kolejne fałszywe tropy. W "Rozbitym oknie" superzłoczyńca miał dostęp do największej bazy danych klientów i prawie jak w 1984 wiedział wszystko zarówno o swoich ofiarach, jak i o śledzących go policjantach. Podobnie tutaj - przestępca jest niesamowicie zdolnym iluzjonistą, który zmienia wygląd w kilkanaście sekund, wyparowuje z miejsca przestępstwa i nikt tak naprawdę nie wie, jak to robi. Sparaliżowany Lincoln Rhyme i jego piękna acz artretyczna partnerka Amelia Sachs mają jednak na to sposób - znajdują zdolną młodą iluzjonistkę, Karę, która pomaga im ustalić, w jaki sposób myśli przestępca i jak go podejść. Książka jest gruba, więc wiadomo, że nie będzie łatwo. Tytułowy mag zgodnie z zasadami iluzji plącze tropy, udaje, podrzuca fałszywe ślady i - jak się u Deavera łatwo domyślić - aresztowanie przestępcy w 3/4 książki wcale nie oznacza końca sprawy.

Inne tego autora:

Noc w mieście

Poziom: 1 * Moje miasto / 00:16:50

O 23:30 zobaczyliśmy okręcającą się dookoła słupka dziewczynę, uśmiechniętą, z uchem przylepionym do słuchawki telefonu. Prawie jednocześnie powiedzieliśmy: "Zakochana, zakochani muszą się wybiegać". Bo tylko zakochani i pijacy, jedyni naprawdę szczęśliwi, robią takie rzeczy w środku nocy.

04 listopada 2010

Mahna mahna

Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 22:55:30

Nienawidzę polskiej (i pewnie nie tylko polskiej) maniery, która każe czekać wieczność na koncert. Kończy się support, numer pt. "techniczny ustawia mikrofon" już nikogo nie bawi, ja się zaczyna irytować. Z przodu słuchać niespecjalnie kulturalne okrzyki, ponaglające Maksa do wyjścia, ziewam i myślę, że to ostatni raz, kiedy dałam się namówić, zamiast siedzieć w zaciszu własnego fotela. Po czym z przodu dobiega rytmicznie skandowane "Mhmm mhmm, mhmhhmhm, mahna mahna", co mnie wzrusza. Sam koncert jak koncert, głośno trochę.

A dziś zobaczyłam po prawie dwóch latach panią Inkę. Tęskniłam. Tyle że niesamowicie bolą mnie teraz plecy.

03 listopada 2010

Kartki z kalendarza

Poziom: 1 * Z fotkami / 23:30:14

Październik mimo zapowiedzi uśmiechniętej pogodynki, która z równym entuzjazmem anonsowała latem upały, a we wspomnianym październiku opady śniegu i aurę jak podczas epoki okołolodowcowej[1], okazał się być ciepły choć wietrzny, słoneczny i niesamowicie optymistyczny. I tak trochę znienacka zmienił się w listopad. I nagle z kolorowego ogrodu został ogród w dyskretnej palecie brązów, beży, kasztanów, ochry i zgaszonej zieleni. Owszem, gdzieniegdzie jeszcze wychyla się fioletowy czy fuksjowy marcinek, małe bratki czy subtelnie różowa jesienna róża, ale to taki pastelowy finał przed półroczem szarości i burości.

I nagle zachwyciła mnie hortensja. Miesiąc temu była kremowo-biała, powoli przechodząc w brązową taką ładną brązowością[2], a dziś to precyzyjna konstrukcja z brązowych płatków, przetykana subtelną koroneczką w kolorze ecru. Królowa wiadomo o, a poza tym czeka na zestaw pierścieni o średnicy 52 mm.





I nagle tak trochę siada mi samopoczucie. Nakręcam się negatywnie myślą o tym, że nagle się znajdę w środku beznadziejnej, szarej, zimnej i ciemnej rzeczywistości. Planuję w głowie, żeby polecieć w ciepło, ukraść kilka dni w złoto-błękitnym świecie ze świeżym jedzeniem. Ale kiedy siadam do komputera, żeby cokolwiek wyklikać, to nagle - jak Michnikowskiemu - to mija mi. Czemuż ach czemuż z Poznania nie można sobie polatać bez strasznych ceregieli?

[1] Za co miałam szczerą ochotę zrobić jej jakąś wysublimowaną krzywdę, bo profesjonalizm profesjonalizmem, ale mogła chociaż poudawać, że jej przykro.

[2] Taką, jaką zawsze sobie wyobrażałam pierwszą ładną sukienkę Ani Shirley. Ciepłobrązową, ze złotawym ciepłem gdzieś w dalekiej nucie.

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy