30 listopada 2009
Poziom: 1 * Oglądam / 23:21:35
Wiem, że słabe, ale nie mogłam się oprzeć filmowi, w którym Bruce Willis gra dwie role - starszawego policjanta i gładkiego androida z grzywką; oczywiście w obu rolach obrywa. Film należy tak trochę do hollywoodzkiego kina moralnego niepokoju, który poddaje widzowi pod rozwagę drażliwą kwestię, czy życie za pomocą androidów to będzie prawdziwe życie. Oczywiście tak podane pytanie zasługuje tylko na jedną odpowiedź: tak, życie wirtualne jest o wiele gorsze niż prawdziwe, ale ludzie są wygodni i jeśli bez wychodzenia z domu mogą przeżywać to, czego nawet wychodząc nie przeżyją, to w to wejdą za każdą cenę.
W przyszłości każdy będzie mógł mieć substytuta - spersonalizowanego manekina (oczywiście w ramach posiadanych zasobów finansowych), którego będzie mógł wysyłać do pracy, na randki i po zakupy, a samodzielnie leżeć sobie w fotelu z klapkami na oczach i kierować substytutem. Prawa biologii i fizyki trochę się zawiesiły, bo ludzie nie ruszający się od lat (poza wyjściem do toalety, a i to nie wszyscy) z foteli nadal są sprawni, szczupli i nie mają nawet odrobiny atrofii mięśni, a substytuty pozwalają na skakanie po dachach, pogonie za samochodami i prawie że bieganie po ścianach. I wszystko jest fajnie do momentu, kiedy okazuje się, że do tej pory bezpieczne chowanie się za substytutem bezpieczne już nie jest, bo zabicie substytuta smaży też operatora. Jak w "Szklanych pułapkach" dzielny policjant Bruce Willis ratuje świat. Z małą pomocą drugoplanowego grubego pizzożernego geeka. Zabawne, ale niekoniecznie wejdzie do klasyki świątecznej jak wspomniane "Szklane pułapki".
Wyświetl wpis
29 listopada 2009
Poziom: 1 * Z fotkami / 21:05:12
Lubię przeglądać czasopisma wnętrzarskie. Pasjami. Robię to z pełnym przekonaniem, że gdybym miała czas/fachowca/dom do mieszkania na czas remontu/nieograniczone zasoby finansowe[1]/nowe mieszkanie(*), to bym sobie tak wymyśliła, że mucha nie siada[2]. Siedzimy sobie więc w lokalu o dźwięcznej nazwie SPOT (SPOCie? SPOT-cie? ugh), TŻ kartkuje horror ze szkoły podstawowej ("Chłopcy z Placu Broni"), a ja przeglądam leniwie jakieś starszawe Elle Decoration z sesjami fotograficznymi loftów. Mam takie dwa tematy (poza zdjęciami wielkich i jasnych pomieszczeń), które szczególnie mnie w czasopismach bawią - koty i książki. Nic mnie tak nie rozwesela jak ambitny podpis pod zdjęciem "Kolekcja książek pani domu", pokazujący ładnie zaaranżowany niesymetryczny regalik na 50 książek. Domyślam się, że na potrzeby sesji raczej nie fotografuje się kilkutysięcznego księgozbioru, ale tak czy tak - zabawne. Koty - wiadomo, nic nie dodaje tak urody wnętrzu jak gustownie upozowane futro. Wracając do ad remu, przeglądam czasopismo, podśmiewam się z regaliku z kilkudziesięcioma książkami, zachwycam czarnym kotem na parapecie, ponownie zachwycam tym samym czarnym kotem, który tak na oko podąża przed fotografem i umieszcza się strategicznie dobranych miejscach. O, znowu parapet. O, znowu te same książki, co na poprzednim zdjęciu, mimo że to inny parapet. Nawet tak samo ułożone. TŻ złośliwie zauważył, że mogą być nawet sklejone na stałe. I przyniesione na sesję przez fotografa. Może nawet i kota przyniósł.
