29 czerwca 2008

Jestem Europejką

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 20:00:53

Zwłaszcza dziś, bo czuję się jak Turek w dowcipie o walkach gangów tureckich i rosyjskich, co to na strzelaninę przyszedł z nożem. Ja z kolei pojechałam robić zdjęcia bez aparatu.

28 czerwca 2008

Dress up

Poziom: 1 * Przydasie / 22:31:25

(Tak, znalazłam nowego bloga designerskiego).

Lubię miejsca, w których już byłam

Poziom: 1 * Koty * Listy spod róży * Moje miasto * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami / 20:46:07

Bo w nowych miejscach się zawsze stresuję. Czasem podświadomie, czasem tak bardziej na poważnie. Boję się nowych sytuacji, nowych knajp (zwłaszcza jak kogoś zabieram i naprawdę nie chcę, żeby się okazało, że jest byle jak) i nowych miejsc, zwłaszcza z akcentem na Zupełnie Nowe Miejsca - inne kraje czy kontynenty. Pierwszy kontakt zawsze mnie onieśmiela i pozbawia części przyjemności. Czytam przed wyjazdem przewodniki, nie po to, żeby stworzyć listę zwiedzania, ale żeby trochę oswoić. Druga wizyta na Węgrzech była znacznie przyjemniejsza niż pierwsza. Znalazłam miasto, rozumiałam metro i sieć tramwajów, wiedziałam, jak dość do rzeki i była to wiedza wystarczająca na relaks mentalny.

Nie dziwmy się pani Anieli, że nie poznała męż^U Nie dziwny się więc, że wracam do miejsc, gdzie było dobrze, a menu jest już tak trochę znane, chociaż zostawia sporo miejsca na dalsze przygody. Ptasie Radio ponownie, bar na specjalnie życzenie, a do tego schody w górę i w dół.





Przy okazji kupowania kwiatów na ślub kołorkera trafiłam do kwiaciarenki, w której kupowałam bukiet na ślub własny (nie, kwiaciarka mnie nie poznała, bo to było prawie 10 lat i paręnaście kilogramów temu). Obok kwiaciarni brama, w bramie trzy kicięta. Takie podrośnięte, ale widać, że jeszcze młode i współdzielą w ramach rodzeństwa mózg. Jeden stał na czatach, dwa się o siebie opierały, myziały łebkami i prawie że chwiały się synchronicznie z tym całym uczuciem wzajemnym. Tęsknię za dwoma kotami w domu, kot czarno-biały chyba też. Rozważnie, choć niecierpliwie, czekam na powrót z sierpniowego urlopu i szukanie parki pręgatych bydlątek. Rudego i szarego, a jakby jeszcze z dropiatym brzuszkiem któryś, to już w ogóle cała byłabym wdzięczna w tym ubranku. Jakby co - polecam się we wrześniu łaskawej pamięci, w ramach rozsądnego kilometrażu do Poznania dojadę i odbiorę. Nie może być tak, że ludzi jest więcej niż kotów w domu. Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam.

PS Jakby Picasa pokazywała powiększenie nie tego zdjęcia, co podlinkowane, to tak się zdarza. Trzeba sobie doklikać w albumie.

26 czerwca 2008

Terry Pratchett - Straż nocna

Poziom: 1 * Czytam / 22:59:38

Rewolucja to nie jest przyjemny czas. Bez względu na to, po której stronie barykady się ktoś znajduje, może oberwać przypadkową strzałą, nożem czy kawałkiem kamienia. Dla Vimesa rewolucja w Ankh-Morpork to w pewnym sensie deja vu, bo uczestniczył w niej kilkadziesiąt lat wcześniej, a teraz w wyniku przepięcia na Niewidocznym Uniwersytecie wraz ze ściganym bandytą przeniósł się w przeszłość. Również swoją własną, bo szukając drogi powrotu trafia do ówczesnej Straży, gdzie uczy siebie, Colona i Nobby'ego tego wszystkiego, co im do przeżycia będzie potrzebne. Bo czasy nie są tak cywilizowane, jak za czasów Vetinariego - u władzy jest niezrównoważony patrycjusz, miastem rządzą Niewymowni (UB? gestapo?), pozyskujący zeznania torturami i nie zawsze pozwalający komukolwiek wyjść z lochów w takim stanie, w jakim tam wszedł (to zapewne zależy, co wyjdzie z pomiarów twarzy, wykonywanych przez psychopatycznego dowódcę Niewymownych). Jest i Vetinari - w tamtych czasach początkujący, choć niedoceniany Skrytobójca - bardzo ładnie zarysowany i pokazujący trochę genezę jego późniejszych rządów.

To jeden z bardziej gorzkich tomów (chociaż z drugiej strony, czy którykolwiek z cyklu o Straży jest radosny?) Sporo o paradoksach czasowych, dużo o psychologii tłumu i oblężeniu w warunkach miejskich. A także o tym, co może zdziałać kawałek imbiru wsunięty w strategicznie miejsce i jaki jest pożytek z bzu. W każdym razie - Prawda! Sprawiedliwość! Wolność! I Jajko Na Twardo!

Jak mam czas

Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 22:22:06

... to siedzę i myślę, a jak nie mam czasu, to tylko siedzę. Ale tak uczciwie to najlepiej mi się myśli chwilę przed snem (i w toalecie) i kiedy sobie idę. Jeśli idę sama, to wiadomo - idę i myślę. Jeśli idę z większą grupą, to wlokę się z tyłu (zwykle dlatego, że zostaję w celu zrobienia zdjęcia) i mam przemyślenia. Szłam sobie dzisiaj na jogę i przyznam, że dość ożywcza nawet była subtelna uwaga rzucona przez dwóch niezbyt świeżych i niezbyt trzeźwych panów treści "Te, lala, nie biegnij tak, bo ci się mleko zwarzy" (normalnie jak we wczesnej podstawówce). Dzisiaj miałam przemyślenia natury ogólnej o tym, że człowiek się zmienia.

Od zawsze się rozglądałam, bo sam proces chodzenia mnie nie satysfakcjonował. Kiedyś, kiedy nie miałam własnego domu, zaglądałam ludziom w okna. Z taką trochę zazdrością, trochę żeby zobaczyć, jak żyją. Czy siedzą przy stole, czy mają książki, czy jest tak, jak w innych domach, czy inaczej. I zastanawiałam się, czemu tak jest, że oni siedzą, a ja idę[1]. Czy już przyszli, czy w ogóle nigdzie nie wychodzili. Ostatnio przy tej okazji zauważyłam, że przestałam zaglądać z zazdrością. Zerkam z ciekawością, patrzę na rośliny, meble, ściany, słoiki w kuchni i miny ludzi, kiedy ze sobą rozmawiają. Lubię patrzeć na ludzi zajętych tylko wyglądaniem z okna czy patrzeniem na świat z balkonu. Natomiast z zazdrością zaczęłam rejestrować ogrody. Kwiaty, trawniki, drzewa, huśtawki, sadzawki i skalniaki. Odwieczna tęsknota za kawałkiem ziemi, sianiem i schylaniem się nad bruzdami w polu?

Tylko za kotami rozglądam się z jednakową ciekawością. Dziś widziałam biało-czarnego zadekowanego na sjestę pod krzakiem i trzy szare, uprawiające jakieś tajemnicze kocie zajęcia pod kocim blokiem na Grunwaldzkiej. Jednego spłoszyłam włażąc na trawnik, żeby zrobić zdjęcie anty-gejowskiego graffiti. Nie wiem, co komu pedał szkodzi.

[1] Z kolei, jak jadę pociągiem i mijam domy czy ludzi stojących przy szlabanach, myślę o tym, że to oni są na miejscu i nie muszą nigdzie jechać. W przeciwieństwie do mnie.

24 czerwca 2008

Prywatna eskalacja

Poziom: 1 * Śmieszne / 22:20:58

Znajduję zabawnym, że księgowa TŻ wysyła maile do niego (ile VAT-u, kiedy podatek zapłacić) z Cc: do mnie.

22 czerwca 2008

Śladami Tuwima

Poziom: 1 * Listy spod róży * Moje miasto * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami / 12:42:03

Wiersz Tuwim napisał chyba po to, żeby wymęczyć kilka pokoleń najpierw młodziezy, potem aktorów, którym najpierw w szkole, a potem zawodowo kazali czytać to łamiące język słowotwórstwo. W Poznaniu jest przyjemniej, bo "Ptasie radio" to malutka restauracyjko-kawiarnia na Ratajczaka. Schody są ozdobione kafelkami z ornitologicznymi ekscesami, w środku na ścianach są figurki ptaszków, a bar (w sensie mebel) przypomina zabytkowe radio (dla mniej błyskotliwych, czyli dla mnie, ma na dole skalę z nazwami ptaków).

Jak już kiedyś wspomniałam, na moje upodobania składa się duża liczba rozmaitych fetyszów. "Ptasie radio" zaspokaja obydwa. Pierwszy to - chyba w ramach kompensacji marnego wzrostu - zamiłowanie do starych kamienic, z wąskimi schodami, wysokimi oknami i sufitem na wysokości jakichś 4 metrów, ozdobionym sztukaterią (pewnie się przestraszliwie toto odkurza), ze starymi, drewnianymi i niesamowicie skrzypiącymi podłogami. Pewnie w domu by mnie to wkurzało, ale uwielbiam spędzać poranki na takich powrocie do nastrojowej przeszłości. Drugim fetyszem są śniadania. Śniadań nie jada się samotnie, dzień bez śniadania jest dniem straconym i zaczętym byle jak. Lubię dostać mnóstwo rzeczy do wyboru, leniwie się zastanawiać, czy winszuję sobie teraz dżemik, twarożek czy może bułeczkę z ogóreczkiem i rzodkiewką, nie spieszyć się i pochłaniać byle co w biegu, tylko usiąść, przejrzeć gazetę (żadna inna pora czytania gazet i czasopism nie wydaje mi się właściwa). Lubię śniadaniowy asortyment - grzanki, owoce, jogurty, sery i twarożki, młode warzywa, jajka czy parówki i frankfurterki. I dobrą herbatę, kawę czy sok pomarańczowy. I do tego nie lubię byle jak - plastikowych kubków, sztućców i talerzy z kartonu, a już zwłaszcza jedzenia na ulicy. Po części to wyjaśnia to moją sympatię dla Starbucksa, w którym kawę dostanę w porcelanowym kubku (i posypać ją sobie cynamonem, wanilią, czekoladą czy kardamonem), do tego bez względu na szerokość geograficzną ktoś specjalnie dla mnie podgrzeje mi croissanta z szynką i serem. Wczoraj dostałam na śniadanie bułeczki zapiekane z serem brie, z orzechami, winogronami i jabłkami, co pozwoliło mi przejść w jakim-takim zdrowiu psychicznym przez uciążliwy dzień po części w pracy (tak, mimo że sobota).

18 czerwca 2008

Communique

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 22:30:18

She's incommunicado no comment to make (...) Maybe on Monday she got something to say.

16 czerwca 2008

2 dni w Paryżu

Poziom: 1 * Oglądam / 22:03:58

Kocham Julie Delpy miłością wielką po "Przed wschodem" i "Przed zachodem słońca", a moje uczucie nie zdegenerowało się po obejrzeniu "2 dni w Paryżu". Julie napisała scenariusz, zagrała, wyreżyserowała, była narratorem, nagrała muzykę i zrobiła zdjęcia, co jest naprawdę spektakularne, bo film przy tym wyszedł bardzo dobry. On - Amerykanin przyjeżdża z nią - Francuzką na dwa dni do Paryża przed powrotem do Stanów, gdzie od dwóch lat mieszkają razem. Amerykanin jest hipochondrykiem i śmiertelnie boi się pleśni, a Francuzka ma dość nietypowych rodziców - ojciec lubi seks ("Sex is gooood"), matka lubi seks, wszyscy ciągle na siebie krzyczą, a do tego po całym Paryżu pęta się stado jej eks-facetów. Doskonałe, prawdziwe dialogi - rozmowy między nią a nim (jak wyglądam w tej sukience? ładnie. Ale nie grubo? Grubo, ale ładnie), z taksówkarzami-psychopatami czy z rodzicami, którzy na pierwszej wizycie testują kolejnego mężczyznę ich córki ("poprzedni byli głupsi"). Nie do końca jest bardzo zabawnie, bo nagle okazuje się, że mimo dwóch lat razem oboje się nie bardzo znają.

Dodatkowe punkty daję za scenografię - Paryż piękny i za zdjęcia. Nie te filmowe, ale robione przez bohaterów. Ona jest fotografką mimo dziurawej siatkówki (Leica), on pstryka wszystko, co widzi (Nikon). Lubię ludzi, którzy mają jakieś hobby.

15 czerwca 2008

Jack Womack - Chaotyczne akty bezsensownej przemocy

Poziom: 1 * Czytam / 14:11:54

Książka z polecanek Barbarelli. Pamiętnik 12-letniej Loli Hart (która nazywa sama siebie Booz), w którym opisuje, jak rozsypuje się świat wokół niej. Katastroficzna wizja Stanów Zjednoczonych, w których czas życia kolejnych prezydentów liczy się w tygodniach, a czasem w dniach, wszędzie są zasieki i wojsko, wszyscy bankrutują, a jakość życia pogarsza się z dnia na dzień. Nie wiadomo, co zaszło w świecie, który do niedawna wyglądał jak dzisiejszy, ale wiadomo, że już nie wróci. Ojciec Loli usiłuje sprzedawać swoje scenariusze filmowe, ale w płonącym Hollywood nikt już filmów nie kręci. Uciekając przed windykatorami, rodzina przeprowadza się do gorszej dzielnicy, tracąc resztki złudzeń, że mogą prowadzić normalne życie jak do tej pory. Booz poznaje dziewczęta w swoim wieku, które nie chodzą do dobrej szkoły, okradają mężczyzn w metrze i znają życie od takiej strony, że matka Booz, wiecznie łykająca środki uspokajające, musiałaby sięgnąć po coś znacznie mocniejszego.

Smutne, poruszające, brutalne i brudne. Połączenie "Pustynnego bluesa" Armera i "Mechanicznej pomarańczy" Burgessa. Zastanawiam się, na ile pan Łoziński (ten Łoziński) książce pomógł czy zaszkodził - sporo dzieje się w warstwie językowej. Razem z rozpadem świata i życia rodziny Loli degeneruje się jej język i nie wiem, czy coraz bardziej drażniąca maniera to zabieg celowy czy wypadek przy pracy.

Skądinąd zabawna historyjka przytrafiła mi się przy okazji zakupu - kołorker na widok tytułu zapytał ze zdziwieniem, po jakich słowach kluczowym ją znalazłam na Allegro i jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy zeznałam, że po autorze.

14 czerwca 2008

Halina Snopkiewicz - Tabliczka marzenia

Poziom: 1 * Czytam / 10:07:51

Bardzo urocza młodzieżowa ramotka. Rok 1969, sam środek rozbuchanego PRL-u, przeczołgani wojną rodzice (a dodatkowo ojciec po obozie koncentracyjnym), starsza siostra wyemigrowana do bratniej republiki nadbałtyckiej i starszy brat, który mimo pięknej żony i dziecka chce się rozwieść. W środku tego jest nastoletnia Ludka, która to wszystko odbiera, przetwarza w głowie i usiłuje poukładać. Dodatkowo, jest zakochana - najpierw w tajemniczym panu z samochodem, potem w kimś zupełnie niespodziewanym (no, tak jak w kryminałach - jeśli pojawia się ktoś w trakcie intrygi, na kogo jest zwrócone w jakiś sposób oko autora, to wiadomo, że to będzie właśnie ten). Mam spory sentyment do tego typu książek, które pochłaniałam na którymś etapie dorastania, a ta nawet stosunkowo mało gryzie po latach. Oczywiście z jednej strony teraz już trochę trudno uwierzyć mi w świat "no logo", gdzie od białego kostiumu kąpielowego ważniejsze są plany na przyszłość, kółka zainteresowań, współpraca w grupie i szacunek dla wszystkich, a na prywatnym wyjeździe zagranicznym podpisuje się w księdze pamiątkowej jako "przedstawicielka klasy IX szkoły takiej a takiej", nie wspominając o srodze drętwym języku, jakim się młodzież posługuje (prawie jak u Niziurskiego), ale z drugiej... To całkiem dobry świat był, jeśli naprawdę wyglądał tak ideowo (ale cynizm i zepsucie nie pozwala mi oczywiście na wiarę w gnomy i krasnoludki). Trochę zabawny wtrętów prosocjalistycznych, trochę obowiązkowej propagandy i niezłomna wiara, że jedna rozmowa z nauczycielem potrafi naprostować całe życie.

No nie śmiać mi się tu, naprawdę przypadkiem kliknęłam w to na podaj.net.

12 czerwca 2008

Pierwsza noc

Poziom: 1 * SOA#1 * Śmieszne / 20:39:25

P., co to wziął ślub w sobotę, zawarł też wczoraj związek z nowym D-80. Z zapałem neofity porusza się po biurze, robiąc zdjęcia wszystkiemu, co się rusza (tak, mnie też, co napełnia duszę mą pewnym niepokojem, bo jeszcze tej radosnej twórczości nie widziałam).

K. (nieco cynicznie): A do łóżka go brałeś?
P. (beznamiętnie): Tak, ale bateria mu się wyładowała.

11 czerwca 2008

Terry Pratchett - Potworny regiment

Poziom: 1 * Czytam / 22:35:48

Uważam, że to duża zaleta, jak mogę książkę przeczytać dwa razy. Raz w oryginale, raz w tłumaczeniu PWC-a. Angielskie czytam wolniej, przez co - mam wrażenie - dostaję więcej przyjemności z czytania, a polskie - dokładniej. Ten tom lubię bardzo, bo jest o kobietach i o straży, chociaż ciut epizodycznie. I tylko zastanawia mnie, jak bardzo musiałam mieć doła w lutym, że nie zarejestrowałam wydania w Polsce Nocnej Straży...

Prezencitka

Poziom: 1 * SOA#1 / 08:40:04

P., co to ukradkiem wziął w sobotę ślub, nabył sobie drogą kupna w Stanach aparat jedynej słusznej marki (czyli taki, jaki ja mam). Poprosił o pożyczenie obiektywów do poprzymierzania. Przywlekam wczoraj torbę, wyjmuję jeden, drugi (taka rura), trzeci. K., siedzący przy biurku obok, przy trzecim wyraża pewne zaniepokojenie i stwierdza: "Huhu, Zuza fajne prezenty Ci z okazji tego ślubu przyniosła. Musiałbym Ci laptopa oddać, żeby też był taki drogi prezent".

10 czerwca 2008

Taksówkarze

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 08:18:17

To całkiem odrębny naród jest. Mówią innym językiem, wierzą w inne rzeczy i do tego są potwornie sfrustrowani. Wczorajszy staruszek wprawdzie nie chciał mnie zabić, ale przez całą drogę narzekał, że jest tak strasznie gorąco, że mu trawa schnie na działce, a na moje nieśmiałe sugestie, że mógłby podlać, oburzony mnie opieprzył, że kto za tą wodę i prąd na to podlewanie zapłaci? No kto? Przecież on na to więcej wyda, niż ta trawa jest warta. I to wszystko wina ludzi, bo się nie modlą. Jakby się modlili, to by popadało. A poza tym to szkoda, że nie ma już Breżniewa, bo na Breżniewa można zawsze wszystko złe zwalić. A tak to na kogo to nie ma. Nie lansowałam modnej tezy, że na Kaczyńskiego, bo pan wyglądał bardziej na PiS, jak nie na okolice radia Maryja.

08 czerwca 2008

Alexander McCall Smith - Kredens pełen życia

Poziom: 1 * Czytam / 12:56:19

Mma Ramotswe w jednej z poprzednich części zaręczyła się z panem Matekonim, właścicielem warsztatu samochodowego. I w zasadzie przez większą część tomu głównie to jej doskwiera, że po zaręczynach nic nie następuje. Mało historii detektywistycznych (mma musi jedynie ocenić, czy kandydaci do ręki bogatej fryzjerki chcą się z nią ożenić dla niej, a nie dla jej pieniędzy), dużo spraw ogólnoludzkich, w których wystarczy silna kobieta, żeby sprawę rozwiązać. Krótkie bardzo.

Inne tego autora:

Siła przypadku

Poziom: 1 * Przydasie / 12:18:57

Bardzo nie lubię czegoś szukać. Bo zwykle nie znajduję tego teraz, zaraz, już (wspominałam, że jestem dość niecierpliwa i poproszę lekarstwo na to NATYCHMIAST?) i się frustruję. Kuchennie (sugestia słownika: "kuc hennie") frustrowałam się brakiem pojemnika na chleb, ponieważ poprzedni wyleciał na razie na banicję na balkon i nominowany jest do wyniesienia na śmietnik (z powodu zasiedlenia przez mole i z powodu że ogólnie był stary i byle jaki). Trochę mi wąż w kieszeni syczał, bo pojemniki dedykowane na chleb podobały mi się drogie, a zwykłego plastikowego takiej wielkości nie mogłam znaleźć. I wchodzę ja sobie po truskawki i mozarellę do Piotra i Pawła, a tu zerka na mnie szyderczo dwukilowa puszka cukierków Wawel, z której cukierki starczą pewnie na najbliższe pół roku, a puszka doskonale zmieści się pod piecem gazowym (serdecznie pozdrawiam architekta, który zapuścił mi w kuchni rurki do gazu i wspomniany piec). Szyderstwa nie zniesę, to wzięłam.

Poza tym to nie mam czasu. Zarobiona jestem.

07 czerwca 2008

Niespodziewana sobota w Lesznie

Poziom: 1 * Listy spod róży * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami / 17:15:34

Podjęłam dziś heroiczną próbę uprasowania sukienki. Nie żeby po tym moim prasowaniu była dużo gładsza, ale przynajmniej zwierzyna ucieszyła się z kocyka na podłodze i zaraz po schowaniu żelazka zaległa. Sukienkę prasowałam w celu ślubu kolegi P. (innego P.), co to przez ostatnie kilka lat regularnie narzekaliśmy, że taki fajny facet, a nie bierze ślubu. I zupełnie znienacka, dzień po tym, jak sobie z niego po raz kolejny żartowałam, że mógłby zrobić imprezę, sukienkę sobie kupię, a jemu prezent, poinformował wszystkich lakonicznie, że jak już bardzo nalegamy, to jutro o 14. I zaiste, wziął i się ożenił. Lubię śluby.

Na Deptaku opodal rynku były zabawne kafelki (jak w Taipei), a więcej zdjęć tu.

04 czerwca 2008

Do rss-ów proszę dodać...

Poziom: 1 * Przydasie / 19:42:03

... taki adres: http://www.thedieline.com/blog/ (na przykład za: kocie puszki, prawdę w winie czy banany w kartonikach (N. mi dał)).

Dzisiaj absurdalnie drogie:

O jedwabnej sukience za ponad 400 zł czy bluzce za 199 zł z Zary nie wspomnę...

03 czerwca 2008

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 21:55:42

Podczas kolacji opowiadam o pracy. Że nowi przyszli. Dwie osoby pracowały w Domdacie, a jedna z tych osób - dziewczyna - ma psa, owczarka niemieckiego.
TŻ [poważnie]: To logiczne, w końcu Domdata to niemiecka firma.

Już po siedmiu latach...

Poziom: 1 * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 21:51:47

... ogarnęłam nieco kuchnię. Kafelki w motylki - checked. Relingi - checked (sąsiad przyszedł z wiertarą i powiesił, hail sąsiad). Pojemniczki z brabantia.pl - checked. Kot na szafce, wąchający relingi - checked. Pojemniczki na przyprawy - checked. Opanowanie bałaganu porozwałkowego - checked.



Sugar and spice and everything nice

Poziom: 1 * Nie czytać, nie oglądać * Przydasie * Z fotkami * Z głowy, czyli z niczego / 08:44:34

Wyrzuciłam gromadzone przez lata słoiczki po dżemach, zaskorupiałe resztki suszonego czosnku, jakiś bliżej niezidentyfikowany brązowy proszek, będący kiedyś pewnie "przyprawą do mięsa mielonego" czy czymś podobnym, a to, co pachniało, znalazło się na lodówce.

* gałka muszkatołowa * pieprz cayenne * kurkuma * curry * goździki * kmin rzymski * bazylia * imbir * majeranek * tymianek * ziele angielskie * pieprz kolorowy * lubczyk * cynamon * kolendra * jałowiec * zioła prowansalskie * rozmaryn *

Myślę nad jeszcze jednym opakowaniem 9 sztuk, bo trochę mi jeszcze w torebkach zostało... Pojemniczki oczywiście z Allegro.

Uprzedzając złośliwych - tak, używam tego wszystkiego. Niekoniecznie jednocześnie.

02 czerwca 2008

Wielkopolska in close-up i ze słowotokiem

Poziom: 1 * Listy spod róży * Moje miasto * Z fotkami / 23:56:09

Na pierwszy rzut - Rogalin. Upał, ale dużo drzew. Kaplica, w której nawet ostatecznie mogłabym wziąć ślub, acz niekoniecznie pod wezwaniem księdza katolickiego (ciekawe, czy i za jakie pieniądze można by wynająć do odprawienia niekoniecznie bardzo pogańskiego obrzędu). W zabudowaniach przypałacowych Pani sprzedaje lody Algida przez kratę w oknie. Może to efekt tego, że pałac zamknięty z powodu remontu (do przyszłego roku co najmniej), więc pozostaje sprzedaż od tyłu. Ogrodu nie zamknęli i chociaż nie bardzo przepadam za ogrodami francuskimi, tak labirynt urokliwy. Dęby masywne, ale poza obejściem dookoła niewiele można zrobić, można za to leżeć na trawie i - korzystać z tego, że 1. czerwca (notka zaległa, bo wczoraj pracowałam przed dzisiejszym wdrożeniem) - czytać dzieciom, jak cała Polska powinna. Niestety, urok okolicy wyczerpuje się po godzinie, bo po spacerze dookoła dębów kończą się atrakcje. Można ewentualnie wypożyczyć rower i zlecieć sobie z górki, bo trasa dookoła dębów wyboista trochę. Co kto lubi.

Puszczykowo w przeciwieństwie do Baranowów czy Przeźmierowów ma urok - widać, że dacze, wille i hacjendy budowali typowo wypoczynkowo-weekendowo-rekreacyjnie przedstawiciele zamożniejszej klasy poznańskiej. Zielono, a Muzeum Arkadego Fiedlera oznaczone ładnie strzałeczkami. Malutkie, ale przyjemne - repliki południowoamerykańskich rzeźb, cała ściana różnych wydań książek, motyle, maski, zdjęcia. W ogrodzie metalowa piramida w skali 1:23 (podobno czyni cuda, jak się wejdzie do środka posiedzieć) i replika Santa Marii w skali 1:1. Wielkość statku wzbudza straszny podziw dla kilkudziesięciu ludzi, którzy płynęli przez ocean łodzią długości 20 metrów i szerokości 7-miu; jest klaustrofobicznie mały. W ogrodzie grzał się przyjazny bokser.

W plenerze nie rzuciła się jakoś żadna restauracja, skończyło się na greckim Mykonosie na placu Wolności. Za półmisek meze[1] oddam kebaby, sałatkę z wiadra i kotleta panierowanego.

[1] W zależności od wizyty są oliwki, dolmadakia, różne sery, nadziewane papryczki, czasem grillowana cukinia, suszone pomidory, anchois czy twardy, ciekawie smakujący ciemny chleb. I obowiązkowa przekąska z grzanką. Przejechałabym się do Grecji na kilka dni.

01 czerwca 2008

Weranda bis, czyli Zielona

Poziom: 1 * Listy spod róży * Nie czytać, nie oglądać * Z fotkami / 12:20:13

Oprócz Werandy na Świętosławskiej jest i druga Weranda - w Pasażu Niebieskim (wejście od Paradewskiego).

Wracałam z Politechniki w piątek, utknęłam w korku z kołorkerami i zdezerterowałam w okolicach ul. Grobla mimo iż w samochodzie była klimatyzacja, a na zewnątrz zdecydowanie jej nie było. Nowy most Św. Rocha wygląda jak w prawdziwej Europie, a dodatkowo chodzą po nim piękne studentki. Lubię okolice Garbar, mimo że są okrutnie zaniedbane i biedne takie.

Z okazji Dnia bez Stanika poszłam do avocado po kolejną czekoladową Creole (toż to aż nie fair, żeby taki fajny sklep był 50 metrów od pracy TŻ).

Caffe Zielona Weranda ma szersze menu - oprócz kaw, herbat, kanapek, sałatek, grzanek i ogromnych porcji ciasta, mają też dania bardziej obiadowe (ale już z tych bardziej drogich). I ładne panie. I wróbelki, którym można rzucać okruszki chleba (kanapka morska z łososiem, melonem, ananasem i czarnym chlebem - ciekawa).

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy