29 czerwca 2009

Pod drzewem cytrynowym

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 22:40:58

To takie trochę nadużycie semantyczne, bo w poznańskim ogrodzie dendrologicznym cytrusowców raczej nie znalazłam (acz migdałowca mają przy samym wejściu, jak raz miał owocowe zalążki), ale to bardzo miłe, pachnące i zielone miejsce przy samej przelotówce, którą jeździłam przez ostatnie kilka lat mniej więcej co drugi dzień i za każdym razem myślałam, jakby to miło było iść do ogrodu zamiast za biurko.

W środku pusto (dziewczyna z książką i starsza pani bez książki), cieniście, czasem kolorowo i leniwie. Ogród nie jest duży, ale wystarcza na godzinny spacer w tempie artretycznego żółwia. Z zadyszką. Czyli coś dla mnie. A potem można iść na tartę do "Francuskiego Łącznika"[1] na Sołaczu.

Więcej zdjęć

[1] Wadą rozwiązania jest brak toalety we "FŁ", na podwóreczku mają tylko toitoi-a, a to jest pewien hardcore, zwłaszcza latem.

Janwillem van de Wetering - Siła wyższa

Poziom: 1 * Czytam / 12:07:45

Kawałek Amsterdamu w pigułce. Dwóch policjantów - starszy, żonaty Grijpstra i młodszy, kawaler mieszkający z syjamskim kotem, de Gier, jeżdżą, chodzą i biegają po amsterdamskich zaułkach, a żeby nie było nudno, to i pływają po kanałach i zalewach, których w Amsterdamie i okolicach nie brakuje. W jednym z domów nad kanałem, siedzibą szemranej niby-hinduskiej fundacji, znaleziono zwłoki powieszonego właściciela. Jak to w Amsterdamie, musi chodzić o narkotyki. W śledztwie pomaga sympatyczny Papuas, pracujący w Nowej Gwinei jako policjant, a w Amsterdamie jako ochotnik służby drogowej. Bardzo przewrotna pointa, dużo gorzkich słów na temat holenderskiej moralności i konsekwencji wprowadzenia na rynek lekkich narkotyków.

Poza silną chęcią przeklikania sobie na mapach google'a miejsc z tego kryminału (i oczywiście przejścia nimi podczas następnej wizyty w mieście depresyjnego tulipana), bardzo lubię interakcje między dwoma policjantami i dość nieortodoksyjny sposób prowadzenia śledztwa. A to pójdą zaprzyjaźnić się z mogącymi pomóc w śledztwie świadkami i grzecznie uczestniczą w libacji alkoholowej, a to podczas spożywania kolacji w jednej z restauracji wdają się w pościg za przypadkiem rozpoznanym podejrzanym, a potem muszą zostawić solidny napiwek, żeby następnym razem właściciel ich obsłużył. A to młodszy w ramach przesłuchania byłej żony denata odkrywa, że bardzo łatwo jest się zaprzyjaźnić z atrakcyjną eks-wdową na płaszczyźnie rodzinno-erotycznej, ale znacznie gorzej miło zapowiadający się związek utrzymać, bo piękna pani nie lubi kotów (a syjam Oliver jednak jest ważniejszy niż jakaś podrywka, punkt dla młodego de Giera). A to obaj zaczynają grać na znalezionych w domu świadka instrumentach, a do wspólnej sesji dołącza się świadek (na końcu tylko brakuje, żeby padli sobie w ramiona i wyznali piękną męską miłość). Doświadczony życiowo Grijpstra woli spędzać czas nad kanałem, usiłując wędkować, zamiast słuchać marudnej małżonki, która nie da mu się w spokoju ogolić (a jak wiadomo, golenie dla mężczyzny rzecz ważna) i zabrania mu używać drogiego kremu do golenia. Ważną kwestią jest wielkość kieszeni w ubiorach obu policjantów, którzy w sobotę muszą wrócić po notes z adresami, który nie mieścił się do "weekendowej" przyodziewy.

Kryminał pochodzi z 1975 roku i mam wrażenie, że sporo od tego czasu w Holandii się zmieniło. Z miejsca niebezpiecznego i zagrożonego masową przestępczością (acz pełnym tolerancji dla mężczyzn z partnerami oraz wolnych związków), pojawiło się kolorowe i spokojne miasto (oczywiście, to moja weekendowa projekcja).

Z zupełnie innej beczki - na jednym z ostatnio znalezionych blogów wpadła mi w oko taka amsterdamska okolica.

22 czerwca 2009

Po deszczu

Poziom: 1 * Różne takie / 22:36:24

Wychodzą ślimaki. Najpierw tłumnie przy płotku, oddzielającym trawnik od chodnika. Potem coraz mniej w miarę zbliżania się przeciwległego krawężnika. Coraz więcej zdeptanych skorupek. Głośno zastanawiam się za każdym razem, co je gna. Zieleńsza trawa po drugiej stronie osiedlowej drogi? (frajerzy, krzaki po tej stronie znacznie lepsze niż rachityczna trawka). Na widok kolejnego zdeptanego truchełka rzucam "Tooo był moooment". TŻ kwituje "Wiesz, living on the edge, te sprawy".

