29 stycznia 2009
Kierowcy autobusów są craaazy
Oni tu wszyscy niby jeżdżą zgodnie z kierunkiem jazdy, ale trąbią, nieledwie ocierają się o siebie, ruszają z piskiem przy zmianie świateł. Do autobusu trzeba machać, bo inaczej się nie zatrzyma, na przystankach nie ma rozkładów (tylko czasem jest podana trasa), bardzo pomaga zapytanie w hotelu w recepcji, jak dojechać tu i tam, bo metro nie wszędzie jeździ. Autobusy tanie, ale trzeba mieć monety (z podziękowaniami dla N.), których brakuje, bo wszyscy wydają resztę w banknotach 5 i 2-pesowych (przyznam, że najzabawniejsza myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to złupienie żebraka bądź w wersji humanitarnej wymiana jego monet na papierek). Dość zabawne jest, że wszyscy grzecznie po wejściu przednimi drzwiami wrzucają monety do automatu z tyłu za kierowcą, odbierają kwitek, a dopiero potem siadają, przy czym stojący w drzwiach tłumek się nie niecierpliwi, jak ktoś ciurka 5 i 10-centavosowymi monetami. Na zakrętach żołądek wychodzi i siada obok, nie wyobrażam sobie, jak można jechać takim autobusem bez trzymania (a byli tacy!). Ale mimo trąbienia i kawalerskiej jazdy, autobus dowozi, gdzie trzeba (a potem, jak wspominałam gdzie indziej, zajmuje się na przykład migdaleniem z bonita chica na pętli).
Autobusem dojechałam do La Boca - obrazkowo latynoskiej dzielnicy, pomalowanej tęczowo, z tańczącymi tango na ulicach, nachalnymi zapraszaczami do sklepów i do knajp (dopadł mnie jeden w koszulce chyba Dimmu Borghir(?) i na wejściu zapytał, czy aby nie jestem z Polski, bo tak właśnie wyglądam (omg! podobno widać po twarzy i włosach); wymieniliśmy parę uprzejmości, wyjaśniłam, że za "czecie piwo" dziękuję, bo nie pijam i nie, nie zostanę na kolacji[1]). Dzielnica biedna, brudna, pełna wałęsających się luzem psów i psich kup, ale kolorowa. Pułapka na turystów, ale z wdziękiem. Do tego wielki narodowy stadion La Boca Junior, drużyny w niebiesko-żółtych barwach rodem z IKEI.
[1] Może i nawet bym została, ale a) upatrzyliśmy sobie wczoraj knajpę na Paraguay[2], b) w La Boca przy porcie wali jak misiowi spod pachy i mimo chusteczki przy nosie miałam ochotę rozprowadzić zawartość żołądka po trotuarze. Miliony martwych ryb i ścieków nie mogą się mylić.
[2] Knajpka droga (nie wiem, może nie umiem trafić na tanie, ale nie udało nam się jeszcze wyjść z rachunkiem niższym niż 100 pesos ~= 100 zł na dwie słabe kobiety), ale bardzo miła, z polskim akcentem (wódka wyborowa w barze) i z dużym wyborem doskonałego jedzenia (steki na cały talerz!). Wiem, wstyd, zjadłam pizzę, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że lokalną (pizza a la piedra) - na cieniutkim, kruchym cieście, z serem i oliwkami.
wonderwoman powiedział(a),
29 stycznia 2009 o 07:24:37
o. a przy tym zdjęciu kręcili you can dance. :)
(tak mi się rzuciło w oczy, bo przecież nie miałam zaglądać do Ciebie, by się nie szczuć opowieściami i zdjątkami)
stone powiedział(a),
29 stycznia 2009 o 07:37:23
Z tym machaniem na autobusy to w Albionie mają tak samo.
BTW, argentyńska relacja i fotki sam mniut!
Zuzanka powiedział(a),
29 stycznia 2009 o 14:55:19
Wonderwoman, ten domek to taka wizytówka dzielnicy tangowej w Buenos. Tango na ulicach, falbaniaste sukienki itp. (ale ja się nie znam, nie oglądałam chyba ani jednego odcinka YCD).stone, a też otwierają drzwi na środku skrzyżowania i wypuszczają/wpuszczają ludzi nie zważając na traffic? :-Dautumn powiedział(a),
29 stycznia 2009 o 15:45:26
pięknie tam u Ciebie i jak kolorowo ;-)
stone powiedział(a),
29 stycznia 2009 o 22:46:16
Yyy, no aż tak to nie. Może to i lepiej, bo jako ciekawostka to zabawne, ale na dłuższą metę ciężko byłoby strzymać. Zwłaszcza będąc aktywnym uczestnikiem trafficu ;)
UlaK powiedział(a),
30 stycznia 2009 o 00:51:09
W Irlandii też jak nie pomachasz to się nie zatrzyma, łącznie z długodystansowcami.