(*) Niepotrzebne skreślić.
[1] Przeglądam sobie kanapy w czasopiśmie. Wybieram najfajniejszą, składającą się z kolorowych klocków. 98 600 zł.
[2] Nie siada, bo zamontuję siatki w oknach. Taka jestem.
Wyświetl wpis
28 listopada 2009
Poziom: 1 * Maja * Z fotkami / 13:13:22
EDIT: Zwierzątek produkowanych przez Jellycat jest więcej i można dostać je w sklepach Anthropologie.
Wyświetl wpis
26 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 21:14:13
I co? Śmiałam się z ludzi, co zamawiają mleko sojowe do kawy i mnie pokarało. Szczęśliwie latte z soją nie jest aż tak straszna, jak się spodziewałam. Ba, nawet specjalnie się nie różni od latte ze zwykłym mlekiem. Nie spodziewałam się, że poznam Ekowiarnię od tej strony, ale poranek w miejscu, gdzie można powybrzydzać, zamienić masło na oliwę i zjeść fantastyczną sałatkę z tuńczykiem, jajkiem, kiełkami i musztardowym winegretem, to miły poranek. Wspominałam, że lubię wyjść z domu i usiąść w miejscu, gdzie są duże okna, kwiaty, ludzie, w głośnikach Enya (epizod z przeraźliwym coverem "Sound of Silence" pominę wzgardliwie), a wszędzie urokliwe detale.

I mała dygresja z tła. Lubię, jak język ewoluuje. Jestem wielką fanką pozyskanych z sieci sformułowań typu popadanie w szezlong i emitowanie się za kioskiem czy z takiego Wilq, że można zaliczyć totalny kompromis. Dziś wzruszyłam się nieledwie, będąc świadkiem scenki: Młody mężczyzna, szykujący się zapewne do lanczyku, dzwoni do kogoś. I sugeruje wspólną konsumpcję wytwornymi słowy: "A co powiesz na małe komsi komsa? A, ty już dzisiaj komsa? A co jadłeś?". Jestem marakuja, nie wiem, co powiedzieć.
Wyświetl wpis
23 listopada 2009
Poziom: 1 * Czytam / 23:57:53
No nie zachwyca, chociaż się dobrze zapowiadało po lekturze notki na okładce. Felietono-opowiadania o wizytach i pracy polskiej studentki w Krainie Wolności. Podróż grehoundem, upalny i brudny emigrancki Nowy Jork i "drajw" po pustyni, a na końcu pełna żalu spowiedź niani. Jak dla mnie za dużo blogowego "ja-ja-ja", za mało Ameryki. Niebezpiecznie przypomina mi "Delicje ciotki Dee" Teresy Hołówki, pełne narzekania, że Stany to small-talk, mikser do odpadów w kuchennym zlewie i brak Nocnych Polaków Rozmów. Złośliwostki na temat Polonii dają sumpt do zastanowienia się, czy aby nie warto byłoby nie zamykać się w getcie Polaków na obczyźnie (wiem, wiem, to trudne wejść od razu na głęboką wodę). Historię biednej niani, nie potrafiącej sprzeciwić się demonicznej amerykańskiej pani domu z nadczynnością higieny i kontroli, czytałam już w "Niani z Nowego Jorku", gdzie niania przynajmniej lubiła dziecko, którym się opiekowała. Zdaję sobie sprawę, że mam zupełnie inny punkt widzenia, bo za ocean poleciałam rekreacyjnie, z pewnym zapasem dolarów, pozwalającym na restauracje i spanie w hotelach, a nie do pracy i życia za minimum.
Formalnie do zarzucenia mam niechlujstwo. Zarówno autorce (konsekwentny brak wielkich liter w nazwach zespołów), jak i korekcie (liczne literówki). Irytuje.
Wyświetl wpis
21 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:52:53
Żal mam. Bo na Śródce nie ma już kawiarni i antykwariatu w jednym (a jak jeszcze był, to wizytę odłożyłam na ten "następny raz"). A to oznacza, że Ostrów Tumski i Śródka straciły jedyne miejsce, w którym potencjalnie można było napić się ciepłej herbaty. Dziś nie było tej herbaty koniecznie trzeba, bo 15 listopadowych stopni i słońce nie pozwalało na marznięcie, ale ubolewam tak bardziej pro publico bono, bo Śródka to taka pustynia. W przeciwieństwie do księżyca (gdzie może być wódka, panienki i hamburgery, ale impreza się nie udała, bo nie było atmosfery), jest atmosfera, ale nie ma nic poza tym. Można przejść się szczerbatymi chodnikami, obejrzeć coraz bardziej znikający stary Poznań...
... czy iść na jakiś niehitowy film do kina Malta. I to by było na tyle. A miejsce aż się prosi o zestaw klimatycznych restauracyjek i kawiarni, które wiosną mogą wysypać stolikami na chodniki i placyki, o zorganizowanie cotygodniowych jarmarków w okolicy kościoła, czy o ustawienie ławeczek, na których można usiąść. Zamiast tego są woniejące uryną bramy, śmieci na podwórkach, doklejone plomby, których mieszkańcy pewnie nauczyli się nie zauważać niczego poza własną klatką schodową.
A na dawnym moście Rocha kłódeczki. Jestem za.
Catspotting: 4 (jeden przyjacielski, jeden na progu domu, jeden z misją, jeden na parapecie).
Więcej zdjęć.
Wyświetl wpis
Poziom: 1 * Oglądam * Różne takie * Seriale / 21:34:30
Przede wszystkim mam żal, bo uwierzyłam w zasłyszaną bzdurę, że "HIMYM" to serial fekalny i mnie odrzuciło, przez co dopiero teraz do niego dotarłam. A szkoda, bo - mimo iż rozkręca się (jak "Scrubs") powoli - to uroczy, ciepły i zabawny (acz często niecenzuralny, ale czego spodziewać się można po serialu o podrywaniu i związkach) serial o przyjaźni piątki młodych nowojorczyków. Jaki stąd wniosek? Nie słuchać pokątnych bzdur.
W 2030 roku znany architekt Ted Mosby opowiada swoim dzieciom, w jakich okolicznościach poznał ich matkę[1]. W każdym odcinku pojawia się nowa historia, przybliżająca młodzież do tego momentu, kiedy ich rodzice się spotkali. Historie dzieją się głównie w malutkim mieszkaniu nad jednym z barów na Manhattanie, gdzie Ted mieszka najpierw ze swoim kolegą ze studiów, prawnikiem Marshallem i jego wstępnie narzeczoną, potem żoną - przedszkolanką Lily. Marshall jest dużym, pełnym ideałów dzieckiem, studiował prawo, bo chce ratować środowisko. Lily jest niespełnioną artystką z kilkoma nałogami i usiłuje wprowadzić w dorosłe życie swoich przyjaciół zasady, według jakich stara się wychowywać dzieci w przedszkolu. Robin, wielka miłość Teda, jest prezenterką telewizyjną, prowadzącą program w kiepskiej telewizji. Gra w hokeja, pali cygara i dobrą whisky, jest też z Kanady, co wiele wyjaśnia. Wszyscy przyjaźnią się z Barneyem, lokalnym bon vivantem, który nie przepuszcza żadnej napotkanej niewieście, pieczołowicie nie angażując się w związki, a podrywki spławiając o poranku w tak bezczelny sposób, że to podrywki go przepraszają za swoją nachalność. It's - jak to mówi Barney - legen... wait for it... dary!
Cztery sezony, piąty właśnie trwa, a pewnie da się pociągnąć i do szóstego, siódmego i ósmego. Mnie się bardzo.
[1] To jest ten jeden kawałek, który mnie w tym serialu frapuje - czemuż ach czemuż późnonastoletnie dzieci nie mają pojęcia, jak ma na imię ich matka i zadają co jakiś czas pytanie "To [tu wstaw imię żeńskie] to była nasza mama[2]?". Trochę #facepalm, ale może w aktualnie wyświetlanym piątym sezonie (lub może następnych) rzecz się wyjaśni.
[*] Śliczna epizodyczna rola Sarah Chalke (Elliot Reid ze "Scrubs"). Przy granej przez nią Stelli Ted wzbija się na wyżyny absurdalnego humoru, a większość scen z nimi jest powyżej średniej.
[2] Serial jest mistrzowski w kwestii dygresji i odwlekania tego, jak Ted poznał matkę swoich dzieci. W 1/3 piątego sezony dalej nie wiadomo.
Wyświetl wpis
19 listopada 2009
Poziom: 1 * Czytam / 22:49:30
W przeciwieństwie do poprzedniej, ta książka mi się spodobała. Katherine na początku studiów poznaje charyzmatycznego profesora Goldmana i zostaje uwiedziona przez jego sporą rodzinę. Jacob i jego żona, Jane, mają sześcioro dzieci i zaprzyjaźnionego biseksualistę - Johna Milleta. Goldmanowie są uroczy, bałaganiarscy i ciepło-rodzinni, wciągają do swojego domu tęskniącą za życiem Kath. John z kolei zapewnia jej wejście w dorosłość seksualną i kieruje do pierwszego poważnego związku. Po kilku kolejnych nieco bardziej doświadczona Kath wraca na łono rodziny Goldmanów, żeby znaleźć to, czego jej w życiu brakowało.
I to w zasadzie zostałoby mi z tej książki, gdyby nie jeden akapit, który mną szarpnął i mnie zabolał. I w ciąży, i już po narodzinach Mai czytałam od SIDS, ale sposób w jaki w kilku zdaniach została opisana historia niemowlęcia, sprawił, że mi się zrobiło słabo. Powinny być na książkach ostrzeżenia. Żeby młode matki nie czytały masochistycznie w kółko o jednym ze swoich największych lęków:
Anmjnłnz wą Fvzbarggn, cb hxbpunarw Obggvpryyrtb. Xvrql zvnłn cvęć gltbqav, cemrfcnłn abp. Olłnz m avrw gnxn qhzan, tql bohqmvłnz fvę b fmófgrw bobynłn m anqzvneh zyrxn, vż cbfmłnz boflcnć wą cbpujnłnzv. Qmvrpxb avr żlłb.
Inne tego autora:
Wyświetl wpis
18 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto * Różne takie / 12:24:07
Mijaliśmy ją przez lata w drodze na przystanek autobusu do miasta. Mieszkała (i mieszka) w okolicznym starym postpegeerowskim bloku, zwanym Manhattanem. Szczupła, z dość zniszczoną twarzą, trudno powiedzieć, ile ma lat (ale nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło, że jest młodsza ode mnie), często z mężem pod rękę. Zwykle palili papierosy. Przez jakiś czas miałam wrażenie, że jest w ciąży, ale nie widziałam jej potem z wózkiem, więc może mi się wydawało (albo stoi za tym jakieś nieszczęście). Zwracałam na nią uwagę głównie dlatego, że źle się czułam w związku z sytuacją sprzed kilku lat. Dość świeżo po tym, jak się wprowadziliśmy, zadzwoniła do drzwi, oznajmiła, że jest naszą sąsiadką i poprosiła o pieniądze na chleb, mówiąc coś o pogrzebie teścia, gościach, że nagła sytuacja. Teraz już nie pamiętam, czy rzeczywiście nie miałam gotówki w domu (możliwe, rzadko miewam), czy wyglądała na osobę, której brakuje do flaszki, a nie do chleba - dość, że nie "pożyczyłam". Trochę gryzło mnie to przez lata za każdym razem, kiedy ją i jej męża spotykałam.
Wczoraj zaczepiła mnie, kiedy szłam na spacer. I poprosiła o złotydziesięć, informując, że nie zamierza mi wciskać kitu, że to na chleb, bo tyle jej do paczki papierosów brakuje. Za 2 zł kupiłam sobie po latach czyste sumienie.
Wyświetl wpis
17 listopada 2009
Poziom: 1 * Czytam / 22:47:41
Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał.
To jedna z ładniejszych książek o tęsknocie. Każdy tęskni (no, poza Mimblą, która jest tam, gdzie chce być). Filifionka za poczuciem bezpieczeństwa. Homek za kimś, kto się o niego zatroszczy i przygotuje mu kawę. Paszczak chciałby fachowej pomocy kogoś, kto sprawiłby, że zniknie strach przed samodzielną nauką żeglowania. Wuj Truj za spokojnym miejscem, gdzie mógłby łowić ryby w strumieniu i nikt by nie chciał się nim na siłę opiekować. Włóczykij, trochę wbrew sobie, tęskni za Doliną, bo tam została letnia piosenka. Wszyscy idą do Doliny Muminków, miejsca, które zajmuje w ich wyobraźni najcieplejszą i najważniejszą pozycję, gdzie zawsze jest lato, pachnie bez, a w domu czekają mgliście zarysowani gospodarze.
Tymczasem w Dolinie nikogo nie ma - dom stoi pusty i zakurzony, w ogrodzie nie kwitnie bez, w potoku nie pływają stadami ryby, a na pomoście nie ma "Przygody", bo rodzina Muminków popłynęła pomieszkać w latarni morskiej. Goście są skazani na swoje towarzystwo i na uporanie się ze swoimi problemami samodzielnie.
Znajduję w sobie po trochu z każdego z nich. Jak Paszczak szukam wymówek, żeby nie uczyć się nowych rzeczy, a kiedy już dłużej nie mam pretekstu do odkładania, zamykam się w sobie. Nasila się to wszystko w listopadzie, kiedy jest ponuro, szaro, deszczowo, a za horyzontem czai się śnieg, sygnalizujący kilkumiesięczną wegetację. W tym roku jest lepiej.
Inne tego autora:
Wyświetl wpis
15 listopada 2009
Poziom: 1 * Oglądam / 23:22:02
Historia dwóch kobiet, które dzieliło kilkadziesiąt lat, ale dzięki gotowaniu i dobremu jedzeniu odkryły sens życia. Julia Child w latach 50-tych pojechała do Francji i spróbowała francuskiej kuchni, którą następnie pokazała Amerykankom (tym, które nie zatrudniały kucharek, oczywiście) w formie książki i cyklu programów. Współczesna Julie Powell zaczęła pisać bloga o gotowaniu potraw z książki Julia Child (ponad 500 przepisów w 365 dni) dla odreagowania nudnej i stresującej pracy jako sekretarka w agencji rządowej. I aby wreszcie coś w życiu osiągnąć.
Bardzo miły film o gotowaniu i blogowaniu, doskonały na jesienny wieczór z herbatą. Ładne wnętrza, trochę francuskich i nowojorskich pejzaży, pełen przegląd utensyliów kuchennych. Po obejrzeniu nabrałam ochoty na przeczytanie obu książek - i kucharskiej sprzed lat, i biograficzno-blogowej. Oraz na kupienie ślicznego naczynia do gotowania i pieczenia. Niestety jednocześnie jest to film bardzo słaby i irytujący. Afektowany głos Meryl Streep przypomina mi starą gdaczącą kurę i nie bardzo rozumiem, jaki był cel zmuszenia jej do mówienia w ten sposób. Sceny z Julią Child męczyły mnie przez to okrutnie. Wielkie wyzwanie, jakiego podejmuje się XXI-wieczna Julie, może wyzwaniem było w roku 2002; teraz bloga ma byle chłystek, co nie boi się powiedzieć "ni" do starej kobiety i zadęcie "ojej, co powiedzą czytelnicy mojego bloga! będą rozczarowani" budzi politowanie. Egocentryczna Julie, rzucająca naczyniami, bo jej nie wyszła galareta i robiąca awanturę mężowi jest jedynie smutna, a nie zabawna. Kręcenie filmu o tym, jak ktoś bloguje... cóż, to nie jest bardzo porywające, jak się patrzy z boku.
Za to aktor grający rudego kota - świetny!
Wyświetl wpis
14 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:29:00
Niespodziewanie wysypało piękną, ciepłą, złotą jesienią. Taką żywcem wyjętą z października. Miałam w planach zawieźć córkę na pierwszą wielką wyprawę do IKEI, niech się dziecko uczy, co w życiu jest ważne, ale w zestawieniu ze słońcem, zapachem dymu w powietrzu, lekką mgłą, pachnącą ziemią, a i pewnie słomą zgnitą i liściami mokrymi, wybrałam miejsce, gdzie trzaskają migawki aparatów, a ludzie w wieku dowolnym pozują do zdjęcia (i na naszą-klasę, patrząc na niektóre sesje, jakie się w parku Wilsona odbywały[1]). Z uśmiechem, mimo że na co dzień się nie uśmiechają.

Lubię liście pod stopami. Koronkę gałęzi nad głową. Łagodne światło zachodzącego słońca zza mgły. Zieleń egzotycznych roślin wyglądające zza zaparowanych szyb Palmiarni. I domy otaczające park. Łazarz - Matejki, Grottgera, Skryta to jedne z piękniejszych ulic z kamienicami. To jedno z miejsc, gdzie może czeka wielki, wyremontowany, wysoki i jasny apartament dla mnie. Z dużym balkonem, ewentualnie ze schodami na poddasze, wielką słoneczną kuchnią, oknami o niskich parapetach, żeby można było siedzieć z książką i kotem na kolanach i patrzeć na pobliski park. Tak, znowu zainwestowałam w Lotto, mimo że cena kuponów skoczyła, a zyski są jak przed podwyżką. Czyli wiadomo jakie.
Miłym efektem ubocznym parku była kawiarenka "Siedem kontynentów" za Palmiarnią. Gablotki z motylami, klatki z drącymi dzioba papugami, palmy i paprocie wysokie na kilka metrów, afrykańskie figurki, peruwiańskie dzbany i klimat wilgotnego lasu tropikalnego, czyli to, co zziębnięte tygrysy lubią najbardziej. No musiałam to latte, no.

[1] Rodzice dzieciom. Koleżanka koleżance (i vice versa, również z rozbieraniem się do dekoltu i wdzięcznym wyginaniem się na okolicznościach przyrody). Bba, koleżanka dwóm koleżankom, malowniczo przyodzianym w suknie balowo-wampirze (acz bez makijażu), które na polecenie fotografującej się śmiały. Panie, nie suknie. Głośno. Może ktoś im powinien objaśnić, że nie będzie na zdjęciu słychać?
Wyświetl wpis
12 listopada 2009
Poziom: 1 * Oglądam / 21:23:06
Normalnie powiedziałabym, że dialogi niedobre. Ale tutaj jak raz dialogi są dobre, za to całość filmu nie ma sensu. Ba, "nie ma sensu" to jest delikatny eufemizm na "ojp, o co tu chodzi". Niestety, podejrzewam, że nie chodzi o nic. Nie da się jednocześnie nakręcić dobrego filmu, który będzie z jednej strony romantyczną obyczajówką o spotkaniu pięknej acz drętwej Luny i ciapowatego kompozytora oratoriów (Kostek, bardzo zakamuflowana aluzja; do tego siostrzeniec Ojca Dyrektora, grany przez pierwszego amanta polskiego filmu), z drugiej komedią, parodiującą i pewne religijne radio, i ruchy genderowo-lesbijskie, z trzeciej - jakimś psychodelicznym wielowarstwowym thrillerem dziejący się w zakładzie dla psychicznie chorych, sugerujący, że wszystko się dzieje w głowie głównego bohatera. No da się technicznie, ale wychodzi z tego gniot. Ten film jest tak wszechstronnie zły, że aż boli. Mężczyzna z makijażem udaje kobietę, ale tak naprawdę jest mężczyzną. Dwie panie kąpią się w wannie i oblizują obmazane pianą stopy. Trzecia pani w ramach prezentacji wyuzdanego pożycia intymnego na potrzeby filmu czochra się o owoce, wątróbkę i inne artykuły spożywcze. Konsekrowane dziewice idą na szczudłach do Częstochowy. Prezenter TV zbiera plastikowe kupy. Daniel Olbrychski, przebierający się za gejowskiego manikiurzystę czy futurystycznego psychiatrę-eksperymentatora jest już na tym tle po prostu smutny.
Co mnie rozśmieszyło - goły Wojewódzki. To było zabawne. Trochę mało.
Wyświetl wpis
11 listopada 2009
Poziom: 1 * Różne takie / 21:49:50
Dzień jak co dzień. Najpierw Zawilcowa, potem albo Wiosenna, albo Promienista (Bajkowa jeszcze rokuje, bo ma asfalt). Na ramieniu zawieszony aparat. Zaczepił mnie stojący pod jednym z domów mężczyzna z plecakiem. I zaskoczył propozycją, że zrobi mi zdjęcie. Podziękowałam, że nie (strasznie ubawiłam argentyńskich kontrahentów swoim pewnym "No, gracias"; uznali, że przeżyję sama w krajach latynoskich) i zwiałam. Sama się sobie dziwię, przyznam. Miałabym zdjęcie.
Wyświetl wpis
09 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 00:07:38
Jeden po drugim znikają ogrody. Botaniczny zamknięto w październiku. Dendrologiczny chyba też, a przynajmniej nie jest czynny w weekendy. Jakby było gdzieś wesołe miasteczko, to w tej chwili ktoś by rozmontowywał karuzelę, chował katarynkę i zwijał sznur z lampionami. Przez mgłę jest już szaro o 3 po południu. Na Sołaczu pustawo, za to wielkie wille nabierają demoniczno-gotyckiego uroku, pogłębianego przez stada ptaków krążące jak u Hitchcocka (realizm ratuje trzeźwy komentarz młodego człowieka z parku, objaśniającego dziewczynie, że tu niedaleko jest wysypisko śmieci). We Francuskim Łączniku zacisznie i domowo, szkoda tylko, że asortyment zawęził mi się do kilku ciast i pasztetów.
Chyba wyciągnę z półki kolejną książkę i dorzucę na rosnący stos napoczętych. Bo ciągle czytam, tylko nie mogę dotrzeć do ostatniej strony. To ta listopadowa schyłkowość?
Wyświetl wpis
06 listopada 2009
Poziom: 1 * Moje miasto / 17:29:12
Osiedlowe i wiejskie sklepiki mają to do siebie, że trzeba się napracować jak koń w trakcie westernu, żeby do nich wleźć z wózkiem[1][2], bo są przeraźliwie wąskie, a drzwi albo się zacinają, albo otwierają w niewłaściwą stronę. W każdym razie, słoneczko na spacerze przygrzało, człowiek nie wielbłąd, napić się musi. Long story short, po mojej krótkiej walce z drzwiami, pomógł mi je otworzyć młodzian w wieku przedpoborowym ze straszliwym przypadkiem acne vulgaris na twarzy, koczujący pod sklepem. Kupiłam jak zwierzę wodę i papierek, określany przez moją teściową jako podatek od głupoty[3], pakuję rzeczy do torby i słyszę, jak wspomniany wcześniej młodzian szeptem winszuje sobie artykuły tytoniowe, a sprzedawca wprawdzie mu odmawia ze względu na wiek (tu sobie myślę "oby tak dalej!"), po czym niedwuznacznie daje do zrozumienia, że sprzeda, jak ktoś dorosły (tu skinięcie głową w moją stronę) mu je kupi (tu już mi opadło). Młodzian jednakowoż z tych nieśmiałych albo drażliwych (myślicie, że nie powinnam mówić "dziękuję Ci, młody uprzejmy człowieku"?) i wybrał taktyczny odwrót.
Ubawił mnie też dziś listonosz. Wprawdzie bez trądziku, ale też młody. Zaanonsował, że ma polecony dla TŻ, po czym przez dłuższy czas szukał na liście miejsca, gdzie się mogę podpisać, a nie znalazłszy, oznajmił, że długopisem mu nie pozwalają dopisać, więc mimo że jestem w domu i nader chętnie podpiszę, to on nie może i wróci w poniedziałek. Wrócił jednak wcześniej, bo zorientował się, że może mi zostawić bez podpisu, skoro lekkomyślnie poprosiłam o zostawianie poleconych w skrzynce...
[1] Tutaj przekazuję serdeczne "pocałujta w dupę wójta" dla tych wszystkich, którzy odmawiają matkom z wózkiem wstępu do supermarketów, każąc im dokonywać zakupów w osiedlowych sklepikach.
[2] Za opcję, że zostawiamy wózek przed sklepikiem, a z opatulonym w kombinezonik dziecięciem na ręku dokonujemy machinacji portfelowo-zakupowych, podziękuję do czasu aż nie wyrośnie mi czwarta ręka.
[3] Od głupoty i nieznajomości statystyki. Ale moja wiara w te 17 milionów to jednak czyni cuda.
Wyświetl wpis
05 listopada 2009
Poziom: 1 * Z fotkami / 18:22:45
Ludzie się do siebie nie uśmiechają. Unikają kontaktu wzrokowego. Mijam te same osoby z wózkami, mimo mojej kaprawej pamięci do twarzy zaczynam rozpoznawać (nie bójmy się przyznać, głównie po paletk^Wwózkach rozpoznaję), krzeszę z siebie uśmiech. Bez odpowiedzi. Nie zależy mi na kontakcie; leniwe spacery z Mają, podczas których śpiewam jakieś zapamiętane na dnie pamięci urywki Młynarskiego, Pidżamy Porno czy "Piątków z Pankracym", nie czując zupełnie siły karcących spojrzeń przechodzących pań o zaciętych ustach, uśmiecham się i opowiadam jej o mijanych domach, kotach, dyniach i o tym, że właśnie wjechałyśmy kółkiem wózka w psią kupę, są kojące. A Maja umie słuchać. Chyba że akurat śpi.
PS Okrutnie mnie bawi pojawiająca się tu i ówdzie akcja "One Photo Per Day". Że aż przez miesiąc codziennie zdjęcie jedno. Złośliwie sobie czasem wchodzę i patrzę, po ilu dniach się skończyło. W tym roku nie robiłam zdjęć, kiedy byłam chora, zmęczona albo przepracowana. Zwłaszcza zimą. Wiem, idea OPPD jest nieco inna i w oryginalnym ujęciu ciekawa, ale na prowadzenie uhmtego bloga to ja już trochę nie mam czasu.
Wyświetl wpis
01 listopada 2009
Poziom: 1 * Z fotkami / 21:57:08
... to niestety okazuje się, że jest ta paskudna pora roku, kiedy słońce o poranku oznacza, że będzie przy tym niesamowicie zimno i wietrznie. Koty domagają się na balkon, po czym patrzą na mnie jak na wodorost, kiedy okazuje się, że drzwi nie prowadzą do lata. Po co mi zwiewne jedwabie, dekolty i subtelne ażury? Przeglądam stare - z innej epoki, bo sprzed kilku miesięcy - zdjęcia. Ze światłem i kolorami. Bo za chwilę zacznie się już tylko buro i szaro.
Z tyłu za wsią spotkaliśmy małego, grubego acz nieco brudnego kotka, który z wielkim lamentem biegł za nami przez pól spaceru, ocierał się, zostawiał zarazki i ogólnie był przeraźliwie na tak, zanim nie zniknął pod jedną z bram, koło których przechodziliśmy. Ciężko być małym kotkiem, jak jest zimno.
Wyświetl wpis