31 sierpnia 2007

Halibut Consulting...

Poziom: 1 * Śmieszne / 22:44:13

... jest zapewne prężnie rozwijającą się firmą na rynku rybnym. Pytanie, czy dobrze też im idzie w konsaltingu.

29 sierpnia 2007

Reminiscencja

Poziom: 1 * Listy spod róży / 08:05:11

Pierwszą oznaką, że wracamy do cywilizacji, był busik, wiozący nas z lotniska do hotelu w Bangkoku. Sami Europejczycy, głównie Holendrzy (bo lot do Amsterdamu), ciemno i upalnie, tajski kierowca na nas spojrzał, ocenił i puścił głośniej cover "No woman, no cry". Cały busik podchwycił i kilkuminutową drogę do hotelu wszyscy zgodnie nucili, udowadniając, że wszyscy mają korzenie w reggae.

26 sierpnia 2007

Aleksandra Marinina - Gra na cudzym boisku

Poziom: 1 * Czytam / 14:42:26

Trudno to traktować jako kryminał, bardziej jako powieść obyczajową. Świat popierostrojkowej Rosji jest egzotyczny - wyraźny podział na kobiety (kuchnia, dzieci, ładne wyglądanie i prosty s.e.k.s) i mężczyzn (zarządzanisee, decyzyjność, używanie analitycznego mózgu), akceptowana przez wszystkich mafia, stanowiąca pierwszą i w zasadzie jedyną siłę rządzącą w miastach, do której milicja zwraca się grzecznie o pomoc. Głównym bohaterem drugoplanowym jest Eduard, dawny mafiozo, który swoje kontakty i pieniądze doprowadził Miasto do świetności, likwidując konkurencję (bo, jak wiadomo, konkurencja to Zło) i innych mafiozów. Niestety, mimo wszechobecnych macek Eduarda, w uzdrowisku zalęga się działalność przestępcza, któej mimo współpracy lokalnej milicji nie jest w stanie wykryć. Na szczęście do uzdrowiska przyjeżdża niesamowita analityczna z Moskwy, nasza ulubiona Nastazja Kamieńska. Kobieta niepozorna i nijaka, która za pomocą sprytnej sztuczki z makijażem, odziania się w s.e.k.sowny sweterek czy wyćwiczonego uśmiechu francuskiej gwiazdy filmowej umie się zmienić w s.e.ks-bombę. Oczywiście rozgryza przypadkiem całą intrygę, w której utalentowany reżyser-kompozytor kręci porno-filmy na zlecenie klientów, nie cofając się przed tym, żeby filmowane panie czasem zgwałcić bądź zabić.

Dużo smaczków z poprzedniej epoki - łapówka za przydzielenie pokoju, telefon tylko u dyrektora czy w drodze wyjatku "najnowszy model telefonu wyglądający jak sama słuchawka", egzotyczne owoce typu granaty czy nuworyszowskie opisy bogactwa lokalnego mafioza. Biedna Nastia musi w sanatorium dorabiać sobie tłumaczeniami, bo z milicyjnej pensji nie jest w stanie wyżyć. Nie chce jednak brać pieniędzy za rozwiązanie sprawy, bo to "niehonorowe". Nie ukrywam, że każdą kolejną książkę Marininy czytam z zachwytem - do jakich przewidywalnych absurdów jeszcze może autorka (i jej s.e.k.sowne-od-niechcenia alter ego) dojść.

Sidney Sheldon - Rano, południe, noc

Poziom: 1 * Czytam / 14:07:39

Czytadełko. Zły magnat całe życie zbierał pieniądze i niszczył swoją rodzinę. Kiedy w dziwnych okolicznościach ginie, jego dzieci przyjmują to z pewną radością, chociaż nie tylko ojciec był ich problemem w życiu. Okazuje się, że żadne z nich nie ma kryształowej przeszłości - jeden z synów jest narkomanem, prześladującym żonę, drugi - niby szanowanym sędzią, ale od ojca nauczył się wykorzystywać ludzi do swoich czasem mętnych interesów, córka - znana projektantka mody - jest szantażowana przez kogoś ze swojego otoczenia. Do tego dochodzi nieślubna córka, która pojawia się przy odczytaniu testamentu. Dość przewidywalne.

Simpsons The Movie

Poziom: 1 * Oglądam / 14:01:52

Mówili, że kiepskie. Mnie się podobało. Kiedyś Simpsonowie serialowi podobali mi się bardziej, teraz próbowałam zacząć od początku i trochę mnie znudziło. Film nie nudzi. W zasadzie to przerysowana historia układów ojciec-syn i mąż-zona. Homer Simpson jest kiepskim ojcem i mężem, zatruwa środowisko i ogólnie jest strasznym bólem w dupie. Na tyle, że całe Springfield zostaje odizolowane od reszty Stanów za pomocą szklanej kopuły. Simpsonowie w obawie przed linczem zwiewają na Alaskę, ale wracają, żeby uratować miasto. Dość pedagogiczne i ekologiczne, ale dawkę łopatologiczną dobrze równoważy dużo niewyrafinowanego humoru. Sporo aluzji i odniesień kulturowych ("I won't download this film from torrent").

22 sierpnia 2007

Wakacje mają jedną zaletę...

Poziom: 1 * Z głowy, czyli z niczego / 08:37:56

... zmieściłam się w czerwone portki. Pół sukcesu.

19 sierpnia 2007

Gang Dzikich Wieprzy (Wild Hogs)

Poziom: 1 * Oglądam / 16:30:00

Nawet do obejrzenia. Czterej kumple postanawiają wyruszyć w trasę na motorach, żeby przez chwilę jeszcze poczuć się jak dawniej, kiedy byli młodzi i "dzicy". Jak się łatwo domyślić, panowie pod 50-tkę to nie 20-latki. Trochę humoru gejowsko-fekalnego, trochę spadania z motorów, walka z gangiem Złych Motocyklistów, geek usiłujący przemóc swoje problemy w kontaktach z kobietami (komedia, więc skutecznie) i słoneczny happy-end. Bardzo dobry William H. Macy, słabiutki Travolta.

Shrek 3

Poziom: 1 * Oglądam / 16:26:19

Bez zachwytu. Przyzwoity scenariusz, dobra animacja, trochę dowcipów, niezły soundtrack, ale w zasadzie nie ma wiele, co by sprawiało, że film warto obejrzeć po raz drugi. Mam wrażenie, że dobry dubbing dołożyłby tekściarskość do filmu, przez co można by go bardziej zapamiętać.

Przeczucie (Premonition)

Poziom: 1 * Oglądam / 16:24:45

Mimo obaw co do Sandry Oh-My-God Bullock, całkiem niezły thriller. Zorganizowany na podobnej zasadzie co "Julia i Julia" - bohaterka dowiaduje się, że jej mąż zginął w wypadku, a następnego dnia budzi się obok męża, który jest w całkiem dobrej formie. Po kilku takich przemieszanych dniach orientuje się, że przeżywa dni nie po kolei. Jak się łatwo domyślić, Sandra usiłuje zmienić rzeczywistość tak, by oszczędzić męża mimo tego, czego dowiaduje się po pogrzebie. Stosunkowo mało bullshitów, całość składna, nie kupuję tylko zakończenia. Doskonała, choć krótka rola Abruzziego.

Reading in travel

Poziom: 1 * Czytam / 16:18:21

Jakoś się złożyło, że wzięłam nieświadomie same książki o podróżowaniu (no. "Mr Vertigo" Austera był o czym innym, ale zostawiłam w samolocie po przeczytaniu kawałka, więc się nie liczy). Na drogę powrotną mam felietony Marian Keyes, żeby przełamać passę.

Paul Auster - Muzyka przypadku

Dziwna książka. Bohatera opuszcza żona, zostawiając mu dziecko. Chwilę po tym dziedziczy on spadek po ojcu, który z nim nie utrzymywał kontaktu. Na odzyskanie żony za późno, córka ma się dobrze w domu jego siostry i Nash nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Za część spadku kupuje saaba i zaczyna, słuchając kaset z muzyką klasyczną, jechać w kierunku mitycznego zachodzącego słońca, przez highwaye i route'y, zatrzymując się tylko po to, żeby się przespać i coś zjeść. I tak jedzie do momentu, kiedy na poboczu znajduje pobitego, niepozornego pokerzystę. Inwestuje resztę pieniędzy w partię pokera z tajemniczymi milionerami, którą jego nowy przyjaciel ma wygrać. Jak się łatwo domyślić, na wielkiej wygranej się książka nie kończy.

To, co fajne jest, to klimat - niepokój, poczucie bezsensu codzienności i bycia obserwowanym. Odcięcie od świata, z którym jedynym kontaktem jest strażnik i muzyka z kaset, sprawia, że wszystko zaczyna być coraz bardziej paranoiczne i nierealne. Pointa książki jest co najmniej nagła. I nie rozwiązuje wielu wątpliwości.

Inne tego autora:

Dave Eggers - My to mamy speeda

Książka jeszcze dziwniejsza. Narracja głównego bohatera, opowiadającego o podróży, jaką właśnie odbywa z kumplem dookoła świata, przerywana jest reminiscencjami, które niewidzialni bibliotekarze jego głowy przynoszą mu i pokazują na zgrabnych wydrukach. Obserwacje lotnisk, organizowania zakupu biletów lotniczych ad hoc czy ludzi, których spotykają podczas podróży, są dość reporterskie. Reminiscencje są z kolei psychodeliczne i wprowadzają spory nieład w to, co się dzieje. Dość mocnym akcentem jest rozpoczynająca książkę informacja, że opowiada o podróży która miała miejsce dwa miesiące przed śmiercią bohatera i jego matki w odmętach południowoamerykańskiej rzeki, ciągłe przeżywanie przypadkowej śmierci kumpla z highschoola czy co chwila wracające wspomnienia pobicia. Podróż i obserwacje był celne i czytalne, natomiast to, co działo się w głowie narratora - niezbyt strawne.

Inne tego autora:

Klub Starbucksowego Kubka

Poziom: 1 * Listy spod róży / 15:57:38

Na początku nie bardzo rozumiałam fenomenu kawy ze Starbucksa. Ot, kolejna sieć kawowa, gdzie dają różne kawy. Ale na egzotycznej obczyźnie załapałam - to taki McDonald na kawowej płaszczyźnie. Idąc do Starbucksa dostaję zawsze dobrą kawę w porcelanowym kubku, ciasteczko, miękki fotel, muzykę i kogoś, kto będzie do mnie przy kasie mówił po angielsku.

Po szybkim przeglądzie www okazało się, że trafiłam do grona niezłych freaków, kupując kubeczek z serii City. Rekordzistka ma 270 kubków. Ja na razie jeden:

Na razie. Mharharhar.

Trivialnie

Poziom: 1 * Listy spod róży / 09:47:53

Na lotnisku w Taipei zakazanego jedzenia w bagażach szukają beagle. Na Okęciu narkotyków szukały labradory.

18 sierpnia 2007

Polskie akcenty w Taipei

Poziom: 1 * Listy spod róży / 08:42:44

  • Barek z bajglami
  • w Eslite na półkach z CD Vader i Desdemona, a na półkach z filmami - Kieślowski; ogólnie Kieślowski jest kojarzony i to by było na tyle
  • "Poland has something to do with classical music?", czyli festiwale Chopinowskie
I to by było na tyle ;-)

17 sierpnia 2007

Good to be back home

Poziom: 1 * Listy spod róży / 07:20:55

Odczuwam nawet pewien przypływ patriotyzmu lokalnego, zjadłam kiszonego ogórka, wytarzałam się w kotach, koty wytarzały się we mnie, wyspałam we własnym łóżku i jest mi dobrze.

Droga powrotna okazała się być dość zabawna - po planowym dotarciu do Bangkoku (3h lotu), gdzie samolot miał międzylądowanie, okazało się, że radar pogodowy nie działa, zapasowy radar pogodowy nie działa, a pilot odmawia wystartowania samolotem bez sprawnego radaru, za co mu serdeczne godbless, bo zdecydowanie lepiej gnić w hotelu z basenem na koszt KLM niż lecieć i zastanawiać się, czy wylądujemy. Hotel Novotel Suvarnabhumi Airport jest przeładny i jak będę duża, to pojadę do czegoś takiego na wakacje (pokój wow, jedzenie - wowwow, basen - jak widać, sauna, masaże, spa, siłownia, wszędzie obsługa hotelowa, która nie wyciąga ręki, a wszystko to za jedyne 8000 bahtów). Lekcja na wczoraj: pakujemy kostium kąpielowy do bagażu podręcznego, a nuż się przyda (zapasowe majtki i koszulkę miałam, ale niewiele poza tym, druga para majtek też nie zaszkodzi). Niestety, hotel był spory kawałek od miasta, dotarliśmy do niego o 3 rano, więc mimo wydania tymczasowej wizy na kartce (zdaje pan paszport i dostaje dowód), zostaliśmy w hotelu. Nb., wizę turystyczną można dostać na lotnisku w kilka minut. Z Bangkoku wylecieliśmy 15 godzin po czasie samolotem o dźwięcznej nazwie "City of Paramaribo", w Amsterdamie zostało nam 12 godzin czekania na samolot do Warszawy. KLM dba o pasażerów, dostaliśmy hotel, tym razem skromniejszy (przylotniskowy Ibis nie zachwyca), jedzenie i zestaw ratunkowy z koszulką, pastą do zębów itp. W sumie zamiast 21h lecieliśmy pełne 48, licząc zmiany czasu. Może warto tak planować podróż, żeby uwzględnić nocleg w mieście i spacer? Inna rzecz, że wzięłam urlop z nadwyżką, żeby nie wracać do pracy w brudnej przyodziewie wprost z samolotu.

U nas ulicach nie śmierdzi zgnilizną i kanalizacją. Niestety, Polacy wyglądają w porównaniu z Chińczykami jak połcie cielęciny (including myself) i to trochę boli w oko. Niestety, dużo porównań wypada na niekorzyść Polski i Polek - Chinki się ładniej, gustowniej i bardziej wygodnie ubierają; rzadko kiedy widziałam obciachowo ubraną panią czy pana (do jasnej cholery - goły wystający brzuch model arbuz należy chować pod czymś, a nie wystawiać na wierzch z dumą przyszłego ojca, pięty szorować, paznokcie obcinać, a nogi myć, szanowni Polacy). Nie widziałam w Taipei karków i fryt po solarze - a ichnie słońce bynajmniej mocno nie opala (smog i para wodna, a leżeć płasko się nie da z powodu sauny w powietrzu). Stosunek butów ładnych (zgrabne szpilki, klapeczki, tenisówki, baleriny) do obciachowych (zerknijcie u nas na ulicy) to w Chinach jakieś 9:1, a w Polsce - 1:99? Mimo upału rzadko widziałam ludzi z tłustymi włosami czy w brudnej, śmierdzącej odzieży - pierwszy pan po wyjściu z Okęcia wyglądał, jakby cierpliwie czekał na sobotnią kąpiel i nie był to kloszard.

Tak czy inaczej, dobrze wrócić.

10 sierpnia 2007

Zakazy i zwyczaje

Poziom: 1 * Listy spod róży / 18:54:56

W wielu miejscach pojawia się informacja, że nie wolno się bić. Na przykład w hotelu czy w metrze. W metrze, że nie wolno opierać się o brzeg ruchomych schodów i nie nosić rozwiązanych sznurówek. Również, że nie jeść, nie pić, nie palić i nie żuć gumy. W wagonikach kolejki linowej - że nie huśtać wagonikiem. Ciekawe, ile z tych zakazów powstało po wykryciu zajścia. I tak - ludzie przestrzegają, krnąbrnych turystów grzecznie upominają, że mogą zapłacić karę.

Wszędzie są narysowane linie - do bramki metra, do wejścia do windy, do autobusu. I tak - ludzie przy nich stają w karnym szyku i grzecznie czekają w formie skoordynowanej.

Panienki całują się z panienkami (podobno na pożegnanie, ale bardzo soczyście się żegnają wobec tego). Robią sobie fotki, wykonując przy twarzy gest z palcami. Zapytana lokaleska wyznała, że jest to "kawaii" = "cute". Są dwa typy dziewcząt - grube (z ewidentną nadwagą, nie lekko otyłe) i szczuplutkie, w zasadzie nie ma nic pomiędzy. Często, jeśli panny idą w parach, są identycznie ubrane i uczesane. Fun. Faceci są brzydcy i nijacy (no, pan robiący eloyowi dobrze za pomocą masażu w stopy był stosunkowo ładny). Lokaleska wyznała, że pannom się faceci jednak podobają.

W sklepie z hip-hopowymi koszulkami był kot czarny, który na wejściu uznał, że jestem świetna, będzie mnie lizał po rękach i mru, a ja będę go głaskać. I wyjdź człowieku ze sklepu, jak w drzwiach stoi kotek, myzia się policzkiem o drzwi i tak paaaatrzy.

Masaż stóp boski. Pan właściciel specjalnie dla nas puścił Animal Planet, gdzie pokazywali duże koty. Bosko^2.

Juz mi lepiej

Poziom: 1 * Listy spod róży / 04:25:36

Miejsce, gdzie się śpi, jest ważne, mimo że tylko spędza się w nim noc. N. znalazł tani hostel, niestety fun factor miejsca okazał się przeniski - dwa pokoje z pojedynczymi łózkami zamiast jednego, brak okien (omfg, jak okropnie sie śpi w czymś bez okna, cały czas jest noc), wyjąca klima (można wyłączyć, ale ponieważ pomieszczenie jest bez okien, w kwadrans robi sie sauna bez powietrza) i ściany z papieru (a za ścianą Chińczyki oglądają jakiś lokalny analog Jerry'ego Springera do 4 rano). Wytrzymaliśmy noc, po czym za podobne pieniądze wynieśliśmy sie do hotelu Sun Sui, który jest miły i ma okno. N. jest twardy i został w karcerze bez okna.

Chyba jednak preferuję miejsca turystyczne (dość mam malowniczych i śmierdzących slumsów, które w zasadzie wszędzie wyglądają tak samo) - lokalny odpowiednik sopockiego Monciaka mieści sie przy ostatniej stacji metra - Danshui. Zatoka, turyści, ładne panienki, woda, standy z pierdółkami i żarcie na patyku. Koty portowe są w latki, ale nie chcą się pospolitować z turystami. Można popłynąć łódeczką dookoła zatoki (sympatyczne).

PS Nogi mnie bolą.

07 sierpnia 2007

U babuni Nitty

Poziom: 1 * Listy spod róży / 11:14:09

Ostatecznie okazało się, że Shida Rd. jest w okolicach stacji Taipower Building. Restauracyjka Grandma Nitti's Kitchen jest przy numerze 93 (adresy są tutaj dość śmieszne[1] - często podaje się adres przy głównej ulicy z numerem "w głąb" - pod jednym numerem mieści sie cała uliczka - pełen adres brzmi #8 Lane 93 Shida Rd.). W środku, co ciekawe, kuchnia meksykańska i szeroki wybór śniadań. Można usiąść z książką albo kupić - jest cały regal z anglojęzycznymi używanymi książkami. I są koty. Aktualnie 4 na stałe - dwa chudziutkie czarno-białe maluchy, które ganiają po kilkupiętrowym lokalu, piękny długopyszczny piaskowy (na moje niewprawne oko abisynski), bardzo miły, daje się podrapać za uszkiem i ogólnie ma przyjacielskość 10 i biało-beżowy kot, który głównie zajmuje się spaniem na ladzie z kasą (i podstawia czasem brodę do podrapania). Obsługa nosi koszulki z napisem "It's your home away from home in Taipei" i trochę mi się miękko w kolanach zrobiło. Chyba zaczęłam tęsknić za moimi grubymi kotami i regałem z książkami.

Jutro tajfun ma przyjść, ale nie powiedział, co chce.

[1] Nie wspominając o tym, że dłuższe ulice mają sektory, w których numeracja się powtarza - adres 10 XXX Rd. Sector 3 to zupełnie co innego niż 10 XXX Rd. Sector 2.

Ciagle pada...

Poziom: 1 * Listy spod róży / 05:33:06

... na zmiane z falami upału. Wczoraj poszliśmy w turystykę - muzeum narodowe (impressive, but boring), Chang Kai Shek Memorial (impressive, but boring), Taipei 101 (like wow!) plus jedzenie w nastrojowej knajpce na szczycie góry i dla odmiany w trendi klubie (łazienka lustrzana jest pretty scary).

Taipei 101 robi cholerne wrażenie i wyglądem, i rozmachem. W środku 5-piętrowy mall (Stary Browar jest o, taki malutki; również wybór sklepów jest co najmniej imponujący - zaczynając od Versacza na Fendim kończąc, ceny niestety bardziej zachodnie), taras widokowy oszklony na 89. pietrze, otwarty (acz za prętami) - na 91. Oprócz tego, że Taipei 101 aktualnie posiada status najwyższego budynku na świecie, ma tez najszybszą windę - na 89 piętro jedzie w 35 sekund, lądowanie/start samolotu to przy tym pryszcz - uszy i zatoki odpadają, a mózg wycieka uszami (za to na suficie windy są błyskające światełka). Taipei i okolice z 91. pietra wyglądają jak SimCity - czysto i bez zapachu. Oglądaliśmy stamtąd zachód słońca, planujemy jeszcze pojechać zobaczyć Taipei z góry by night.

Jak trochę przestanie padać, idę do miasta. Bo na razie to tak konkretnie leje, a na dzisiaj miałam w planach leniwa wycieczkę po okolicy Zhongxiao Xinsheng (?), gdzie znalazłam knajpkę z kotyma (friends, not food) i angielskimi książkami.

04 sierpnia 2007

Znowu o jedzeniu

Poziom: 1 * Listy spod róży / 20:15:39

Wiem, nudno. Ale lubię. Podoba mi się lokalne jedzenie, oczywiście przy unikaniu rzeczy smrodliwych, typowo śmieciowo-seafoodowych - pieczona, soczysta kaczka, kruche warzyw z boczkiem, słodycze (odkryłam tanią podróbę Jelly belly w lokalnym convenience store). Fajne jest społeczne zachowanie podczas jedzenia - na stole jest dużo rzeczy na półmiskach, każdy ma swoją miseczkę i talerzyk, na który sobie nakłada, więc najczęściej ktoś musi mu coś podać, przysunąć czy nalać napoju (bo napój jest w butelce ogólnej bądź dzbanku).

I, czego się nie spodziewałam, trochę już umiem pałeczkami - na tyle, że mogłam z niejakim uśmiechem patrzeć na Hiszpankę twardo jedzącą widelcem.

Śmiesznie być big in jap^W^W^Wbiałym w Azji. Na ulicy byłam jedyną nieskośną osobą w okolicy. W metrze spotykamy obcokrajowców (czyt. nie z Azji), z którymi witamy się jak ze znajomymi - "Hello, where are you from, how long here?". Niemiec czy Szwed, ale bliżej niż śliczne, skośne, delikatne i często rozchichotane niskie dziewczęta.

03 sierpnia 2007

Hot hot hot, wet wet wet

Poziom: 1 * Listy spod róży / 10:08:25

Przestaję się dziwić, że życie tutaj prowadzi się nocą na ulicach. W dzień wyjście na leniwy spacer owocuje spłynięciem wodą po godzinie leniwego poruszania sie po terenie płaskim. Nocą też jest gorąco, ale przyjemniej. Wczoraj w poszukiwaniu innej knajpy (w poprzedniej już byliśmy dwa razy, jeszcze by sie do nas przyzwyczaili) obleźliśmy kawałek okolicy, nie bardzo było w czym wybierać (bo to taka "biedniejsza" i "gorsza" dzielnica) - w zasadzie same warsztaty samochodowe, kioski z czymś smażonym onnastick czy warsztaty z rożnymi rzeczami. Oczywiście sytuacja diametralnie sie zmienia przy wejściu na Night Market - tu gromadzi się życie nocne okolicy (bo lokalesi są zdziwieni ogromnie, gdy mówię, że w Polsce życie nocne zanika koło 22, sklepy poza marketami po 18 są zamknięte, a czegoś takiego jak nocne ryneczki nie uświadczysz; ale lokalesi uważają, ze ta sauna na zewnątrz to "nice warm", a nie "fuckin' hot", wiec o czym ja mowie).

Parę zdjęć night marketu wrzuciłam na www - na samym wstępie znaleźliśmy śliczną i bardzo klimatyzowana knajpę (co po kilkudziesięciu minutach spaceru jest nieocenione; inna rzecz, że klima jest w zasadzie wszędzie - czasem nawet w namiotach foliowych, otaczających niektóre stragany). Knajpa składała się ze stołów z płytą grzejna, obsługa przynosiła wybrany garnek z płynem (rosół, coś ostrego, inne cuda), samemu się wybierało w wielkiej lodówki to, co się w zupie utopi - morskie śmiecie, warzywa, cieniutko pokrojony pork, beef czy "meeee", jajka przepiórcze, kawałki ryby i inne cuda, co to nawet nie było wiadomo, co. Do tego miseczka z jakimś dziwnym sosem i coś w rodzaju bardzo słodkiego kompotu śliwkowego. Surowe śmieci wrzuca się do gara, gotują się, potem się wyciąga i je z sosem, usiłując złapać to coś pałeczkami i nie wypaprać się, jak prosię (niech mi ktoś powie, że pałeczki są wygodniejsze od widelca, to zrobię tymi pałeczkami krzywdę). Mamy chytry plan iść tam jeszcze raz, żeby powrzucać do zupy inne śmiecia.

Nie znam połowy owoców i warzyw, które się na ryneczku pojawiają. Większość przekąsek też wygląda co najmniej nieswojo. Stinking tofu na razie się boję, chociaż jak do tej pory zołądek specjalnie się nie buntuje przeciwko jedzeniu czy piciu (no, zęby myję w wodzie przegotowanej, a nie w kranówie).

Dzisiaj idziemy na jakąś imprezę do centrum lub - w wersji równie optymistycznej - na imprezę idzie szef-nadzorca-niewolników (eloya), który każe im pracować do późnego wieczora.

01 sierpnia 2007

Dzien 1 - leje

Poziom: 1 * Listy spod róży / 10:06:46

Podczas ostatniego lotu (Hong Kong - Taipei), byłam już tak zmęczona, że w zasadzie mało co rejestrowałam. Lot był spóźniony (z bliżej niejasnych przyczyn technicznych), była opcja, że się nie odbędzie, więc gonili nas z jednej kolejki (właściwej, do abordażu) do drugiej (znacznie dłuższej, do rozdysponowania nas na inne loty, również za niezłe kilka godzin). Lot się jednak odbył, bez wizyty na stacji benzynowej, co przychodziło nam na myśl parę razy. Chińskie stewardesy ładniutkie, ale jednak nie ufam, jak się uśmiechają. wybór w kwestii jedzenia był prawie jak w Aeroflocie - "tak" albo "nie". Mięsko zawierało dziwne grzybki, ciasteczko i soczek były jadalne.

Potem odbębniliśmy tworzenie wiz na miejscu (da się, urzędnik mało natarczywy, tylko zastanawiał się, po co chcemy zostać już po konferencji i jakoś dziwnie patrzył, że "tourist"), immigration officerkę (mimo zakazu wwożenia jedzenia I. przewiózł polskie kanapki z serem, bez konsekwencji, chociaż ja już tych kanapek bym nie jadła). Pierwszy kontakt z Tajwanem - fala potwornego, mokrego upału na twarz. Niby człowiek się przyzwyczaja, ale przyzwyczajenie znika po pierwszym wejściu w strefę klimatyzowaną (na szczęście prawie każda knajpa i sklep mają).

Niestety, lokalesi mają polską metodę na kontakty z cudzoziemcami - mówią głośno po swojemu, powtarzając parę razy. Niestety, takież panienki wystawili do witania uczestników Wikimanii - po zadaniu pytania panienki patrzą na siebie, uroczo chichoczą zasłaniając usta i kręcą głowami, że nie rozumieją. Kazali jechać autobusem, zaznaczyli na planie, gdzie kierowca ma nas wysadzić i to by było na tyle. W praniu wyszło, ze autobus z lotniska jedzie godzinę jakimiś ohydnymi suburbiami (jak na razie Taipei nie zachwyca - syf, syf, blaszane baraki obwieszone reklamami, znaki drogowe obrazkowe, brud i bieda), chłopaki się pospali, kierowca pół drogi darł się do komórki, bo z kimś rozmawiał bardzo ekspresyjnie, byłam zmęczona jak kot. Wreszcie się gdzieś zatrzymaliśmy i kierowca zaczął głośno krzyczeć, co przykuło naszą uwagę. Nie upieram się, że znajomość języków jest im potrzebna, bo sygnałami dźwiekowymi i na machanego dają radę, ale jednak się czuje ciut nieswojo. Taksówkarze też nie spikaja, ale działa pokazanie im karteczki z adresem w obrazkach (nie byłam w stanie obsłużyć jechania metrem, ale taksówki kosztują grosze).

Wieczorem poszliśmy do chińskiej knajpy z szefem eloya, który jest nieco obeznany, bo ma żonę Chinkę. Knajpa potwornie niepozorna, ot - lada z surowymi rybami, małżwiami i innymi paskudztwami. W środku okazało się, ze zarcie robia dobre (oczyiscie nie wszystko - zupa malzowa taka sobie, krewetki maja oczka) - cos w ciescie ze smazona w glebokim tluszczu bazylia, co sie maczalo w takim burym proszku ("it's spice") i bylo oszalamiajaco dobre, kaczka pieczona, pokrojna w plasterki z tluszczem z pieczenia, warzywa (stawiam, ze pak choi, ale pewna nie jestem).

Nocne markety sa niesamowite - na malej powierzchni, w uliczce miesci sie kilkaset (jak nie wiecej) straganow ze wszystkim - Dior, markowe buty, jakies smierdzace smazeniny onnastick, ciuchy, kosmetyki, majtki, skarpetki, pani w rekawiczkach z Castoramy (takich izolacyjnych, malowanych farba) przygotowujaca swieze owoce w kawalkach, kazdy kawalek zapakowany w torebeczke, pan zachecajacy do masazu stop, zapewne w zaulkach panowie proponuja tez inne uslugi. Zmierzch zapada wczesnie - kolo 18:30-19:00 i bynajmniej nie robi sie chlodniej...

Nowsze wpisy
Wcześniejsze wpisy