21 czerwca 2009

Drugie dno zakazów

Poziom: 1 * Różne takie / 15:45:50

Kupiliśmy suszarkę. Po dwóch tygodniach nie wyobrażam sobie życia bez, albowiem odpadło mi (lub TŻ-u) wieszanie prania, czyli mozolne wleczenie mokrej przyodziewy na balkon bądź do biblioteki, a potem czekanie, aż wyschnie, co w przypadku zimy bądź mokrego lata trwa wieki. Niezaniedbywalną zaletą jest też wyjmowanie prania nieokłaczonego, mięciutkiego i ciepłego, które od razu można włożyć do szafy bez kombinowania. Do tego dostałam kolejną instrukcję obsługi, z której po wnikliwej lekturze wynika, że czasy templariuszy, u których z zakazów można było wiele wyczytać, nie minęły. Suszarka bierze, wiruje i dmucha ciepłym powietrzem, a gorącą wodę, co ją wydmucha, gromadzi w pojemniku. Wzruszyłam się niezmiernie, czytając, że woda z tego pojemnika nie służy do picia.

20 czerwca 2009

Ratajczaka, Poznań

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 11:09:52

Irytuje mnie powstanie kolejnego banku w miejscu, gdzie chwilę wcześniej (i jeszcze kilka chwil w przeszłość) było miejsce, w którym karmili. Nie byłam specjalną fanką Cafe Głos, acz zdarzało mi się tam pójść na herbatę i ciacho. Nie byłam specjalną fanką Fudo, które powstało po remoncie, acz zdarzało mi się tam zjeść jakiś obiad. Mimo to prestiżowy lokal dla VIP-ów jakiegoś banku mnie irytuje. Ale ja nie o tym. Pozytywną zmianę odkryłam, kiedy zaczęto remontować śmieszny ukośny sklep (z butami) na rogu 27. Grudnia i placu Wolności. Śmieszny, bo zajmował tylko kawałek narożnika budynku, reszta była otwarta i pozwalała na przechodzenie pod kamienicą. Spodziewałam się oczywiście kolejnego banku, bo tego przecież nigdy nie za mało w centrum (gdzie nie można parkować i dla wszystkich pracujących w normalnych godzinach centrum wypada przeraźliwie nie po drodze), ale zamiast tego jak jaskółka pojawiła się kawiarnia da Vinci. I po szybkim rzucie oka okazało się, że na małym - długości jednej przecznicy - kawałku powstało małe a sympatyczne zagłębie knajpiane. Od najstarszej chyba spageterii Piccolo, którą znają wszyscy studenci, bo to jedno z niewielu miejsc w Poznaniu z formułą "all-you-can-eat" (za 20 zł można dostać 5 porcji, przy czym dwie starczają na dużego chłopa). Zamiast pseudochińskiego fastfooda powstało przyjemne bistro rybne Fisheria, gdzie dają świeżą rybę, a jedyną wadą jest to, że przez resztę dnia czuć z odzieży, co się jadło. Krok obok - niby fastfood, ale z bardzo dobrym jedzeniem - grecka przekąskownia Meze (i mały sklepik, gdzie można dostać halumi, grecki miód, oliwki, dżemy czy oliwę). Po drugiej stronie ulicy Sprytna kuchnia z ratunkiem dla tych, którym się nie chce robić obiadu. Za skrzyżowaniem ze Świętym Marcinem jest już gorzej, bo jednak więcej banków, ale zaraz obok jest Pasaż Apollo z kilkoma restauracjami, Głośna Samotność i Greenway na Taczaka.

Widok na bibliotekę Raczyńskich z Meze.

16 czerwca 2009

Janusz Płoński, Maciej Rybiński - Góralskie tango

Poziom: 1 * Czytam / 23:05:14

Teraz cały wysiłek, jaki kibic wkłada w uczestniczenie w zawodach Formuły 1 bądź analogów, to zwykle konieczność wczesnego wstawania, żeby obejrzeć wyścig na płaskim monitorze o odpowiednio dużej przekątnej. W 1978 roku, kiedy wyszło "Góralskie tango", można było sobie o tym jak przebiega wyścig (i to raczej ten polski, a nie jakiś wyuzdany Monte Carlo czy inny Paryż-Dakar) przeczytać po jakimś czasie w czasopiśmie bądź posłuchać w radio, a i to niekoniecznie. Wyścig też jest dość przaśny - żeby uruchomić niektóre klasy pojemności silnika, na listę uczestników wciągane są prywatne samochody i kierowcy, których jedyną zaletą jest to, że w ogóle wystartują. Kiedy szlag trafia miskę olejową w jednym z rajdowych aut, rajdowcy przekupują lokalnego właściciela warsztatu, żeby wymontował potrzebną im część z oczekującego na naprawę auta sekretarza, którego się i tak nie da naprawić (auta, nie sekretarza), bo nie ma innych potrzebnych części. Nagrody w rajdzie to też gratka, ponieważ za pierwsze miejsce przysługiwał puchar Automobilklubu i komplet najnowszym opon, za za drugie - komplet pokrowców na siedzenia i kierownicę ("A tu widzę, że było się o co ścigać. Takie porządne pokrowce, panie, na lata. I to futro, panie, na kierownicę, żeby się ręce nie ślizgały. Takiego to nawet hrabia Potocki z Łańcuta nie miał. - Podoba się panu? - spytał Piekarski. - Panie Eugeniuszu, toć ja musiałbym oczu nie mieć, żeby mnie się to nie podobało. Takie różowe, ulubiony kolor mojej ślubnej"), a za trzecie - pasek antystatyczny.

Wyścig odbywa się w okolicach Zakopanego, na trasie co jakiś czas pojawia się pijany góral. I to on jest pierwszym podejrzanym, kiedy jeden z samochodów nie dojeżdża do końca zamkniętego odcinka specjalnego, a następnie zostaje znaleziony rozbity na zboczu góry. Potem podejrzanych jest więcej, bo jeden z dziennikarzy przegrywa nieswoje pieniądze na wyścigach, jeden z kierowców bierze mnóstwo pieniędzy od swojego sponsora-badylarza na pokrycie tajemniczych długów, żona opuszcza drugiego kierowcę po awanturze, jaką ten zrobił odkrywając, że połowica się puściła z jednym z pilotów. Milicja jednakowoż jest dość mało aktywna i oprócz robienia za narratora nie odkrywa tajemnicy. Trafia na nią przypadkiem jeden z uczestników rajdu, redaktor Dymek.

Ubolewam, że nie jestem w stanie rozpoznać żadnego z bohaterów książki, bo podobno byli znani. Niestety, w 1978 roku miałam małe rozeznanie w kwestiach rajdowych, prędzej w okolicach krokodyla Gieny czy misia Puchatka.

Ponieważ PRL-owskie kryminały miały misję (jak dziś publiczna telewizja) "bawiąc-uczyć", można się dowiedzieć na przykład tego, że polski przemysł zapałczany współpracował z monopolowym i pudełko zapałek postawione pionowo obok standardowej szklanki (tej takiej do koszyczka) oznaczało 100 g wódki, a 50 g i 25 g odpowiednio na niższym boku i na płasko. Bardzo wygodne do spędzania czasu w pracy. Podobnie cenną nauką była obserwacja, że ładne panny z hotelowego salonu piękności będą wolały w negliżu pobaraszkować ze znanymi rajdowcami i dziennikarzami, którzy w ramach igraszek oblepią biust panny pożądaną przez młodzież naklejką Castrol niż czekać, aż jakaś fanaberyjna mieszkanka hotelu zawinszuje sobie strzyżenie czy manicure (nie oszukujmy się, kto w PRL-u jeździł po hotelach).

PS PRL 4/4 jeszcze będzie, ale to trudny kryminał i nie wiem, jak ugryźć.

15 czerwca 2009

Palladyni

Poziom: 1 * Czytam / 22:26:50

Może błędem było czytanie książki teraz, skoro jej nie przeczytałam w wieku lat nastu? Głęboki rozczar, ale w większości zrzucam go nie na swój wiek i lata czytania słabych i słabszych książek, a na to, że "Palladyni" są kiepsko napisani. Emocjonalna formuła (pseudo) pamiętnika "tu i teraz", która dobrze sprawdzała się w "Słonecznikach", została zarzucona na korzyść strumienia świadomości, pisanego z pozycji wszystkowiedzącej i mającej przetrawiony przez lata ogląd na rzeczywistość, dojrzałej i życiowo doświadczonej Lilki. Nic mnie tak nie irytuje w książkach, jak wszechwiedzący narrator, który zajmuje się przede wszystkim wyjaśnianiem z perspektywy, że rzeczy WTEDY były zupełnie inne niż się wydawało, a bohaterka była głupia, bo tego nie zauważyła. Czyta się przeraźliwie ciężko.

Treść płaska - Lilka w wielu słowach i na wielu kartkach opisuje, jak ją wyrzucili z ZMP i jakże to zmieniło jej życie (przy czym bynajmniej nie wiadomo, jak, bo opisuje to chwilę po wyrzuceniu i nie wiadomo, co będzie dalej, poza tym, że Wszystko Będzie Inaczej). Kilka historyjek ze studiów, dużo smętnych rozważań na temat socjalizmu, kolejne pokręcone i w zasadzie nieopowiadalne przeboje miłosne osoby, która za bardzo nie może się na nic zdecydować, a potem zostaje na lodzie (pech, naprawdę). Ciężko mi współpracować mentalnie z bohaterem, którego mam ochotę kopać w tyłek za wyjątkową głupotę.

14 czerwca 2009

Narzeczona dla księcia

Poziom: 1 * Oglądam / 23:18:29

Mam zachomikowany cały zestaw filmów, do których muzykę napisał Knopfler. "Princess Bride" jednakowoż nie zachwyciła mnie. Przyjemne rycerskie fantasy z przymrużeniem oka o tym, jak dzielny parobek Wesley podąża za przeznaczeniem i w końcu odzyskuje swoją ukochaną (i oczywiście piękną) Buttercup. Przyjemnie tekściarskie, niezły zestaw aktorów (Mandy Patinkin, Billy Crystal czy Robin Wright), ale chyba wyrosłam z czasów "Labiryntu".

Człowiek to się nie rozerwie

Poziom: 1 * Moje miasto * Z fotkami / 23:10:37

Albowiem jak się w mieście nic nie dzieje, to się nie dzieje. A jak się dzieje, to jak raz jestem Zupełnie Gdzie Indziej. Wczoraj przez cały dzień Poznań pokazywał swoje alternatywne oblicze w ramach Urban Legend (zwłaszcza polecam dział Legendy, szersza recenzja w artykule w Głosie Wielkopolskim), okrutnie ubolewam, że nie zdążyłam wrócić na koncert Gracjana R. (ale nie oszukujmy się, ON wróci). Dodatkowo w zajezdni tramwajowej na Gajowej odbywał się plener, mogę tylko posiorbać sobie oglądając zdjęcia. Dzisiaj już tylko zostały strzępki wczorajszej instalacji "Grawitacja" (tamże artykuł):

Na Rynku Jarmark Świętojański. Co roku cieszę się, że jest, bo to dobry kierunek, w którym powinna iść poznańska starówka co weekend. Niestety, na razie więcej jest zwyczajowego badziewia (wiatraczki, korale z metra czy świątki ze sztancy) niż lokalnych wyrobów. Bardzo obiecujące stoisko z pajdą chleba, na chlebie można smalec, ogórki, lokalną kiełbasę i inne dobra. I słońce, dawno nie widziałam w Poznaniu aż tyle.

12 czerwca 2009

Dobry pan

Poziom: 1 * Różne takie * Z fotkami / 16:53:27

... kupi mi fotel na balkon, żebym mogła siedzieć z kotami i laptopitkiem na kolanach jak biały człowiek.

A przy okazji znalazłam komody, które są nie dość, że z drewna, to jeszcze mogę sobie wybrać kolor, żeby mi pasowały do łóżka w sypialni. I zmieszczą mi się trzy tam, gdzie mam w tej chwili jedną rozwalającą się z black-red-white'owej płyty. Cena dość nieprzyzwoita, ale łażę za komodami od ponad pół roku i już mi się znudziło.

Szlag by strony oparte na ramkach. To takie XX-wieczne.

Lie to me (debiuty)

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 10:29:07

Połączenie "House'a" i "Wzoru" - specjalista od mimiki i języka ciała pomaga policji w wykrywaniu kłamstwa u świadków i podejrzanych. Ponieważ większość kłamie, a dr Lightman (świetny, choć dość manieryczny Tim Roth) umie czytać w ludziach jak w otwartej książce, w każdej sprawie wychodzi na jaw prawda (niekoniecznie mile widziana). Drugoplanowo pojawiają się współpracownicy Lightmana (latynoska eks-celniczka z naturalną umiejętnością czytania w ludzkim zachowaniu, psycholog z problemami w życiu osobistym i asystent nie umiejący kłamać) z interakcjami między sobą. Niespecjalnie wciąga jako serial, każdy odcinek to odrębna sprawa, ale przyjemnie się ogląda. Jako wisienka na torcie - do pokazywania emocji dr Lightman często używa zdjęć, zwykle dość znanych osób - polityków, aktorów, sportowców, w znanych sytuacjach - jako ilustracji ogólnoludzkich wyrazów twarzy - kłamstwa, frustracji, wstydu czy zażenowania. Zabawne.

Dollhouse (debiuty)

Poziom: 1 * Oglądam * Seriale / 09:44:32

Ogląda się niemęcząco, bo i trochę sf, dużo kryminału i sensacji, a do tego scenariusz specjalnie pisany dla głównej aktorki - Echo (i jednocześnie producentki), żeby mogła się trochę poprzebierać, błysnąć ciałem i w odpowiednich miejscach znacząco powydymać wargi. Miałam duży kredyt zaufania, jako że większość scenariusza napisał Joss Whedon; niestety "Firefly" to to nie jest. Całkiem przyzwoity serial o najemnikach różnego typu[1], dodatkowo o tyle wygodnych, że po całej akcji mają resetowaną pamięć i wracają do stanu szczęśliwego warzywka (nie ma problemu z wyrzutami sumienia, nie ma PTSD, poprzednie doświadczenia nie wpływają na następne akcje, chyba że je sprytny operator komputera wszczepi do karty z osobowością). W tle całego sezonu przemiata się problem pierwszego nieudanego eksperymentu, Alphy, który z rozchwianą osobowością uciekł z Domu Lalek i gdzieś tam sobie z zewnątrz na niego czyha oraz śledztwo upartego policjanta, usiłującego odnaleźć dziewczynę, która aktualnie jest lalką o nazwie kodowej Echo.

Kilka odcinków przypomina ideą "Modyfikowany węgiel" Morgana, gdzie można robić okazjonalne "zrzuty pamięci" do zewnętrznego nośnika i w razie wypadku, choroby bądź morderstwa kontynuować życie w innym ciele (czyimś bądź klona trzymanego w przestronnej chłodni na wszelki wypadek). Obiecujący kierunek, ale raczej poboczny w serialu.

[1] Zaczynając od wszczepionej osobowości specjalistki od włamań na ekskluzywnej call-girl w koronkowych podkolanówkach kończąc (przy czym to ostatnie co najmniej podśmiarduje etycznie i serialowa rzeczywistość bynajmniej tego nie usprawiedliwia). "Ciał" do wynajęcia jest więcej, są i panowie, więc dla każdego coś miłego.

07 czerwca 2009

X-Men Geneza: Wolverine

Poziom: 1 * Oglądam / 11:54:02

Nie oszukujmy się, tu nie akcję chodzi, tylko żeby popatrzeć na ładnie umięśnionego i przyzwoicie zarośniętego na twarzy Hugh Jackmana, który nie jest specjalnie dobrym aktorem, ale dobrze wygląda. Całkiem składnie doklejony motyw naturalnej mutacji, jaką miał mały Rosomaczek, do wzmocnionej super metalem postaci znanej z późniejszych (wcześniejszych filmowo) X-menów. Fajna brunetka, dużo naparzania się, wybuchów i spektakularnych rozwałek dużych budynków.

06 czerwca 2009

Czterej muzykanci z Bremy

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 18:18:17

Smutna prawda jest taka, że żeby gdzieś pojechać, to trzeba mieć jakikolwiek punkt zaczepienia. A to zabawną nazwę (jak w przypadku Huya), a to coś do jedzenia (jak Morbier, Dijon czy innej Goudy), a to – jak tutaj – jakiekolwiek skojarzenie. Jakby nie to, to bym Bremę ominęła, a szkoda, bo bardzo stara i ma kawał wartej zawieszenia wzroku starówki. Już nawet nie gotyckie strzelistości, a romańskie łuki. Lubię zestawienie pociemniałego piaskowca z jaskrawozieloną patyną, konsekwentnie pojawiające się na bremeńskiej starówce. Pod katedrą Notre Dame targ kwiatów z Holandii.

Tak jak w Poznaniu, na Rynku oprócz staroci, są też współczesne budynki. Mimo że nie wyglądają dużo piękniej od poznańskiego Arsenału, jakoś mniej gryzą w szeroko pojętą estetykę. Ba, da się nawet wstawić oszklone centrum handlowe z wielkim parkingiem w wąskie uliczki.

W Starbucksie kubeczki tylko ogólno niemieckie, z napisem „Germany”; fakt, że ładniejsze niż berliński z czerwonym niedźwiedziem, ale już mam, a bremeńskiego nie. Dobre ciasto cytrynowe mieli, kawę jak to kawę - średnią.

Więcej zdjęć.

Terry Pratchett – Łups!

Poziom: 1 * Czytam / 11:34:38

Historia śledztwa w sprawie tajemniczego morderstwa jednego z krasnoludzkich oficjeli, prowadzona przez upartego komendanta Vimesa, jak również pouczająca historia o tym, że ciężko być ojcem 14-miesięcznego syna, któremu o 18 trzeba koniecznie przeczytać bajkę „Gdzie jest moja krówka”, choćby się wszystko sypało na głowę. A się sypie, bo wszystko wskazuje na to, że krasnoluda zabił troll, co prowadzi do walk ulicznych i eskalacji wielusetletniego konfliktu między krasnoludami i trollami. Niespecjalnie przepadam za Marchewą, bardziej mnie cieszy przeniesienie akcentu na cynicznego i błyskotliwego Vimesa i resztę jego wielorasowej gromadki na posterunku.

Tłumaczenie niezłe, ale miejscami trochę uwiera (kilkukrotnie użyte niezgrabne „świerzbiał”, nietrafione i niepasujące tłumaczenie gry słownej „iron-irony” na „ironia-aronia”, które zagrałoby w przypadku braciszka Cadfaela, pędzącego sok z jagód, a nie krasnoludów, znawców metalurgii).

04 czerwca 2009

O czym szumią wierzby w Holandii

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 23:23:07

Rotterdam

Duże, brzydkie i smutne miasto portowe. Bardzo przypominało mi Kaohsiung mimo kilku tysięcy kilometrów, dzielących oba miasta. Może to podobieństwo wynikało stąd, że Rotterdam oglądałam z góry, z wieży widokowej? Znowu dopadła mnie fobia, pojawiająca się okazjonalnie – nie mam lęku wysokości, a po raz drugi w życiu bałam się wejść na ażurowe schodki 80 metrów nad ziemią (poprzedni raz miałam atak paniki na górze minaretu w Egerze, gdzie przez ażurowy balkonik widziałam ziemię 30 metrów niżej; jak nie widać ziemi, to się nie boję). Za to windą lubię, dodatkowo obśmialiśmy się jak norki, bo w górę winda ruszyła z akompaniamentem „Knockin’ on the Heaven’s Door” (Axl przeraźliwie nie umie śpiewać), a w dół zjeżdżała z „Lucy In the Sky with Diamonds”.

Hotel na wodzie okazał się być dość zwyczajnym hotelem, umieszczonym i owszem, na wodzie, ale na solidnej betonowej platformie. Turysta narzekający na booking.com, że kołysało i rzucało, musiał jednakowoż nadużyć napojów wyskokowych, albowiem żeby ruszyć beton, na którym stoi budynek z restauracją, wielkim sklepem z azjatycką spożywką i kilkudziesięcioma pokojami hotelowymi, to by jednak trzeba było czegoś na kształt tornada.

Poza tym było zimno, wiało i popadywało, a z 15-minutowego (uwierz tu, człowieku, googlemapsom, że do bankomatu z hotelu jest kilkanaście minut) spaceru zrobił się półtoragodzinny maraton, od którego odpadły nam tyłki.

Gouda

Mimo że czwartkowe festiwale serów zaczynają w trzeciej dekadzie czerwca, ryneczek był. Nie muszę chyba znowu pisać, że lubię ryneczki i mogłabym sobie przy takim zamieszkać na stałe. Turek na stoisku z oliwkami nabierał wielką łychą z misek i dawał spróbować przechodzącym paniom[1], a to ziołowych, a to z ostrą pastą paprykową, z fetą czy innymi serami. Gouda to taki miniaturowy Amsterdam, z kanałami, kamienicami, ogródkami i kawiarniami na każdym kroku. Ładne i miłe.

Oudewater

Nie wpuścili nas do Muzeum Czarownic i mam żal. Najpierw kwitliśmy pod tabliczką, że proszę poczekać 15 minut, po godzinie przyszła pani, weszła do środka i bez słowa zamknęła drzwi przed nosem. Ja się tam prosić nie będę, szarlotka w kawiarni naprzeciwko była dobra. I rudy kot w makowcowy wzorek też.

Zrobili jakieś wykopki, więc z Oudewater wyjechaliśmy boczną drogą, która okazała się jedną z piękniejszych, jakie widziałam – wąziutka, zaraz obok kanału porośniętego wierzbami , po obu stronach piękne domy z jeszcze ładniejszymi ogródkami, pełnymi żywopłotów, kwiatów i pasących się za domami na polderach owiec, krówek, kóz i śmiesznych miniaturowych koników. Jakby Kenneth Graham był Holendrem, to tam by umieścił dwór Ropucha. Czy ja tam mogę prosić o letni domek?


View Czerwiec 2009 in a larger map

Utrecht

Już tak bardziej dla sportu, bo z Goudy wywiozłam dwie wielkie siaty jedzenia, z czego jedną ze strupwaflami, ciastkami i innymi uroczymi drobiazgami z Alberta Heijna (no, przypadkiem wyszło, że dokonaliśmy pierwszego zakupu, konsekwentnie w jasnej zieleni, dla M.). Centrum w Utrechcie urocze, holenderskie i bardzo sympatycznie zatłoczone jak na czwartkowe popołudnie. Szybki mały obiad nad kanałem w greckiej restauracji; sos do grillowanego halumi w boczku smakował, jakby był zrobiony z miodu i soku pomarańczowego. Między stolikami kłębił się duży biało-czarny kot, bardziej towarzysko niż merkantylnie. Postawę roszczeniową miały za to kaczki, które pływały od restauracji do restauracji i kłapały dziobami, że winszują sobie zostać nakarmione pieczywem i ciastkami.

[1] Pewnie to nic dziwnego, że na rynkach są zwykle kobiety i turyści? Tutaj o tyle egzotycznie, że co najmniej połowa pań była pochodzenia arabskiego.

03 czerwca 2009

A w środę targ w Huy

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 21:00:16

Huy

Po smutnych doświadczeniach z Vaduz trochę się wahałam, czy skręcić z szerokiej autostrady w wiejskie dróżki do miejscowości o dźwięcznej nazwie Huy. Niesłusznie, bo to jedna z piękniejszych miejscowości, jakie widziałam. Kamienno-ceglane wsie dookoła, dojazd do doliny strasznie stromą i malowniczą drogą, a w miasteczku targ owocowo-serowo-kwiatowy, dookoła ratusza (z zegarem co kwadrans mozolnie wygrywającym jakiś szlagier typu „Oda do radości” na dzwonkach z ubogą skalą) kilkanaście mniejszych lub większych restauracji. I domy niedrogie, jakby kto winszował sobie mieć egzotyczny a ciekawy adres – mieszkanie w kamienicy można już mieć za mniej niż milion złotych. Na targu chciałam wytarzać się w stoisku z oliwkami, fetą i ziołami. Nie wiem, w jakiej zalewie są „pistou olives”, ale poproszę stałą dostawę. Przegapiłam 13:30, która oznajmiła zwijanie się straganów i rzutem na taśmę wyżebrałam już prawie z paki ciężarówki pudełko truskawek (przecież to nieludzkie jest, jak te truskawki pachną, mimo że chwilę wcześniej napakowałam się sałatką z koziego sera, miodu, orzechów i takiej śmiesznej strzępiastej sałaty z winegretem, co to nie wiedziałam nawet jak ją jeść, bo miała długie listki, więc jak prosię jadłam palcyma).

Wisienką na czubku tortu był kolejka wagonikowa wysoko nad miastem. Krótka wizyta okazała się zwiadowczą, zdecydowanie warto pojechać w Huy jeszcze raz.

Antwerpia

Wprawdzie jakiś sfrustrowany rowerzysta gniewnie nam coś przy wjeździe na parking tłumaczył, ale i tak nic nie zrozumiałam, a pod prąd nie jechaliśmy, więc. Dużo i ładnie. Kamieniczki (bardzo geometryczne, strzeliste i pełne detali). Kościoły (nierozsądnie jest wybrać się pod antwerpską katedrę z obiektywem 50 mm, albowiem dostaje się katedrę w małych kawałkach do samodzielnego złożenia). Restauracje i kawiarnie. Księgarenki i księgarnie (poproszę na wynos wielką księgarnię z czasopismami z całego świata). Tylko Starbuksa nie ma, więc nie mogłam się polansować, no jak tak można? W Cafe Pelikaan uczynny kelner odpytał nas, skąd (chyba jednak dalej wyglądamy egzotyczniej niż mieszkańcy Belgii), na jak długo i rozczarowany był, że tylko na kawę, bo Antwerpia wymiata i nie ma opcji, że nie wrócimy na dłużej. Ja się kłócić nie będę.

We wtorki targ w Dijon

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 20:54:34

Dijon

Średnio przepadam za autostradami, bo i owszem, jest szybko, ale też i nudno. Do Dijon pojechaliśmy przez Alpy (^havvah, nie czytaj). Wiem, że mnie się łatwo zachwycać, bo to TŻ siedzi za kółkiem i odwala całą ciężką pracę związaną z jazdą (a ja mam tę łatwiejszą część z entuzjazmowaniem i wydaniem dźwięków), ale fascynujące się górki, dolinki, serpentyny, kamienne mosty wyglądające jak romańskie akwedukty, zbocza na kilkadziesiąt metrów w górę i w dół i miasta w dolinie gdzieś tam zupełnie na dole, czasem za mgłą. Przy bardziej drastycznych zjazdach i podjazdach zaczynały odpadać uszy jak przy jeździe szybką windą (już można czytać). A przy tym co chwila mija się subtelne i ładnie ukwiecone małe miasteczka, z kamiennymi domkami, małymi kościółkami, bulodromami i starszymi panami siedzącymi na ławeczkach i zapewne dyskutującymi o tym, że młodzież dzielimy na obiecującą i ech, tą dzisiejszą. Po drodze przejechaliśmy przez Morbier, które niestety nie miało żadnego gustownego kramiku z lokalnym wyborem, koniecznie zapakowanym próżniowo, bo ser Morbier, mimo że bardzo sympatyczny w smaku, jednak trochę cuchnie jak zużyte skarpetki. Z wielkim żalem (albowiem się na lancz do Dijon spieszyliśmy, a lancz to rzecz święta) ominęłam Langres, zbudowane wewnątrz i dookoła kilkukilometrowych murów obronnych, z malutkim acz bardzo zabytkowym cmentarzykiem z kapliczkami i uliczkami zaraz obok. Zdecydowanie małe francuskie miasteczka zasługują na kilka dni poświęcone na wąchanie wiejskich kwiatów, robienie zdjęć krowom (mam nieskrywaną fascynację stadami krów, które leniwie leżą i żują; we Francji głównie beżowe i białe, czasem w szaro-czarne kropki, rzadko w biało-czarne plamy) i szukanie lokalnych wyrobów, ze szczególnym uwzględnieniem spożywczych.

Po to warto jechać do Dijon. Z dwóch z kilkudziesięciu sklepów (nie oszukujmy się, specjalnie dla turystów, bo lokalni pewnie żywią się hamburgerami i pizzą) wyszłam z wielkim trudem, bo weź tu się człowieku zdecyduj, jakie musztardy z kilkudziesięciu gatunków wybrać, czy wziąć większe opakowanie lokalnych pasztetów i czy ten ser, co się tak malowniczo rozkłada na desce, to dożyje do Polski. Zapałałam uczuciem do lokalnych pierników, czasem czystych, czasem nadziewanych orzechami, owocami i innymi cudami. Niestety rozsądek zwyciężył w kwestii kilku słoików z miodem, ale pluję sobie w brodę, że nie umiałam zdecydować między tymiankowym a lawendowym i ostatecznie wyszłam bez żadnego. Po co człowiekowi rozsądek, ja się pytam?

Rozsądek zapewne by mi się wyłączył w Les Halles, niestety w tym barbarzyńskim miejscu zamykają o jakiejś skandalicznej godzinie, więc nie miało mnie co w pięknej, biało-niebieskiej hali kusić (a sądząc po odcyfrowywanych francuskich napisach, było tam wszystko, zaczynając od kiełbasek, oliwek, serów, owoców i warzyw, na ciastach, rybach i pieczywie kończąc).

Samo Dijon ma bogate, dość skoncentrowane centrum z katedrami, pałacami i urokliwymi bramami. Jakbym była błyskotliwsza, to bym doczytała na mapce, że zielona trasa po starówce to bezpłatny autobus, który wozi leniwców z miejsca na miejsce. Na własnych nogach oczywiście też się da, ale w końcu mam wakacje i mam się lenić. Tylko coś mi nie wychodzi. W każdym razie – zdecydowanie trzeba wrócić po nauczeniu się czegokolwiek w nieludzkim języku, żeby chociaż z karty wybrać, co się lubi bardziej (sama wiedza, że fromage to ser jest cenna, ale niekoniecznie wystarcza).

Luxembourg

Napisy po +/- niemiecku, a większość mówi po francusku. Kelner w szaszłykowni tłumaczył długo i pokrętnie, czym się różni jedna wołowina od drugiej. Po czym przeszedł do pokazywania palcami i wyszło, że jedna porcja jest mniejsza, a druga większa. Zazdroszczę Luksemburczykom, bo miasto urody dużej. Z zameczkami, parkami, rezydencjami, restauracjami, chromowano-szklanymi biurowcami i zestawem ekskluzywnych sklepów (ja się pytam, czemuż akurat trafiłam na sklep Laury Ashley w jednym z droższych miejsc na świecie? Ja tu nie mam miejsca w szafie!). Z mostem, pod którym nie ma rzeki, tylko jest ogród. Czuć jaśmin, róże i zapach pieniędzy w powietrzu.

Zdjęcia z Dijon i z Luxembourga.

Dzień dziecka w Genewie

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 20:37:03

Jeśli 5-latek zawinszuje sobie aparatu cyfrowego, pierwszą rzeczą jest wyłączenie trybu zdjęć seryjnych (co i tak na wiele się nie zda, bo wystarczy odpowiednio mocno walić w przycisk, żeby tenże efekt uzyskać) oraz włączenie lampy (nawet jak jest jasno), bo zdjęcia bez lampy nie są ważne. Jak również warto zacząć od wyrabiania nawyku zakładania paska na szyję, bo jednak pięcioletnie rączki nie są zbyt stabilne (nie żeby pasek na szyi pomagał na utrzymanie pionu i poziomu na zdjęciu, ale przynajmniej aparat nie spada). Teraz czekam na gromy, jakie posypią się ze strony ^Anetek za sprowadzenie potomstwa na złą drogę (mniejszym kosztem zapewne będzie obsłużenie dwulatki w kwestii zamiłowania do świecidełek i notesików w kotki).

Lubię miasta nad wodą. W centrum Genewy jest jezioro i jest to bardzo przyjemne miejsce, żeby posiedzieć, poleżeć albo ponicnierobić. Ponicnierobić można też w jednej z okolicznych kawiarenek, gdzie jednak ciut dziwi mnie już, że ciągle jeszcze trzeba płacić w szwajcarskich frankach, a nie w euro (dość zabawne jest to, że od ładnych paru lat spłacam co miesiąc okrągłą kwotę w tejże walucie, a w zasadzie nie miałam w ręku jakoś bardziej świadomie banknotu[1]). Mniej dziwi, że restauracja zamyka się po porze lanczu i serwuje jedynie napoje, bo to jednak oznacza, że jest gdzie ten lanczyk zjeść.

[1] A ładne są, kolorowe – różowe, niebieskie i dość umowne, mniej jak typowa waluta, a bardziej jak kolorowe kwitki.

Więcej zdjęć.

01 czerwca 2009

Dlaczego niekoniecznie warto jechać do Vaduz

Poziom: 1 * Listy spod róży * Z fotkami / 01:39:59

GPS, zwany mniej lub bardziej pieszczotliwie Katarzyną, zgrzał się nieco i poza ustawicznym gubieniem trasy oznajmił, że szlag mu również trafił zasilanie, więc się wyłączy i tak będzie leżał. Jako że na kaprysy zebrało mu się na takim kawałku mapy Europy, na którym skala była nieco za mała jak na nasze potrzeby (granica trzech państw, do tego miast i miasteczek naćkane jak psich kup na ulicy Pamiątkowej w Poznaniu), zaczęliśmy nieco oszczędzać te 5-10% baterii, które metodą przyciskania kabelka udało nam się z samochodowego prądu uzyskać.

Przejechaliśmy Vaduz, o czym za chwilę, wjechaliśmy na niesamowitej urody szwajcarskie autostrady[1], Katarzynie się poprawiło, po czym dotarliśmy do Zurychu, gdzie utknęliśmy w prześlicznej urody korku. Zdążyłam się zdrzemnąć, wkurzyć kilkanaście razy, przejrzeć zdjęcia i częściowo wyciągnąć z nich tyle, na ile brak myszki pozwalał[3], pooglądać mijające nas samochody[4] i takie tam, po czym NIE zostałam rozśmieszona żartem TŻ, który wyłączył Katarzynę. Zapytałam się, czy wie, jak jechać, jak wyjedziemy z korka. „Katarzyna zeznała, że jeszcze 1,5km prosto, więc mogę ją ze spokojem włączyć za godzinę, bo tyle nam to 1,5km zajmie”. Nie śmieszne. Naprawdę.

Wracając do Vaduz, powinnam się była poczuć ostrzeżona faktem, że w zasadzie żadne turystyczne źródła nie informowały o tym, co w Vaduz jest do obejrzenia (ba, nie informowały o niczym turystycznym w Liechtensteinie). Po malowniczej trasie wzdłuż brzegu jeziora Bodeńskiego, gdzie wszystko krzyczało „zatrzymaj się, wypożycz rower, zrób rundkę dookoła, a potem zjedz coś smacznego w jednej z okolicznych restauracyjek” i przebojach z Katarzyną wjechaliśmy wreszcie do Vaduz, gdzie okazało się, że po pierwsze z upalnych 25 stopni i pełnego słońca wylądowaliśmy w przeraźliwym deszczu i burych tumanach unoszącej się wody, po drugie Vaduz zdecydowanie przysługuje zaszczytne miało dziury nad dziurami[5], a po trzecie – niedziela (jak również i sobota) to jednak nie jest najlepsza pora na stolicę Liechtensteinu, albowiem zamknięte są nawet hotele, o restauracjach nie wspominając. W tumanach deszczu, chwilami łagodniejących do zimnej, 13-stopniowej mżawki, zrobiliśmy krótką rundkę po okolicy (daleko nie było), obejrzeliśmy Wszystko Co Można (winniczkę przy bardzo obiecującej, acz – haha – zamkniętej restauracji, ratusz, kościół, w którym obudziliśmy chyba sympatycznego pana w garniturze, bo aż wyszedł bocznym wejściem z mocno pytającym „hello?” i okoliczne górki, na których pewnie można się było wspiąć w celu obejrzenia domków, zameczków i innych cudów na kiju) i to by było na tyle. Mam nadzieję, że jednak taki Luxembourg to jednak ma trochę więcej dla szarego turysty, bo jak nie to trochę będę rozczarowana.



Wiecej zdjec

[1] Górki, górzyska, beżowe krówki[2], owieczki i szalety. Co jakiś czas oszałamiająco szafirowe jezioro, przy którym – jakby nie rzucająca się co chwila przeraźliwa ulewa – można było stawać co 50 metrów i robić zjawiskowy, acz zapewne kiczowaty pejzażyk.

[2] A mówili, że to fioletowe krowy dają czekoladę Milka. Kłamali.

[3] Normalnie wpiszę sobie do cv, że umiem obsługiwać Picasę za pomocą touchpada.

[4] No ależ oczywiście, że pas, na którym stoimy, jedzie najwolniej, zwłaszcza w okolicy nieznanej, gdzie za bardzo nie wiadomo, czy warto kombinować ze zmianą pasa.

[5] Nie wiem, czy rozdają nagrody za miejsca, w których całkowicie nic nie ma, ale to mój typ.

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy